Sąd: były minister nie zdefraudował 2 milionów

Tomasz Słomczyński
Henryk Majewski spędził pół roku w areszcie
Henryk Majewski spędził pół roku w areszcie Archiwum
Były minister spraw wewnętrznych Henryk Majewski jest niewinny defraudacji dwóch milionów złotych - orzekł Sąd Okręgowy w Gdańsku. Zdaniem prokuratora, pieniądze te miały zniknąć z kasy klubu GKS Wybrzeże, którym Majewski kierował w latach 1998-2002.

Sprawa stała się głośna w 2004 roku. Wówczas prezes GKS trafił do aresztu. Były opozycjonista na znak protestu przeciwko uwięzieniu rozpoczął głodówkę. Wstawiał się wówczas za nim ówczesny marszałek województwa Bogdan Borusewicz. Po 6 miesiącach od zatrzymania sąd wyznaczył kaucję w wysokości 200 tys. zł i wyraził zgodę na zwolnienie Majewskiego z aresztu.

Jeszcze w 2004 roku powstał akt oskarżenia, w którym prokurator postawił zarzuty w sumie 10 osobom. Z ustaleń śledczych wynikało, że Majewski podpisał fikcyjną umowę z firmą Tomasza K. (który również w tym procesie zasiadał na ławie oskarżonych). Prokurator stwierdził, że celem podpisania tej umowy nie było wykonanie jakiejś usługi, tylko wyprowadzenie z firmy 2 mln zł. Miały one trafić na prywatne konta sponsorów klubu.

W 2005 roku rozpoczął się proces. Zakończył się po dwóch latach - w lutym 2007 roku sąd umorzył postępowanie wobec byłego szefa MSW. Powodem umorzenia był nieprawidłowo sformułowany zarzut. - W ocenie sądu zarzut wprowadzenia w błąd stowarzyszenia (klubu GKS) i niekorzystnego rozporządzenia mieniem nie był zasadny z tego powodu, że oskarżony był wówczas we władzach stowarzyszenia, więc niejako z definicji nie mógł sam siebie wprowadzać w błąd jako organu stowarzyszenia - wyjaśniał dziennikarzom ówczesny rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku Rafał Terlecki.

Prokuratura odwołała się od tego wyroku. Sąd Apelacyjny nakazał powtórzenie procesu, który zakończył się w zeszłą środę wyrokiem uniewinniającym. - Od początku w aktach sprawy były wszystkie dowody, z których wynikało, że nie doszło do żadnej defraudacji - tłumaczy obrońca Henryka Majewskiego mec. Paweł Brożek. - Pieniądze trafiały do firmy Tomasza K., to prawda. Tylko że stamtąd od razu były przekazywane z powrotem Henrykowi Majewskiemu, który z kolei wypłacał pensje zawodnikom.
Dlaczego dokonywano przy wypłatach takich kombinacji? - Klubu nie było stać na zapłacenie podatku za zawodników wysokiej klasy. Chodziło o to, żeby mogli startować w barwach GKS - mówi mec. Paweł Brożek. - Sąd uznał naszą argumentację, uniewinnił zarówno Henryka Majewskiego, jak również i innych oskarżonych. Szkoda, że to musiało trwać aż siedem lat.

Zdaniem adwokata, wszystkie dokumenty świadczące o przekazaniu zawodnikom pieniędzy od początku były dostępne prokuratorowi.
Wyrok jest nieprawomocny. Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy, która przygotowała akt oskarżenia, rozważa złożenie apelacji. Jeśli uniewinnienie się uprawomocni, Henryk Majewski będzie miał podstawy, żeby ubiegać się o odszkodowanie za straty moralne związane z oskarżeniem i aresztowaniem.

Zacznę wreszcie normalnie żyć
Z Henrykiem Majewskim, byłym ministrem spraw wewnętrznych, rozmawia Dorota Abramowicz

Jest Pan jedynym szefem MSWiA, który spędził pół roku w areszcie...
Niestety, tak. Ręczyło wówczas za mnie wiele szanowanych osób, ale ostatecznie decyzję o zwolnieniu z aresztu podjęto dopiero po rozpoczęciu przeze mnie głodówki.

Dziś już niewielu pamięta, jakie zarzuty postawiono Panu po 2000 roku. O co konkretnie chodziło?
Może pani zajrzeć do artykułów sprzed siedmiu lat. Pisano wówczas wiele niepochlebnych rzeczy na mój temat...

Pytam o Pana opinię.
Zacznijmy od tego, że zarzuty dotyczyły działalności klubu pod koniec lat 90., gdy w życie wchodziły przepisy, pozwalające klubom sportowym korzystać z różnych przywilejów. Przy okazji popełniano też błędy. Trzeba jednak także pamiętać, że między 1999 a 2001 r. gdański żużel odniósł wiele sukcesów. Nasz stadion to była perełka, nazywano nas szejkami Północy.

Skąd ci "szejkowie"?
Współpracowaliśmy ściśle z Rafinerią Gdańską, która hojnie wspomagała klub GKS Wybrzeże. Sport był jednak ściśle związany z polityką. Kiedy SLD doszedł do władzy, skończył się sponsoring. To tak, jakby ktoś nagle zakręcił wszystkie kurki. Ostatecznie, tuż przed drugą turą wyborów samorządowych poprosił mnie do siebie ówczesny baron lewicy Jerzy Jędykiewicz i postawił warunek - albo natychmiast zastąpi mnie na stanowisku prezesa GKS lewicowy kandydat na prezydenta Gdańska Marek Formela, albo kurki nie zostaną odkręcone. Zarząd musiał zrezygnować.

Później pojawił się zarzut, że w czasie prezesowania wyprowadził Pan z GKS ogromne pieniądze.
Najciekawsze było to, że prokuratura nie podała konkretnej straty. Najpierw było to 27,5 mln złotych, czyli suma, jakiej w klubie nigdy nie było, potem kwota ta spadła do dwóch milionów złotych.

W końcu co zniknęło z kasy klubu?
Nic.

Strasznie to skomplikowane.
Zaraz pani wytłumaczę. Wróćmy do czasów "zakręcenia kurka". Mamy następującą sytuację - firmy obiecały dać nam pieniądze, a potem nagle się z tego wycofały, klub ma zobowiązania, musi chociażby zapłacić zawodnikom, a w kasie pustki. Zaczynamy więc zbierać pieniądze.

Od kogo?
Od innych firm. Mamy faktury, dokumentujemy wszelkie operacje finansowe, przy okazji - przyznaję - nieco omijając fiskusa. Jednak te pieniądze, o których mówił potem prokurator, wcale nie znikają, ale zostają w klubie, pozwalając uregulować zobowiązania. Zawodnicy dostają pieniądze...

Przedstawił Pan te faktury śledczym?
Nikogo to nie interesowało. Oni chcieli czegoś innego - aresztów, przecieków do prasy, poniżających mnie artykułów.

Rzeczywiście, było o Panu głośno w 2004 r., ale potem sprawa ucichła.
I myśli pani, że byłem z tego powodu zadowolony? Kiedy sąd w 2007 r. zdecydował o umorzeniu postępowania, media już niewiele mówiły na ten temat. A jeszcze kilka lat wcześniej gazety pisały, że spędzę 10 lat w więzieniu.

Będzie Pan szukał odwetu za 7 straconych lat?
To nie jest najważniejsze.
Najważniejszy jest spokój. Poczekam na uprawomocnienie wyroku i zacznę wreszcie normalnie żyć. Przez ostatnie lata, oprócz pracy zawodowej, zajmowałem się zbieraniem i opracowywaniem materiałów, dotyczących historii najnowszej, w tym Grudnia '70. Za uratowanie filmu nakręconego w 1970 r. w Gdańsku otrzymałem ostatnio od prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. I to się liczy.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
girl

tak czy inaczej ten żydek siedział 6 miesięcy, ku uciesze pań klawiszowych, którym regularnie strzelał patelnię bez podmycia

c
czytelnik

inaczej cos by w tym kraju było

Dodaj ogłoszenie