Siostra biskupa szoruje podłogi

Barbara Szczepuła
Wanda Szopińska (z domu Rzeppa) z mężem i dziećmi w 1955 roku
Wanda Szopińska (z domu Rzeppa) z mężem i dziećmi w 1955 roku
Udostępnij:
W ubiegłym roku biografia Beaty Tyszkiewicz przecięła się nagle z życiorysem Wandy Szopińskiej. Czytając wspomnienia aktorki, pani Szopińska zobaczyła zdjęcie jej dziadka. - Skąd ja go znam? - zafrasowała się. To pytanie nie dawało jej spokoju, krążyło po głowie jak w pamięci komputera...

Mam! - krzyknęła nagle, gotując obiad. Pobiegła do przedwojennego albumu ze zdjęciami i znalazła fotografię przedstawiającą tego właśnie pana w okularach, siedzącego na tarasie kawiarni przy molu w Zoppot w otoczeniu kilku młodych osób. Wśród nich była także ona, Wandzia Rzeppianka. - Popatrz - zawołała do wnuczki, pokazując fotografię - to jestem ja, a to dziadek Beaty Tyszkiewicz! - Babcia znała jej dziadka? - wnuczka podniosła głowę znad swojego laptopa. No, nareszcie zechce mnie posłuchać, pomyślała z zadowoleniem pani Wanda i zaczęła opowiadać.

Staje w oknie i patrzy w kierunku zatoki, czasem nawet udaje się jej dojrzeć molo. Tam właśnie uczyła się chodzić. Urodziła się w Sopocie dziewięćdziesiąt dwa lata temu. Dziś to oczywiście już zupełnie inne miasto, ale czasem zamiast alei Niepodległości widzi ulicę Pommerschestrasse. Przed kamienicą z numerem 3, obok wystawy z napisem Lederhandlung stoi ojciec z mamą. Jan i Aniela Rzeppowie. Ojciec wygląda przystojnie, ale poniżej kolan ma protezy. Nogi stracił, walcząc za cesarza Wilhelma z Francuzami.

Taki był los Polaków mieszkających w zaborze pruskim. Jan Rzeppa był twardym Kaszubą z Wiczlina, przeniósł się do miasta, szukając lepszego życia, a zresztą bez nóg, nawet z protezami, nie poradziłby sobie w gospodarstwie. W Zoppot robił siodła, końskie uprzęże, a także tapicerkę meblową. Szybko zdobył klientów. Lubił gawędzić z ludźmi, w dni targowe przyjeżdżali znajomi Kaszubi ze wsi i przy kieliszku żołądkówki wspominali młode lata, a dzieci przez otwarte drzwi pokoju, w którym odrabiały lekcje, podsłuchiwały o czym rozmawiają. Jan chętnie opowiadał o swoim ojcu Augustynie, który ożenił się z wdową po zaginionym gdzieś na morzach marynarzu. I to o mało nie zrujnowało mu życia. Nie mógł znieść żartów sąsiadów, którzy pytali go stale, co zrobi, gdy marynarz nagle powróci? Zdesperowany sprzedał rodzinną schedę w Wiczlinie i kupił gospodarstwo w Leszczynkach, gdzie nikt nic nie wiedział na temat zaginionego matrosa.

Najczęściej wpadał na pogawędkę z Janem Rzeppą sąsiad, Bronisław Chyła, polski kolejarz. Chyłowie, jak Rzeppowie, mieli pięcioro dzieci, u Rzeppów były cztery dziewczynki i jeden chłopiec, a u Chyłów - odwrotnie, jedna dziewczynka i czterech chłopców. Wszyscy niezwykle muzykalni. Najmłodszy z Chyłów, Tadeusz, po latach, zrobi karierę jako kompozytor i wykonawca ballad. Najsłynniejsza była ta ze słowami Waligórskiego "Cysorz to ma życie klawe", którą w latach sześćdziesiątych śpiewała z nim cała Polska. - Nie wiem, co się z Tadziem stało - wzdycha pani Wanda i wraca myślami do przedwojennego Sopotu, do swoich koleżanek i przyjaciółek ze szkoły. Jedną z nich była Agnes Splett, młodsza siostra przyszłego biskupa gdańskiego. Splettowie mieszkali w pięknym apartamencie we własnej kamienicy przy Schaeferstrasse 9 (dziś Wybickiego). Agnes często zapraszała Wandę do siebie, ale mama nie zawsze pozwalała jej tam chodzić, uważała, że to za wysokie progi, bo pan Franz Splett był nie tylko dyrektorem szkoły, ale w latach dwudziestych także posłem do gdańskiego Volksstagu z ramienia partii Centrum. Mimo że miał żonę Kociewiankę, za Polakami nie przepadał. Wanda chodziła też kilka razy do pana Spletta z rachunkami za wykonaną przez jej ojca tapicerkę gdańskich mebli.

Wybieramy Człowieka Roku Dziennika Bałtyckiego

Dziś myśli, że mama w gruncie rzeczy była nieszczęśliwa. Wychodząc za mąż za kalekę, nie zdawała sobie sprawy, jakie życie ją czeka, ale oczywiście córkom nie skarżyła się nigdy, nie było takiego zwyczaju, dystans między rodzicami a dziećmi był wówczas ogromny. Stale była smutna i milcząca, jakby przytłoczona nadmiarem obowiązków, co szczególnie rzucało się w oczy na tle wesołego ojca. Gdy utarg w sklepie był wysoki, tata chodził wieczorem na flaki lub zupę ogonową do Hotelu Dworcowego. Bywał także w kasynie i na wyścigach konnych. Gdy wygrywał, wracał roześmiany do domu bryczką i rozdawał dzieciom cukierki. Codziennie też chodził do kościoła. Katolickiego ma się rozumieć. Takim była wówczas Gwiazda Morza. Pewnego roku w zimie ksiądz poprosił Anielę, by przekonała męża, że Bóg nie wymaga od kaleki takiej ofiary, a on sam nie może już patrzeć, jak Jan na tych swoich protezach ślizga się na oblodzonym chodniku. Ale pan Rzeppa zdania nie zmienił i codziennie we mszy uczestniczył. - My, Kaszebe trzymamy z Bogiem - powtarzał.

W latach trzydziestych pojawiły się kłopoty materialne. Przed polskimi (a Rzeppa obnosił się ostentacyjnie ze swoją polskością) i żydowskimi sklepami Niemcy ustawiali tablice zniechęcające do kupowania. Żydzi zaczęli masowo wyjeżdżać z Wolnego Miasta Gdańska. - Wtedy dziadek kupił od jednego z nich te rosenthalowskie serwisy do kawy - mówi pani Wanda do wnuczki, wyjmując z szafki filiżanki. - Na prezenty ślubne dla córek. Ale pieniędzy miał coraz mniej i musieliśmy przeprowadzić się do skromnego mieszkania przy bocznej ulicy Schwedenhofstrasse. Żyliśmy z niewysokiej renty inwalidzkiej ojca.

Wanda musiała przerwać naukę w gimnazjum Macierzy Szkolnej i poszła do szkoły handlowej. W marcu 1938 roku zdała maturę, znalazła zatrudnienie w Gdańsku, w Centrali Rolników - bogatej polskiej firmie, która eksportowała zboże do zachodniej Europy. Wszystkie pracujące tam panie ubierały się bardzo elegancko i Wanda też marzyła o pięknych strojach. Wracając z firmy, szła przez Langgasse i oglądała wystawy drogich sklepów: te suknie, plisowane, marszczone i gładkie, kapelusze malutkie i z wielkimi rondami, dopasowane kostiumiki uwydatniające figurę, och jak chciałaby choć jedną taką suknię włożyć i wyglądać jak Greta Garbo albo Marta Eggert, których filmy oglądała w kinie Ufa Palast.

Jednak ojciec zabierał jej całą pensję, która teraz musiała wystarczyć na utrzymanie rodziny. Ale i tak powodzenie miała duże, na balach organizowanych przez Polonię Gdańską nie opuszczała ani jednego tańca. Zakochała się w Gustawie, spacery brzegiem morza powodowały, że świat, mimo że brunatniał, zaczął wydawać się jej coraz bardziej kolorowy… Pierwszego września o piątej rano mieszkańców Zoppot obudziły strzały armatnie i bicie dzwonów. O szóstej byli w kościele. Niemcy i Polacy płakali i prosili Boga o zmiłowanie.

Właściciel domu, w którym mieszkali Rzeppowie, dobry znajomy Jana sprzed wojny, natychmiast wypowiedział im lokal. - Moi niemieccy lokatorzy nie mogą mieszkać pod jednym dachem z Polakami - oświadczył i żeby zmotywować Rzeppów, odciął im prąd. Siedzieli więc wieczorami przy lampie naftowej, zaś sukienki trzeba było prasować u sąsiadki. Znaleźli pusty pożydowski sklep przy Pommerschestrasse. Nie było tam gazu ani elektryczności, a mała dwufajerkowa kuchenka musiała wystarczyć do ogrzania całego lokalu. Tam spędzili całą wojnę.

Paweł Adamowicz jest milionerem

Wojna to praca w Wejherowie, w niemieckiej firmie zbożowej, która uratowała Wandę przed wywiezieniem na roboty gdzieś dalej.
Wojna to zamordowanie przez Niemców ukochanych nauczycieli, między innymi doktora Szczepana Pileckiego, doktora Alfa Liczmańskiego, rozstrzelanie dyrektora Centrali Rolników doktora Goldmanna.

Wojna to też wycieczki z koleżankami statkiem do Sobieszewa, to kupowanie sukienek i pończoch na kartki i kupowanie kapeluszy, które sprzedawano bez ograniczeń.
Wojna to dzień w dzień ziemniaki z ikrą śledziową. Można było dostać ją bez kartek.
Wojna to zdewastowanie przez "nieznanych sprawców" kalwarii w Wejherowie.
Wojna to przymusowa praca małego brata Janusza w gospodarstwie w Pruszczu, a potem aż pod Lipskiem. I skarpetki robione przez mamę ze starych sprutych swetrów.

Wojna to rozstanie z Gustawem, który musiał uciekać do Generalnego Gubernatorstwa, bo Niemcy deptali mu tu po piętach. - Jedź ze mną - namawiał. Nie pojechała, choć go kochała i marzyła o małżeństwie. Nie mogła jednak zostawić rodziców i młodszych sióstr.
Wojna to ślub kuzynki Klary, która wyszła za mąż za lotnika z Luftwaffe i nie wstydziła się zaprosić Wandy na wesele. Wanda załatwiła jej u ogrodnika w Wejherowie śliczną ślubną wiązankę. Ten ogrodnik chciał się z Wandą żenić. Obsypywał ją kwiatami i owocami i codziennie rano przysyłał miłosny liścik. Wprawdzie był Kaszubą, ale czuł się Niemcem, a najgorsze, że nie był katolikiem. "Lutra" rodzice nigdy by nie zaakceptowali.

Wojna to ucieczka z Królewca kuzynki Agnes z małą córeczką. W Sopocie ciągle mówiła o pięknych meblach, które tam zostały, jakby nie zdawała sobie sprawy, że wali się cały świat. Gdy Sowieci zbliżali się do Gdańska, Agnes razem z Klarą, tą, która miała męża lotnika, próbowały dostać się na jakiś statek. Na chrzciny córeczki Klary, która właśnie się urodziła, mama zrobiła ciasto. Gdy zaniosły makowiec do piekarza, by go upiekł, ten wpadł w histerię: - Czy te baby powariowały?! Rusek już w Wielkim Kacku, a one myślą o cieście!!! Nim Rosjanie weszli do Sopotu Klara z Agnieszką zdążyły jednak ochrzcić małą i zjeść po kawałku makowca. Ten oblany łzami makowiec stał się symbolem pożegnania z rodziną i z tą ziemią, na której się urodziły i wyrosły.
Mamę, Wandę, Marię, Łucję i Jadzię uratowało to, że ojciec zrobił sprytny schowek w tym sklepowym pomieszczeniu, które zastępowało im mieszkanie. Sąsiadkę z góry Ruscy zgwałcili na oczach jej piętnastoletniego syna.

- I co? - pyta wnuczka panią Wandę.
- Co miała robić - popłakała trochę i żyła dalej.

Rzepianki wyszły z kryjówki dopiero, gdy w ich mieszkaniu zakwaterowali polscy żołnierze. Mama gotowała im kartoflankę, a oni częstowali gospodarzy wojskowym chlebem. Razem śpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła", a sąsiedzi, nie wierząc, że Niemcy już przegrali wojnę, awanturowali się, że nie dają im spać! Ojca ulokowano na łóżku przy drzwiach i gdy wpadali czerwonoarmiści w poszukiwaniu kobiet czy zegarków, odkrywał kikuty i krzyczał: Bóg was skarze! To robiło wrażenie. Trzydziestego marca mieszkańcy Sopotu usłyszeli radosne: - Urrraa!!! Gdańsk został zdobyty.

Na murach kamienic pojawiły się rozporządzenia wzywające do pracy. Trzeba było posprzątać po wojnie. Drugiego kwietnia przyszedł do Jana Rzeppy znajomy, pan Rekowski, też tapicer, w którego domu w trosce o los Gdyni rysowano plany umocnień niemieckich i potem przekazano je Armii Czerwonej, dzięki czemu miasto nie zostało zniszczone, więc pan Rekowski przyszedł i powiedział do pana Rzeppy, żeby córki zgłosiły się do pracy. Najlepiej do milicji, bo znają perfekt niemiecki, a tam potrzebni są tłumacze.

- Poleciałam jak na skrzydłach - pani Wanda wzrusza ramionami, jakby teraz dziwiła się swojemu ówczesnemu entuzjazmowi. Ale trzeba zrozumieć, to był szczególny historyczny moment. Wojna się skończyła, wytęskniona Polska zaczynała wykluwać się jak kurczę z jajka. Polska, na którą tak długo czekali! Już nie będą obywatelami drugiej kategorii, Sopot będzie polski. Komisariat mieścił się przy dzisiejszej alei Niepodległości. Spotkała tam znajomych z Polonii Gdańskiej i z zapałem zabrała się do pracy. Dziewiątego maja, gdy ogłoszono koniec wojny, milicjanci urządzili sobie wielką zabawę. - Byliśmy młodzi, rozsadzała nas radość, że żyjemy, że udało nam się przeżyć, tańczyliśmy do białego rana, do upadłego, jakbyśmy chcieli nadrobić stracony na wojnie czas.

- Pamiętam, że otrzymałam "formularz osobowy MO". Trzeba było wymienić wszystkie organizacje, do których należało się przed wojną, więc wypisałam z dumą: Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, Harcerstwo, Związek Polaków, Związek Pracowników Kupieckich, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej… Wezwano ją do komendanta. - Coś ty powypisywała?! Wszystko skreśl, no, Sodalicję Mariańską możesz zostawić! Komendant Zenon Zakrzewski był Ukraińcem, ale podawał się za Polaka. Ożenił się wkrótce z Trudką z Lubiechowa, też milicjantką. Ślub odbył się w kościele w Pruszczu, państwo młodzi szli do ołtarza w szpalerze funkcjonariuszy z karabinami… Ślubów było wiele, bo tęsknota za stabilizacją, domem, dziećmi była ogromna.

Pomorze: Brak miejsc na oddziałach kardiologii

Więc było tak wesoło i radośnie i nagle stało się coś strasznego. Wanda zobaczyła Agnes Splett, która w komisariacie myła podłogę.

- Jezusie Nazareński! Agnes! Ta wychuchana, pobożna, wykształcona, miła Agnes, siostra biskupa gdańskiego szoruje podłogę! Jak mi było wstyd. Udałam, że jej nie widzę, bo przecież nie mogłam pomóc. Co znaczyłam w milicyjnej machinie? Nie wiem, czy mnie widziała, ale mam ją do dziś w oczach, w jakiejś starej sukience i chustce na głowie. Pobiegłam do komendanta Zakrzewskiego i powiedziałam, że nie mogę być tłumaczką w wydziale śledczym, nie mogę uczestniczyć w ewentualnych przesłuchaniach znajomych. Przeniesiono mnie do działu socjalnego. Zajmowałam się głównie rozdziałem dóbr, bo "płacono" nam towarami z UNRY, kiełbasą w puszkach, neską, mąką, kuponami materiałów na płaszcze. Agnes Splett nigdy już nie widziałam - mówi cicho, spoglądając przez okno, jakby miała nadzieję zobaczyć ją na ulicy.

Ale świat zawalił się dopiero, gdy wrócił Gustaw. Przywiózł ze sobą kobietę. Cywilną żonę. W lutym 1946 roku Wanda wzięła ślub z kolegą z pracy. Benon do końca życia był o Gustawa zazdrosny.

10 lipca 1945 roku Jan Rzeppa zdobył przydział na mieszkanie przy ulicy Jagiełły. Pięć pokoi, więc każda z czterech córek dostała własny. Wandzi przypadła w udziale kremowa sypialnia poprzednich właścicieli: wielkie "francuskie" łóżko, piękna szafa z lustrem, bieliźniarka, stolik, krzesła… Niektóre meble ojciec odkupił od Komisji Likwidacyjnej, która przejęła poniemieckie mienie, inne trzeba było niebawem oddać, na przykład piękny gdański gabinet zabrano do WRN w Gdańsku. Mieszkania stale ktoś musiał pilnować, bo grasowały bandy szabrowników, którzy w biały dzień kradli co się dało. Ale i tak było cudownie. Kuchnia była duża, miała cztery fajerki, i każda z sióstr gotowała na swojej, czwarta była mamy. Maria wstąpiła wkrótce do klasztoru, więc jej fajerka nie była już potrzebna. Jadzia i Łucja wyszły za mąż, zaczęły sypać się dzieci. Mieszkali tak wszyscy razem przez kilka lat i nigdy się nie pokłócili. Wanda zrezygnowała z pracy w MO, gdy urodził się jej pierwszy syn.

Wpatrywała się w niego z zachwytem i nuciła mu piosenki "Póki Wisła płynie, Polska nie zaginie…" albo "Nigdy do zguby nie przyjdą Kaszuby", które kiedyś śpiewała jej mama. Na ulicach Sopotu stały Niemki i sprzedawały resztki ocalałej porcelany, sztućce, pościel… Za grosze można było kupić meissenowskie filiżanki i talerze. Przy ulicy Rokossowskiego zaczęła działać piekarnia i zapach świeżego chleba roznosił się po mieście. Mama znowu piekła makowce.

Jan Rzeppa otworzył sklep i był szczęśliwy. Robił pasy zabezpieczające robotników pracujących na rusztowaniach. Popyt na te pasy był duży, bo zaczynała się odbudowa Gdańska. Ale cieszył się niedługo, bo państwowym instytucjom zakazano kupowania u prywaciarzy. Znowu, jak za Niemców, został obywatelem drugiej kategorii. Na koniec zniszczono go domiarem. Po awanturze, jaką urządził funkcjonariuszowi, który chciał wywiesić na balkonie jego mieszkania czerwoną flagę, wyleciał z pracy w MO mąż Wandy. I tak Jan Rzeppa, który całe życie trzymał się polskości jak dziecko matczynej spódnicy, zwątpił w tę nową Polskę.

Pies Rocky, który pisze bloga odwiedził Trójmiasto

- A co z tym dziadkiem Beaty Tyszkiewicz? - przypomina wnuczka.
- Błahostka. W 1937 roku podczas wakacji miałam praktykę w pensjonacie Halina. Pan Kazimierz Rechowicz przyjechał tam ze swoimi dziećmi, moimi rówieśnikami. Interesował się życiem Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku i często mnie o to wypytywał. Ktoś zrobił nam zdjęcie na tarasie kawiarni. Urocze, prawda? Takie pogodne popołudnie. Cisza przed burzą.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Praust
Panie Zbigniewie .Moze czasmi pan tutaj zaglada bo szukam kontaktu w sprawie pana Zakrzewskiego.
Mam do pana parę pytań na temat milicji w Pruszczu Gdańskim oraz założenia tutaj obozu
Moze posiada pan jakieś archiwalne zdjęcia ?
Jeśli tylko pan moze i przeczyta te wiadomość proszę o kontakt mailowy [email protected]
Dziękuję i czekam !!!
Z
Zbigniew Jerzy
Nie był Ukraińcem. Matka Helena Radziejewska ojciec Paweł Z. Ojczym mojego ojca był Ukraińcem ale całkowicie spolszczonym. Mama Gertruda Gogół nigdy nie była w MO.
Dodaj ogłoszenie