reklama

Seksoholizm, pracoholizm, zakupoholizm. Dlaczego zdrowym osobom przypisujemy zaburzenia psychiczne?

Katarzyna Szychta
Katarzyna Szychta
Zaktualizowano 
Dr Piotr Radziwiłłowicz, psychiatra i nauczyciel akademicki. materiały prasowe
W ciągu ostatnich 20 lat nazewnictwo z dziedziny psychologii i psychiatrii weszło do życia codziennego. - Obecnie etykietujemy ludzi określając zwykłe zjawiska emocjonalne jednostkami chorobowymi. Młodzież często mówi: „mam schizę” czy „mam deprechę”, czyli mam jakieś zaburzenia psychiczne. Pojawiły się również pewne dziwolągi diagnostyczne, jak np. seksoholizm, pracoholizm, zakupoholizm, kredytoholizm. To są nowe zjawiska, z którymi wcześniej nie spotykaliśmy się. Niestety wyrządza to wiele szkód, ponieważ często najzdrowszym ludziom przypisuje się zaburzenia psychiczne – mówi dr Piotr Radziwiłłowicz.

Katarzyna Szychta: Czy każdy z nas może mieć problemy psychiczne?

Piotr Radziwiłłowicz*: Każdy z nas może po pierwsze: mieć zaburzenia psychiczne, po drugie: zachorować psychicznie, po trzecie: mieć zwyczajne życiowe problemy, które niekoniecznie wymagają pomocy psychiatry czy psychoterapeuty.

Czy ma Pan poczucie, że w ostatnich latach wzrasta liczba osób, które cierpią na zaburzenia psychiczne?

Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że 1 proc. populacji cierpi na schizofrenię, a od 10 do 15 proc. zmaga się z różnymi stanami depresyjnymi. Ta zapadalność na choroby psychiczne, wbrew panującym mitom, nie jest dramatycznie narastająca. W ciągu ostatnich 10-15 lat odnotowano natomiast wzrost liczby zaburzeń osobowości, czyli problemów związanych z odnalezieniem się w otaczającym świecie. Z tego typu problemami rzeczywiście zgłasza się coraz więcej pacjentów, zarówno do gabinetów psychoterapeutów, jak i psychiatrów.

Z danych statystycznych zgromadzonych przez warszawski Instytut Psychiatrii i Neurologii wynika, że w latach 2012-2014 coraz więcej osób w przedziale wiekowym 19-29 lat korzystało z pomocy specjalistów. W 2012 r. było ich 187 822, w 2013 r. – 194 447, w 2014 r. – 198 054. Czy rzeczywiście jest tak, że coraz więcej młodych ludzi potrzebuje pomocy?

Młodzi ludzie zawsze potrzebowali pomocy, bo brakuje im doświadczenia życiowego. Ale kiedyś tej pomocy udzielała rodzina lub rodzeństwo, nauczyciel, który był autorytetem, ksiądz czy sąsiad. Czasem te osoby mogły pomóc mądrą radą i autorytetem równie skutecznie jak psychoterapeuta czy psychiatra. Jednak w ostatnich latach odebrano starszemu pokoleniu przywilej bycia mentorem, ponieważ recepty na życie, które młodzi ludzie mogą usłyszeć od rodziców i dziadków wydają się być nieaktualne, oderwane od rzeczywistości i z pewnością nie sprawdzą się w obecnym galopującym świecie. Od 20-30 lat każde pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków czuje się coraz bardziej osamotnione, wyobcowane i – przede wszystkim – pozbawione wsparcia autorytetów. Nie jest już żadnym wzorem nauczyciel – bo jest w podobnym wieku, ma podobną stylizację i gadżety.

Obserwuję równocześnie zjawisko przypisywania przez psychologów czy psychiatrów zaburzeń psychicznych osobom, które mają naturalne trudności czy reakcje. Jestem przeciwny nazywaniu każdego zachowania odbiegającego od tzw. „normy” zaburzeniem. Norma jest pojęciem kulturowym.

Rozpoznajemy zaburzenia psychiczne u osób, które wcale z nimi się nie zmagają?

Patrząc na to, co robią niektórzy lekarze, moi koledzy i moje koleżanki „po fachu”, odnoszę wrażenie, że gdy mają pacjentów w swoim gabinecie, to wstyd jest im czegokolwiek nie rozpoznać i powiedzieć, że pacjent jest po prostu zdrowym człowiekiem. Unikając tego zapisują np. profilaktycznie lek przeciwdepresyjny i kierują na psychoterapię, niekiedy zupełnie niepotrzebnie.

Nie znaczy to jednak, że nie powinniśmy zwracać uwagi na sygnalizowane problemy. Nigdy nie możemy bagatelizować prób samobójczych. Panuje powszechne przekonanie, że gdy ktoś przyjmuje tabletki w celu demonstracji samobójczej lub podcina sobie żyły, to nic mu nie jest. Funkcjonuje mit, że gdy ktoś mówi o samobójstwie, to na pewno nigdy nie targnie się na swoje życie. Znam wiele przypadków, w których osoby odbierające sobie życie wielokrotnie informowały otoczenie, że mają takie zamiary. I wówczas nikt tym człowiekiem nie zainteresował się. Taką osobę powinien dokładnie przebadać zarówno doświadczony psychoterapeuta, jak i doświadczony psychiatra.

Czy rosnąca liczba młodych ludzi, którzy szukają pomocy u specjalistów, powinna nas niepokoić?

Tak, powinna nas niepokoić, a jednocześnie skłonić średnie i starsze pokolenia do podjęcia konkretnych działań. Analizując to zagadnienie, nie możemy zapominać o szkodach, jakie wyrządza rozwój elektroniki. Ci młodzi ludzie to pokolenie cyfrowe, któremu miesza się świat wirtualny i świat realny, co jest nieuniknione, ale czasem niebezpieczne. To średnie i starsze pokolenia powinny otoczyć młodzież opieką, bo obecnie – niestety – jest ona pozostawiona sama sobie… Gadżety nie wystarczą. Młodzieży trzeba poświęcać czas i budować z nią więzi. Nigdy nie jest to czas stracony.

Ostatnio często diagnozowane są zespoły amotywacyjne. Gdy przychodzi do mojego gabinetu młody człowiek i mówi „panie doktorze, mi się nic nie chce”, a nie cierpi na żadne zaburzenie psychiczne, to podejrzewam właśnie zespół amotywacyjny. Takiemu człowiekowi po prostu brakuje motywacji do życia i działania. Pozornie jest zdrowy, a społecznie źle funkcjonuje. Jest to zjawisko nowe, z którym dopiero się oswajamy. Nikt jeszcze nie stwierdził, dlaczego tak się dzieje. Myślę, ze jest to kolejna tzw. choroba cywilizacyjna jak, np. cukrzyca czy nadciśnienie.

Wydaje się, że dziś wizyta u psychoterapeuty czy psychiatry nie jest powodem do wstydu…

Obecnie poradnie psychoterapeutyczne i psychiatryczne są oblężone. Nie było tak jeszcze kilka- czy kilkanaście lat temu. Z prostego powodu – kulturowego. Kiedyś wizyta u psychiatry była rzeczą wstydliwą, stygmatyzowała. Pacjenta trzeba było wzywać do poradni, słać listy. Dziś byłoby to nie do pomyślenia, aby listonosz przyniósł komuś list z wezwaniem na badania opatrzony pieczątką poradni zdrowia psychicznego… No ale to były inne czasy. Wówczas nie było czegoś takiego jak prawa pacjenta.

Co więcej, w niektórych kręgach, np. artystycznych chodzenie do psychoterapeuty jest czymś zupełnie normalnym, a nawet nobilitującym.

Uczestniczenie w terapii jest obecnie w modzie?

Zacznijmy od ustalenia, czym w ogóle jest terapia. Zwykle pod tym pojęciem rozumiemy leczenie, domyślając się, że chodzi o psychoterapię, opierającą się na rozmowie, zwykłym kontakcie międzyludzkim. Ale przecież istnieją inne formy terapii – jak np. ergoterapia - leczenie pracą czy muzykoterapia - leczenie muzyką. W sanatoriach stosuje się choreoterapię, czyli leczenie tańcem, świetne dla osób całkowicie zdrowych, ale osamotnionych. Ale oprócz tego istnieje również farmakoterapia, czyli leczenie z wykorzystaniem leków psychotropowych.

Wydaje mi się, że od jakichś 20 lat udział w psychoterapii stał się u nas niezwykle modny. Niektórzy ludzie potrzebują po prostu odpłatnej przyjaźni, nawiązania kontaktu z osobą, z którą mogliby porozmawiać, bo brakuje im tego w domu rodzinnym czy w środowisku zawodowym. Nie kwestionuję potrzeby istnienia psychoterapii ani kompetencji działających psychoterapeutów, jednak powinniśmy być ostrożni wybierając naszego specjalistę. Często trafiam na ogłoszenia, w których psychoterapeuta deklaruje, że jest w stanie wyleczyć ze wszystkiego - schizofrenii, nerwicy, depresji, zaburzeń osobowości, a przy okazji doskonale sprawdza się w rozwiązywaniu, np. problemów małżeńskich. Nikt nie jest omnibusem. W niektórych przypadkach nie obejdzie się bez leczenia farmakologicznego. Nie twierdzę, że jakiekolwiek leki mogą być panaceum i wyleczą wszystko. Ale jednocześnie nie mogę zgodzić się z tezą, że każde zaburzenie psychiczne można wyleczyć psychoterapią… Każdy specjalista ma swoje kompetencje i powinien podchodzić do wykonywania swoich obowiązków z pokorą, bo najważniejsze jest zdrowie pacjenta.

Watro zwrócić uwagę na to, że nie każdy pacjent ma świadomość różnicy pomiędzy psychologiem, psychoterapeutą i psychiatrą…

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to różne profesje?

Niekiedy pacjentom brakuje wiedzy o specjalistach, do których zgłaszają się po porady. Mówią: „byłem/byłam u psychologa i zapisał mi lekarstwa”. Oczywiście psycholog, jak i psychoterapeuta, niczego nam nie zapisze, bo - w przeciwieństwie do psychiatry - nie ukończył studiów medycznych i nie ma prawa wypisywania recept czy kierowania na specjalistyczne badania lekarskie.

Co równie ciekawe, niektórzy doskonale zdają sobie sprawę z różnic między tymi specjalistami, ale z lęku wolą spotkać się z psychoterapeutą niż z psychiatrą. Obawiają się nas, psychiatrów, ponieważ – w popularnych wyobrażeniach – jesteśmy tymi, którzy nie tylko wypisują recepty na otumaniające tzw. „psychotropy”, lecz również mogą „zamknąć” w szpitalu psychiatrycznym, gdzie pacjenci nie są leczeni, a dręczeni lekami czy nawet elektrowstrząsami. Takie archaizmy jeszcze przetrwały. Nawiasem mówiąc elektrowstrząsy stosuje się nadal, ale za zgodą pacjenta i tylko w wybranych przypadkach. Proszę mi wierzyć, że czasem ratują życie. Dotyczy to pacjentów z myślami samobójczymi i ciężką depresją, gdy nie możemy czekać na opóźniony efekt działania leków przeciwdepresyjnych.

W kulturze popularnej, w filmach i serialach, psychoterapeuci zwykle są osobami spolegliwymi, współczującymi i rozumiejącymi, natomiast psychiatrzy często są ukrytymi bestiami…

Jak Hannibal Lecter.

Właśnie! W tych wyobrażeniach psychiatrzy to nierzadko osoby, które tylko pozornie leczą, a w rzeczywistości działają na szkodę chorego. Nic więc dziwnego, że w odczuciu społecznym lęk przed psychiatrą jest dużo większy niż przed psychoterapeutą. Niekiedy można usłyszeć, jak ludzie mówią o psychiatrach, że to „wariatolodzy”, czyli ci, którzy leczą wariatów. Określenia „psychoterapeuta” czy „neurolog” brzmią swojsko i łagodniej. Mimo tego, osób korzystających z porad psychiatrów jest coraz więcej, a kolejki olbrzymie.

Zdarza się, że ludzie przychodzą do psychiatry ze zwykłymi problemami życiowymi, jak np. brakiem pracy czy pieniędzy, bo chcą się wyżalić, a nie mają komu. Jednak to, że coraz więcej osób korzysta z porad psychiatrów, nie jest jednoznaczne z tym, że przybywa zaburzeń psychicznych. Niepokoić powinna nas rosnąca liczba osób zmagających się z uzależnieniami…

Właśnie. Czy uzależnienia powinniśmy traktować jako zaburzenia psychiczne?

Nie. Choć są ujmowane w klasyfikacji zaburzeń psychicznych jako zaburzenia behawioralne, to same w sobie zaburzeniami psychicznymi nie są. Uzależnienia mogą, ale nie muszą, prowadzić do ich rozwoju. Skutki używania lub nadużywania alkoholu są różnorakie i indywidualne - od lekkich do bardzo poważnych. Człowiek uzależniony, np. od alkoholu na ogół może skutecznie sporządzić testament. Osoba, która cierpi na chorobę psychiczną, już raczej nie jest do tego zdolna.

Czy zwyczaj picia każdego dnia, np. kufelka piwa czy lampki wina, powinien nas niepokoić?

Tak, przy czym zawsze powinniśmy uwzględniać, w jakim środowisku się znajdujemy. We Francji i wielu krajach lekkie wino pije się codziennie do obiadu, robią to nawet dzieci. Po prostu taki funkcjonuje tam obyczaj. Jednak może mieć to zgubne konsekwencje dla zdrowia. Zdarza się, że osoby w wieku trzydziestu lat z tego powodu cierpią na marskość wątroby. Sykałem się z takimi przypadkami we francuskich szpitalach. Mimo wszystko codziennie picie alkoholu – piwa, wina czy wódki, rodzaj trunku nie ma znaczenia – powinno nas niepokoić.

Alkohol to jedna z najbardziej rozpowszechnionych używek na świecie. W dodatku również nie ma problemu z jej zdobyciem – sprzedawana jest w sklepach spożywczych, chociaż nie jest substancją spożywczą. Jest używką. Na butelkach czy puszkach z alkoholem znajdziemy obecnie dwa piktogramy – przekreślone kluczyki, czyli „nie jeżdżę po alkoholu” i przekreśloną sylwetkę ciężarnej, czyli „nie piję w ciąży”. Chciałbym by pojawił się trzeci piktogram - „alkohol nasila agresję”.

Społeczeństwo nie zdaje sobie sprawy z tego, że picie alkoholu ma wpływ na nasze zachowanie?

Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, że człowiek, który z natury jest ostoją spokoju, może po wypiciu alkoholu stać się osobą bezkrytyczną i agresywną. Większość ciężkich przestępstw przeciwko zdrowiu i życiu popełniana jest właśnie pod wpływem alkoholu.

Wyobraźmy sobie pacjenta, który przychodzi do lekarza rodzinnego i wyznaje, że ma problemy ze snem. W czasie wizyty pada tylko jedno pytanie „dlaczego?”, po którym lekarz wypisuje receptę na lek nasenny.

Lekarz rodzinny powinien na samym początku wizyty zakomunikować pacjentowi, że zaburzenia snu nie są na ogół chorobą, lecz objawem. I zapytać, czy pacjent zaakceptowałby wizytę u psychiatry, który zajmuje się zaburzeniami snu. Jeśli pacjent nie godzi się na takie rozwiązanie, zadałbym kilka dodatkowych pytań, które pomogłyby ustalić, dlaczego ten człowiek ma problemy ze snem. Przyczyną nie musi być zaburzenie psychiczne. Może ona okazać się zupełnie banalna, np. starsi ludzie nie śpią, bo bolą ich stawy. Jak człowiek może wysypiać się, kiedy go coś boli? W takiej sytuacji przypisywanie leku nasennego, zamiast właściwego leku przeciwbólowego, jest nieracjonalne. Pamiętajmy, że - poza lekami ziołowymi - każdy lek nasenny jest lekiem psychotropowym.

Czy możemy bezgranicznie ufać tzw. psychotropom, czyli lekom psychotropowym?

Zaufać trzeba przede wszystkim lekarzowi. Nie powinniśmy nigdy leczyć się samemu, u znajomych czy w internecie.

Z lekami psychotropowymi związanych jest kilka mitów. Ludzie nie chcą ich stosować, bo się ich boją. W powszechnym mniemaniu, wśród osób nie będących fachowcami, leki psychotropowe postrzegane są jako szkodliwe. Mówi się, że wszystkie uzależniają – jest to nieprawda. Mówi się, że trzeba je brać do końca życia – nieprawda, że uniemożliwiają prowadzenie pojazdów – nieprawda, że zmieniają osobowość – nieprawda. W społeczeństwie funkcjonuje lęk przed lekami psychotropowymi, który zniechęca do podejmowania takiego rodzaju kuracji. Zwłaszcza, jeśli ktoś czyta fora internetowe na ten temat. Tam nie brakuje wielu niepochlebnych opinii o lekach psychotropowych.

Ale są i takie, które uzależniają…

Tak. Należą do nich m.in. benzodiazepiny – grupa leków o działaniu uspokajającym; to zwykły diazepam czy clonazepam i inne, które kończą się na – „pam”. One wszystkie są niebezpieczne, bo mogą uzależniać. Ale w wybranych przypadkach i one są przydatne.

Warto wspomnieć również o nadużywanych obecnie lekach przeciwdepresyjnych. W ostatnich 15-20 latach pojęcie depresji zdeprecjonowało się – stosowane jest w odniesieniu do wszystkich stanów smutku. Nic bardziej błędnego. Pod pojęciem depresji czy też zespołu depresyjnego rozumiemy kilka objawów osiowych, które muszą być spełnione, by zidentyfikować epizod depresyjny trwający minimum 14 dni. Gdy przychodzi do mojego gabinetu pacjent, który jest już od dwóch dni przygnębiony, bo go odwiedził komornik, to - mimo tego, że ma smutną minę i płacze - nie stwierdzam depresji. Ale wielu lekarzy w takiej sytuacji często zapisuje leki przeciwdepresyjne z przekonaniem, że to są to leki pocieszające, które dadzą ukojenie. W ten sposób trafiają do osób, które nie cierpią z powodu depresji, a problemów życiowych: braku pieniędzy lub braku pracy, wizyt komornika czy groźby eksmisji.

Leki przeciwdepresyjne mają w psychiatrii szerokie zastosowanie. Skuteczne są też w niektórych innych przypadkach, np. zaburzeń adaptacyjnych, zaburzeń odżywiania oraz natręctwach. Jednak stosowanie leków przeciwdepresyjnych jako „pocieszycieli”, panaceum na wszystkie smutki dnia codziennego, jest szkodliwe i irracjonalne.

Wróćmy do wizyty u lekarza rodzinnego. Czy, jeśli dostaliśmy receptę na lek nasenny, który jest lekiem psychotropowym, powinniśmy podejść z dystansem do zalecenia i zastanowić się zanim po niego sięgniemy?

Tak, zdecydowanie. Jeśli lekarz rodzinny nie czuje się na siłach, aby rozpoznać, jakie są podstawy bezsenności, to – będąc na jego miejscu – nakłaniałbym pacjenta do wizyty u psychiatry. Ale jeśli lekarz pierwszego kontaktu ma kilka minut na każdego pacjenta, to nie ma co się dziwić, że pierwszym odruchem będzie chwycenie za długopis i wypisanie recepty na lek nasenny. Bez względu na to, jakie mogą być skutki jego zażywania.

Dr Piotr Radziwiłłowicz, psychiatra i nauczyciel akademicki. materiały prasowe

* dr n. med. Piotr Radziwiłłowicz jest psychiatrą i nauczycielem akademickim. Jest również zaprzysiężonym biegłym sądowym z zakresu psychiatrii. Autor lub współautor sześćdziesięciu publikacji naukowych.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie