Sierpniowy kwadryptyk (Część III). Kości zostały rzucone

Krzysztof Maria Załuski
Krzysztof Maria Załuski
Przemyslaw Swiderski
Udostępnij:
17 sierpnia 1980 roku. Niedzielny wieczór. Mija czwarty dzień strajku. Stoją wszystkie trójmiejskie zakłady pracy. Nie działa komunikacja miejska. Nieformalną władzę nad Gdańskiem sprawuje Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Pomimo że 16 sierpnia większość robotniczych postulatów została zaakceptowana, strajk rozlewa się na całą Polskę. W sobotę po południu wrzenie ogarnęło już 156 przedsiębiorstw. Prócz robotników udział w protestach biorą pracownicy ośrodków kultury i nauki. 18 sierpnia staje Szczecin. Tego samego dnia rząd PRL powołuje komisję „do rozpatrzenia postulatów załóg i problemów Wybrzeża”. Pierwszy sekretarz PZPR Edward Gierek wygłasza telewizyjne orędzie do narodu.

W niedzielę po południu wróciłem z Zakopanego. Nie mając zielonego pojęcia o tym, co dzieje się na Wybrzeżu, przez dwa tygodnie chodziliśmy z kolegami po górach. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Warszawę. Tu również nikt nic nie mówił o stoczniowych strajkach. A może tylko do nas, siedemnastoletnich podrostków, takie wieści nie docierały. O tym, że trwa strajk dowiedzieliśmy się dopiero na Dworcu Głównym PKP w Gdańsku – ktoś nam powiedział, że nie mamy po co czekać na tramwaj, bo miejska komunikacja nie działa, że jeździ jedynie SKM. Resztę, podczas kolacji, zrelacjonował mi mój Ojciec. Teraz, pod Stocznią, wspólnie z moim synem Klaudiuszem, słuchamy jego wspomnień sprzed 41 lat.

Gra va banque

Kolację przerwał nam dźwięk telefonu. Dzwonił Tadeusz Szczudłowski. Prosił, aby Ojciec przyjechał do Stoczni. Po chwili zadzwonił Lech Bądkowski. Umówili się na spotkanie, za dwie godziny, przed II bramą.

Na teren stoczni weszli po okazaniu legitymacji Związku Literatów Polskich. Ktoś pokierował ich do budynku BHP, gdzie zainstalował się MKS. Była tam duża sala konferencyjna i druga kameralna z głębokimi fotelami. Obok jeszcze kilka innych pomieszczeń. Spotkali sporo znajomych. Wszyscy zmęczeni, na pół przytomni, równocześnie natchnieni chwilą, na którą czekali od lat. Byli już tam pierwsi dziennikarze. Operatorzy Polskiej Kroniki Filmowej i jakiś Holender, który chwalił się wydawaną w Hadze gazetą ze swoją korespondencją. Napisał w niej, że w Gdańsku strajkuje 50 tysięcy ludzi, co oczywiście było przesadą.

Wypatrzyli Bogdana Borusewicza, który już po chwili opowiadał im o tym, co działo się w stoczni 16 sierpnia po ogłoszeniu przez Wałęsę zakończenia strajku.

– Przeżyliśmy dramatyczne chwile. Bałem się, że to koniec – przyznał. – Bardzo dzielnie spisała się Alina Pieńkowska. Biegała od bramy do bramy, apelowała do ludzi, aby nie wychodzili…

Prócz Borusewicza i Pieńkowskiej za strajkiem opowiedziała się jeszcze Anna Walentynowicz i Kazimierz Szołoch, którzy zarzucili Wałęsie jawną zdradę.

W Gdyni było podobnie. Na terenie Stoczni im. Komuny Paryskiej ulotki nawołujące do zaniechania akcji strajkowej kolportowali członkowie Ruchu Młodej Polski. Ludzie byli zdezorientowani. Dopiero po przybyciu Borusewicza, który - wraz z Andrzejem Kołodziejem - przemówił do stoczniowców, załoga „Komuny Paryskiej” zdecydowała się kontynuować strajk.

- Mało kto zdawał sobie wówczas sprawę, że kontynuując strajk stoczniowcy zagrali va banque, rzucili kości niczym Cezar przekraczając Rubikon i tak jak on… wygrali – mówi mój Ojciec. – Ale wszystko mogło się przecież potoczyć zupełnie inaczej. Co by było, gdyby komuniści uznali komitet strajkowy za grupkę samozwańców i nie podjęli dalszych rozmów? Przecież wszystkie postulaty zostały już przyjęte. Może Borusewicz nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia, albo miał jasno wytyczony plan, którym z nami się nie podzielił.

Ojciec przywołuje rozmowę z Antonim Wręgą, obecnym zastępcą ambasadora w Pradze. Dwa lata przed Sierpniem ’80 dyskutowali na temat przyszłości Polski. Ojciec zauważył wówczas, że na początku dziewiątej dekady XX wieku nastąpi spiętrzenie należności za zaciągnięte przez władze PRL kredyty, a to będzie oznaczało poważny kryzys.

- I wtedy my przejmiemy władzę – Wręga miał wypowiedzieć to zdanie z taką pewnością siebie, że mój Ojciec aż oniemiał. Jego zdaniem pomysł wykorzystania krachu gospodarczego do wyeliminowania PZPR był czymś więcej niż szaleństwem. Był przekonany, że jakakolwiek próba odsunięcia komunistów musi doprowadzić do sowieckiej interwencji i straszliwego rozlewu krwi.

- Pamiętajcie, że w 1980 roku „zimna wojna” trwała jeszcze w najlepsze. Amerykanie i Rosjanie trzymali się nawzajem w szachu groźbą wojny nuklearnej. Na czele ZSRR stał Leonid Breżniew, a Sowieci byli jeszcze bardzo silni. Teraz, po czterech dekadach można snuć dywagacje, czy ruscy ostatecznie by weszli, czy by nie weszli? Ale wtedy, nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył, że Zachód zechce umierać za Polskę – mówi mój Ojciec.

Ale wróćmy do 17 sierpnia 1980 roku… Borusewicz skończył właśnie swoją opowieść i zaczął układać się do snu. Opodal, skulona w fotelu spała Anna Walentynowicz. Za kotarą na scenie, drzemał owinięty w dywan Lech Wałęsa.

Na styropianie

W poniedziałek, 18 sierpnia mój Ojciec pojechał do Gdyni, do Stoczni im. Komuny Paryskiej. Poprzedniego wieczoru w telewizji wystąpił pierwszy sekretarz KW PZPR Tadeusz Fiszbach. Apelował do robotników o podjęcie pracy. Jego przemówienie było wyjątkowo mdłe. Takie wystąpienie dla mieszkańców Gdyni - miasta, w którym 10 lat wcześniej, po apelu ówczesnego wicepremiera Stanisława Kociołka, wojsko otworzyło ogień do robotników - nie mogło być przekonujące. Zwłaszcza dla ludzi, którzy zdecydowali się na konfrontację z komunistycznym aparatem władzy.

- Nie było tam tłumów, jak przed Stocznią Gdańską – wspomina mój Ojciec. - Ledwie kilkadziesiąt osób i to z dala od bramy, do której dostępu bronił podwójny kordon robotniczych straży. Przedstawiłem się jako literat i zostałem doprowadzony do wózka akumulatorowego, na którym znajdował się mikrofon. Tam rozpoznał mnie Andrzej Kołodziej. Wciągnięto mnie na wózek i wciśnięto w dłoń mikrofon. Widok z góry był niesamowity. O ile w „Leninie” strajkujący byli rozproszeni na terenie całej stoczni, koczując w halach fabrycznych na swych wydziałach, tak tutaj cała załoga zgromadziła się na placu przy bramie. Tysiące ludzi siedziało, bądź leżało na płytach ze styropianu. Wyglądało to groźnie - autentycznie zbuntowana klasa robotnicza, jak na obrazie któregoś z XIX-wiecznych realistów.

Ojciec przekazał strajkującym pozdrowienia w imieniu Związku Literatów. Otrzymał porcję oklasków, po czym Andrzej Kołodziej zaprosił go do siedziby komitetu strajkowego. Mieścił się on w budynku działu kadr, w bardzo prymitywnych warunkach. Przez pokój, w którym siedzieli wciąż przewijali się nowi ludzie. Załatwiano jakieś prozaiczne sprawy. Ktoś dla kogoś prosił o lekarstwa. Ktoś chciał dostać przepustkę do miasta, bo właśnie rodziła żona. Dwaj stoczniowcy z Gdańska przyjechali z plakatami, które chcieli powielić. Drukarnia znajdowała się w stoczni „Nauta”, ale „Komunardzi” sprzeciwili się rozlepianiu plakatów na mieście. Nie chcieli prowokować władzy. Trwała dyskusja, czy uruchomić powielarnię.

Wariat, czy prowokator?

W pewnym momencie w siedzibie komitetu pojawił się młody mężczyzna. Mniej więcej 35-latek. Przedstawił się jako pracownik spółdzielni „Techno-Serwis”. Potem przyznał, że nigdzie nie pracuje. Wyraźnie kręcił, mimo to szybko zdobył zaufanie stoczniowców. Stwierdził, że komitet strajkowy działa zbyt opieszale i… trzeba to usprawnić.

„Wódz” zaczął od napisania żądań pod adresem władz. Postulował wybory delegatów robotniczych w proporcji jeden delegat na dwa tysiące pracowników. Mniejsze zakłady miałyby wybierać delegatów wspólnie. Wybrana w ten sposób robotnicza reprezentacja z całego kraju prowadziłaby rozmowy z rządem przed kamerami telewizyjnymi. Postulaty zawierały między innymi takie punkty jak dodatek inflacyjny, wstrzymanie eksportu mięsa i jego reglamentację, wybory do rad zakładowych w przeciągu dwóch tygodni, przy czym kandydatami nie mogliby być ludzie zajmujący eksponowane miejsca w związkach zawodowych.

Po opanowaniu samorządów, następnym etapem miało być żądanie przeprowadzenia wolnych wyborów do Sejmu, a w konsekwencji obalenie komuny. Zdaniem „wodza”, okazja ku temu była jedyną z możliwych. Bo właśnie rozpoczynała się międzynarodowa konferencja w Madrycie, poświęcona prawom człowieka. W takim momencie Moskwa nie ośmieli się interweniować, a polski rząd będzie wolał zwalić całe zło na związki zawodowe.

Tekst napisany i zaakceptowany przez członków komitetu pod nieobecność Andrzeja Kołodzieja, który akurat gdzieś wyszedł, miał zostać przesłany do drukarni stoczniowej, zajętej właśnie przez robotników. Do realizacji swych planów „wódz” zaproponował zorganizowanie komitetu strajkowego na wzór wojskowy. Mieli zostać wyznaczeni pełnomocnicy do spraw obrony, wyżywienia, informacji itd. Wydrukowane ulotki zostałyby rozprowadzone po całym kraju. Mieli tego dokonać stoczniowi emisariusze. Na miejscu pozostałaby tylko część załogi, zaś tysiąc robotników wyruszyłoby do wielkich zakładów pracy w centrum i na południu kraju, aby przedstawić sytuację na Wybrzeżu i poderwać ludzi do strajku solidarnościowego.

Ku zdumieniu mojego Ojca, członkowie komitetu strajkowego zaczęli ulegać woli „wodza”. I, gdy telefonicznie zgłosili się przedstawiciele Fabryki Wyrobów Okrętowych z Rumii i załoga lotniska w Rębiechowie, „wódz” rozkazał pchnąć kilku stoczniowców do Rumii, celem zorganizowania tam strajku, zaś przedstawicieli LOT-u zaprosił do „Komuny”. W myśl jego koncepcji samoloty miały zostać użyte do rozwożenia po kraju ulotek i emisariuszy.

Próba zawładnięcia gdyńską stocznią została niespodziewanie przerwana przez młodą dziewczynę – współpracowniczkę Andrzeja Kołodzieja. Z jej inicjatywy zapędy „wodza” zostały poskromione.

Gdy po paru godzinach mój Ojciec opuszczał Stocznię im. Komuny Paryskiej, w komitecie strajkowym narastało przekonanie, że „wódz” jest wariatem, albo prowokatorem i należy go wyrzucić za bramę. Kim tamten człowiek był naprawdę, mój Ojciec nigdy się nie dowiedział.

Gierkowi już nikt nie pomoże

Wieczorem w telewizji przemówił I sekretarz KC PZPR Edward Gierek, czego można się było spodziewać po niefortunnym wystąpieniu premiera Edwarda Babiucha.

- Był to niejako rytuał tamtej władzy, że w miarę narastających trudności głos zabierali towarzysze coraz wyższej rangi, aż po I sekretarza Komitetu Centralnego – tłumaczy nam mój Ojciec.

Wspomina, że tamtego wieczora bardzo uważnie wpatrywał się w mimikę I sekretarza. Na czarnobiałym ekranie telewizora wyglądał na zagniewanego. Chwilami zdawało się, że uderzy pięścią w pulpit. Mówił o granicach, których przekroczyć nie wolno i, że żadne działania skierowane przeciwko socjalizmowi nie będą tolerowane. Równocześnie przyznał, że popełniono wiele błędów w dziedzinie gospodarczej, że błędy te będą naprawione. Zapowiedział zmiany kadrowe i, że ceny mięsa ulegną zamrożeniu. Wszystkim pracującym obiecał podwyżki.

Można było wyczuć, że koniec epoki Gierka jest bliski… Kilka dni później w państwowych mediach pojawiły się informacje, że Gierek jest chory na serce i wymaga hospitalizacji. 5 września trafił do szpitala z objawami zawału. Następnego dnia VI Plenum PZPR pozbawiło go stanowiska I sekretarza KC PZPR. Jego miejsce zajął Stanisław Kania.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Cannes – festiwal filmu i kreacji

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie