Serce w cieniu epidemii. Nawet 90 proc. pacjentów, którzy przeszli zakażenie, skarży się na ciągłe zmęczenie, kaszel, duszności

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
123RF
Z wstępnych bada wynika, że nawet trzy miesiące po ciężkim przechorowaniu Covid-19 u 60 proc. pacjentów stwierdzono zapalenie mięśnia sercowego. Czy można naprawić serca, ogłuszone covidem? Jakie będą zdrowotne, i nie tylko, konsekwencje pandemii? - Mogę to ogłosić jako czarne proroctwo, ale dramatyczne skutki pandemii - prawdziwą rzeźnię - odczujemy dopiero za dwa lata - twierdzi prof. dr hab. med. Grzegorz Raczak, kierownik Kliniki Kardiologii i Elektroterapii Serca, II Katedry Kardiologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. - I nie mówię tu tylko o problemach kardiologicznych, ale także o tych wszystkich niewykrytych w porę guzach nowotworowych.Już płacimy ogromną cenę za epidemię, a zapłacimy jeszcze większą. Część pacjentów postcovidowych nie wróci już do pracy, więc oprócz większych kosztów leczenia czeka nas wzrost wydatków na renty, zasiłki. Obciążenie budżetu państwa będzie ogromne.

Według analityków ZUS dzisiejszy przeciętny 60-latek będzie żyć krócej. I to dokładnie o rok i dwa miesiące, niż prognozowano jeszcze dwa lata temu dla osób w tym samym wieku. W jakim stopniu za skrócenie życia Polaków odpowiadają choroby serca?
Choroby serca są od dość dawna przyczyną 45 proc. zgonów populacji. To ogromny odsetek. Teraz, w czasie trwającej ponad rok epidemii Covid-19, nikt nie odpowiedział jeszcze na zasadnicze pytanie, w jakim stopniu atak koronawirusa wpłynął na choroby serca u ludzi.

Dlaczego nie ma odpowiedzi?
Mówimy o parametrze nierejestrowanym do tej pory w sposób statystyczny. Kiedy ktoś z chorym sercem trafia do szpitala, leczymy jego serce. Jeśli przechodził infekcje COVID- bierzemy to pod uwagę i uwzględniamy w naszym postępowaniu wobec pacjenta, ale nie rejestrowaliśmy tego w sposób umożliwiający analizowanie danych populacyjnych.   Tak więc nie wiemy, ile osób miało w wywiadzie infekcję covidową i czy zapalenie mięśnia sercowego spowodowane zostało przez atak wirusa SARS-CoV-2. Należałoby przeprowadzić całą złożoną diagnostykę. Dopiero od 21 kwietnia tego roku, kiedy Narodowy Fundusz Zdrowia zaczął płacić za pacjentów, którzy przechorowali Covid-19, i trzeba to rozliczać, rozpoczęto rejestrowanie owych bardzo ważnych danych w specjalny sposób. W ten sposób okazało się, że przez niespełna trzy tygodnie w mojej klinice leczyliśmy 13 pocovidowych pacjentów, przy średniej miesięcznej liczbie 150-200 pacjentów na oddziale.

Powikłania po koronawirusie. Takie ślady zostawia po sobie C...

A wcześniej?
Oczywiście, że przed kwietniem też docierały do szpitali osoby, podejrzewane o covidowe tło choroby. Niestety, jeszcze nie mamy dokładnej informacji o liczbie chorych, którzy po  po przejściu zakażenia wymagali opieki kardiologicznej. Żeby jednak opracować i zebrać wcześniejsze dane, potrzebna jest praca gigantycznej rzeszy ludzi, za którą trzeba zapłacić.

W lutym pisaliśmy o 32-latce, która trafiła do II Kliniki Kardiologii UCK w Gdańsku z tzw. covidowym zapaleniem mięśnia sercowego. Doszło u niej do zatrzymania serca. Co dzieje się z tą pacjentką?
Wróciła już do domu, zagrożenie minęło. Jednak wcześniej tej pacjentce w każdej chwili groziło zatrzymanie pracy serca, a w konsekwencji - śmierć. Mogliśmy albo przez trzy miesiące trzymać młodą kobietę w szpitalu pod kontrolą, albo wszczepić jej przezżylny defibrylator. To jednak oznaczałoby jakąś formę okaleczenia na resztę życia  Zwłaszcza, że istniała szansa, że ochrona defibrylatora będzie potrzebna na krócej. W tej sytuacji, jaki pierwszy ośrodek w Polsce, zdecydowaliśmy założyć pacjentce na jakiś czas kamizelkę defibrylującą, składającą się z elektrod, monitorujących pracę serca. Kamizelka połączona jest z ośrodkiem monitorującym i gdy pojawia się zagrożenie życia, elektrody automatycznie wypychają chroniący skórę przed poparzeniem żel, a następnie duże uderzenie prądu przerywa arytmię. Kiedy zagrożenie ustąpi, kamizelkę można zdjąć. Pomysł z wykorzystaniem tego urządzenia podchwyciły od nas ośrodki w Polsce. Wiem już, że zastosowano je u kolejnych jedenastu pacjentów. Ludzi jeszcze młodych, którzy potrzebują czasowo takiej ochrony. Otworzyła się ścieżka do nowej metody leczenia, w dodatku nie za gigantyczne pieniądze.

Jakie?
Wynajęcie kamizelki na miesiąc kosztuje ok.12-14 tys. zł.

Po jak długim czasie zdejmowane są te kamizelki?
U jednego pacjenta po dwóch, u innego po trzech miesiącach. Wydaje się, że mamy do czynienia z bardzo dobrym rozwiązaniem nie tylko problemu pacjentów pocovidowych. Serce dotknięte zawałem jest jakby "ogłuszone" i grozi mu zatrzymanie. Podobny stan ogłuszenia serca może wystąpić u pacjentów, którzy przeszli Covid-19.  Jeśli nic nie zrobimy, taki pacjent może umrzeć. Zanim obniżona frakcja wyrzutowa wróci do odpowiedniego poziomu chory powinien być zabezpieczony defibrylatorem albo kamizelką.

Skuteczność szczepionek Pfizera, Moderny, Astry Zeneci i Joh...

Czytałam informacje o badaniach przeprowadzonych na setce ozdrowieńców, którzy ciężko przeszli zakażenie.  Wynika z nich, że po dwóch, trzech miesiącach u 78 proc. pacjentów wystąpiło trwałe zajęcie serca, a u 60 proc. zapalenie mięśnia sercowego. Czy można zakładać, że ten stan "ogłuszenia" serc u pacjentów, którzy przechorowali Covid-19 może się cofnąć?
Do końca jeszcze nie wiemy. Trzeba to dokładnie zbadać na większej grupie pacjentów, chociażby na 10 tysiącach osób.  Pani także cytuje wstępne badania, przeprowadzone na niewielkiej, stuosobowej populacji. Jako naukowiec zawodowy muszę krytycznie patrzeć na źródła.

Zostało dużo niewiadomych?
Sporo. My tak naprawdę jeszcze nie wiemy, ilu ostatecznie pacjentów postcovidowych będzie wymagać kompleksowej pomocy kardiologicznej.  Takie badania wymagają ogromnych nakładów i zaangażowania wielu lekarzy. Ludzie, którzy przeżyli śródmiąższowe zapalenie płuc w przebiegu Covid-19, często mają uszkodzony w różnym stopniu układ oddechowy. To odbija się na zdrowiu. Nawet 90 proc. tych pacjentów skarży się na ciągłe zmęczenie, kaszel, duszności. Kiedy taki chory trafia do szpitala, najpierw robimy mu tomografię komputerową, by sprawdzić, czy nie ma zmian w płucach. Jeśli nie ma, a są cechy niewydolności serca, staramy się ustalić przyczynę. W tym celu musimy przeprowadzić bardzo drogie badania. Najpierw rezonans, który pozwala mówić o podejrzeniu, że przyczyną choroby był wirus. Następnym etapem powinna być biopsja serca. Trzeba osobę chorą ukłuć w serce, pobrać wycinek, wysłać na badania. Objęty specjalistyczną opieką pacjent nie jest skazany na śmierć, ale - niestety - wchodzi na późnym etapie choroby do systemu opieki zdrowotnej i wymaga bardzo kosztownego postępowania.  Jestem przy tym przekonany, że w oddziałach kardiologicznych dominują chorzy z niewydolnością serca, która jest bezpośrednim lub pośrednim skutkiem epidemii. Ich stan może też wynikać z zaniedbań systemu opieki zdrowotnej wobec przewlekle cierpiących na inne choroby niż Covid-19.

Co to znaczy - pośrednim skutkiem epidemii?
Pamięta pani wezwania: jesteś chory, zostań w domu? I ludzie zostawali, razem ze swoją chorobą i czasem umierali. Pacjent leczony ambulatoryjnie teleporadami, który dostawał pięć antybiotyków na zapalenie płuc, ostatecznie zbyt późno trafiał bezpośrednio do lekarza. Bardzo duża grupa chorych z zawałami serca przechodziła je w domach. Z innymi poważnymi problemami kardiologicznymi również. Leczyłem ostatnio pacjenta, który wcześniej, siedząc w domu, czuł się coraz gorzej. Trzy kolejne teleporady przez telefon nie pomagały. W końcu trafił do nas. Okazało się, że ma blok przedsionkowo-komorowy trzeciego stopnia, jego serce biło z prędkością 25-30 uderzeń na minutę. Jest to stan zagrożenia życia, a on trzy tygodnie z czymś takim siedział w domu. Cud Pański, że nie umarł. Jest to przykład, pokazujący, że system powinien opierać się na kontakcie z lekarzem. Wystarczyło osłuchać chorego. Wie pani, że niektórzy pacjenci, wchodzą do mojego gabinetu z płaczem, mówiąc, że lekarza od roku na oczy nie widzieli? I tak w cieniu epidemii, która zdominowała media, internet, wypowiedzi polityków, zaczęli ginąć ludzie.

Pamiętam wezwania lekarzy, by w walce z Covid-19 nie zapominać o innych chorobach. Nie docierały do decydentów?
Niektórzy politycy są zbyt mało rozsądni, by myśleć o zdrowiu publicznym jako nadrzędnym celu. Myślą o najbliższych wyborach, pozyskaniu głosów wyborców, a zdrowie jest gdzieś na szóstym, siódmym miejscu na liście priorytetów. Wolą mówić o żołnierzach wyklętych, a nie o polityce zdrowotnej. Nie ma też uczciwej informacji mediów publicznych, jak dbać o zdrowie.  Oficjalne stanowisko resortu zdrowia powinno być prezentowane w państwowej telewizji jako przeciwwaga różnych bzdur, serwowanych w sieci. Należy zobowiązać TVP do stworzenia bloków informacyjnych, które będą rzetelnie informować na temat Covid-19.  Wiedza dużej części społeczeństwa opiera się bowiem na przekazach z Internetu, gdzie można np. przeczytać, że po zaszczepieniu się kobieta nie urodzi zdrowego dziecka, albo że szczepionka zabija. Obowiązkiem ministerstwa jest trafienie z rzetelnym przekazem na ten temat do społeczeństwa. Uważam także, że zablokowanie planowych przyjęć do szpitali było dużym błędem. Nikt nie jest w stanie policzyć, ile łóżek stało pustych, w oczekiwaniu na chorych, których miał zaatakować covid. A osoby, czekające na planowe zabiegi kardiologiczne i kardiochirurgiczne, masowo w tym czasie wymierały.

Czy wiadomo, dla ilu pacjentów kardiologicznych brak dostępu do lekarza i wstrzymanie zabiegów planowych skończyło się tragicznie?
Wiem, że w moim szpitalu wszyscy walczą i starają się w granicach rozsądku dostosować do zmienianych co chwila przepisów i pomagać chorym ludziom. Widzimy jednak wyraźnie, że ten dostęp jest utrudniony. Pracownia hemodynamiczna, przyjmująca pacjentów z zawałami, odnotowuje o połowę mniej zgłoszeń niż przed pandemią. Czy ludzie o połowę mniej chorują? Nie, oni rzadziej zgłaszają się po pomoc. A to oznacza, że albo umrą w domach, albo za jakiś czas trafią do mnie z niewydolnością serca. Równocześnie spada liczba wykonywanych badań. Mogę to ogłosić jako czarne proroctwo, ale dramatyczne skutki pandemii - prawdziwą rzeźnię - odczujemy dopiero za dwa lata. I nie mówię tu tylko o problemach kardiologicznych, ale także o tych wszystkich niewykrytych w porę guzach nowotworowych.

Czekają nas duże wydatki?
Już płacimy ogromną cenę za epidemię, a zapłacimy jeszcze większą. Dopiero teraz otwiera się temat covidu i pacjentów postcovidowych. Część tych osób nie wróci już do pracy, więc oprócz większych kosztów leczenia czeka nas wzrost wydatków na renty, zasiłki. Obciążenie budżetu państwa będzie ogromne.

Można je jakoś zmniejszyć?
Mając już i tak dużą liczbę pacjentów, wymagających leczenia kardiologicznego, należy walczyć, by nie było ich więcej. A to oznacza konieczność znalezienia środków na prewencję chorób kardiologicznych. Nauczenie młodych, jeszcze zdrowych ludzi, by dbali o swoje serca nie tylko przedłuży im życie, ale także obniży znacząco wydatki na leczenie.

W czasach niszczenia autorytetów, także medycznych, dotarcie z takim przekazem do społeczeństwa jest trudne, jeśli nie niemożliwe.
Dlatego uważam, że konieczna jest zmasowana kampania zorganizowana przez Ministerstwo Zdrowia i prowadzona w publicznych środkach przekazu. Kampania, w której wezmą udział osoby z dużą wiedzą, umiejące ją przekazać, wypowiadające się pod swoim nazwiskiem. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwe wyzwanie. Często tłumacząc pacjentowi, co powinien robić, a co nie, by żyć dłużej, widzę, że i tak będzie postępować po swojemu. Mówię więc, że moim obowiązkiem jest przekazanie mu całego oficjalnego stanowiska naukowego w tym zakresie. A co on z tym zrobi, to już nie moja sprawa. Nie mogę dybać na jego wolność.

Wróćmy jednak do ludzi już chorych. Znam przypadek matki czworga dzieci z zespołem postcovidowym i zniszczonymi w 80-proc. płucami, którą odesłały kolejno szpitale w Starogardzie i Kościerzynie. Przed śmiercią uratowała ją determinacja lekarki z wiejskiej przychodni zdrowia i specjaliści z UCK, gdzie wreszcie dzięki tej lekarce trafiła. To problem ludzi czy systemu?
- System opieki zdrowotnej praktycznie u nas nie istnieje. Pojawiają się jakieś mgliste pomysły o scentralizowaniu szpitali z centralnym zarządem, ale różne rzeczy się słyszy, a mało widzi. Nie wiem co będzie dalej z z podstawową opieką zdrowotną (POZ), ambulatoryjna opieka specjalistyczną (AOS) i ich współpracą ze szpitalami. Jestem przy tym trochę cięty na polityków, którzy przecież mają decyzję sprawczą. Za dwa lata, przed wyborami, znów pojawią się najróżniejsze zarzuty dotyczące działań w czasie pandemii. A ja chciałbym, by takie kwestie - podstawowe dla naszego bytu - rozwiązywano już teraz, wspólnie, ponad podziałami politycznymi. Powinien zostać stworzony program polityki zdrowotnej na następnych 20 lat,zakładający prewencję, poprawę komfortu życia, pomoc dla ludzi starszych. Realizowany przez kolejne dekady niezależnie od tego, kto będzie u władzy.

To co powinna dziś zrobić osoba, która po przejściu Covid-19 odczuwa duszność, kołatanie serca, nie ma wydolności fizycznej?
Musi jak najszybciej zgłosić się do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. I lepiej, żeby to nie była tylko teleporada. Lekarz po zebraniu wywiadu zdecyduje o niezbędnych badaniach, ewentualnie o skierowaniu do szpitala. Uważam, że system opieki pocovidowej - na razie wprowadzany pilotażowo - powinien być wdrożony jak najszybciej we wszystkich placówkach POZ w kraju.

Nie lekceważ migreny. To może być niebezpieczne!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie