Rozmowa z Magdaleną Berus: „Nie noszę na sobie swoich ról”

rozm. Ryszarda Wojeciechowska
Z Magdaleną Berus, znaną z filmów "Bejbi blues" oraz "Nieulotne" - nagrodzoną w tym roku za debiut aktorski na gdyńskim festiwalu filmowym - rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Można powiedzieć, że jest Pani aktorskim fenomenem. Jeszcze przed ukończeniem dwudziestego roku życia, zagrała Pani główne role w dwóch filmach. Pokazano je na ostatnim, gdyńskim festiwalu. Jak się to dźwiga?

Nie mam poczucia, że coś dźwigam. Nie noszę codziennie tych ról na sobie. Wstaję sobie o poranku każdego dnia jak normalny człowiek. I tylko w takich momentach jak teraz, kiedy pytają dziennikarze, trzeba wracać do czegoś, co się robiło przed dwoma, trzema laty. To właśnie dla mnie jest nienaturalne. Bo ciągle próbuję znaleźć coś świeżego, tyle już o tych rolach powiedziałam.

Do którego filmu ciężej się wraca wspomnieniami, do "Bejbi blues" czy do "Nieulotne"?

W przypadku filmu "Nieulotne" nie znałam ani Jacka Borcucha, ani ludzi, którzy z nim w ekipie pracowali. I docieraliśmy się dopiero na planie. Przecież ja byłam osobą spoza tego całego filmowego świata. Nie miałam pojęcia ani o tym jak się robi filmy, ani czym jest aktorstwo. Trudności były dla mnie jednak tak motywujące i ciekawe, że próbowałam się z nimi na bieżąco mierzyć. Musiałam w siebie bardzo mocno uwierzyć. W to, że jestem na właściwym miejscu. Że to nie przypadek. Miałam wrażenie, że przez pewien czas na planie panował chaos. I zaufanie z Jackiem Borcuchem oraz ludźmi z ekipy budowałam bardzo stopniowo. Mozolnie.

Z Borcuchem inaczej się pracowało, niż z Rosłaniec?

Jacek jest raczej oszczędny w opowiadaniu o postaci, nie rozwodził się nad tą całą filozofią, nad emocjonalnym życiem mojej bohaterki. To wszystko budowało się spontanicznie. I to było dla mnie trudne. Nie czułam takiego bezpieczeństwa, nie miałam klosza nad sobą jak u Kasi Rosłaniec. Z tego ciepłego miejsca na planie u Kasi, wskoczyłam w dziwny świat.

"Bejbi blues" to była Pani pierwsza rola. Ciekawa jestem, co Pani pomyślała o swojej bohaterce po przeczytaniu scenariusza? Bo to postać kontrowersyjna, nie do końca przez widza rozumiana.

Pytała pani o trudności. Może właśnie trudność polegała również na tym, że ja tej swojej bohaterki z "Bejbi blues" na początku nie lubiłam. Trochę jej współczułam. Bo ta jej historia i tragedia dotknęła mnie jakoś. Ale nie mogłam jej zachowań zrozumieć.

Zagrała ją Pani jednak tak, że jest nagroda za debiut aktorski.

Kiedy już z Kasią Rosłaniec przysiadłyśmy nad tą rolą, zaczęłam warstwa po warstwie dogrzebywać się do źródła jej zachowań. I to mnie rozwaliło. Postanowiłam więc odsunąć się od oceniania tej postaci. Przytuliłam ją do siebie i spróbowałam w szczery sposób przez siebie przepuścić. Otworzyć się na nią na tyle, żeby jej nie tylko nie bronić, ale także nie oskarżać.

Rosłaniec mówiła, że z jej strony była to miłość od pierwszego wejrzenia. Od razu na castingu wiedziała, że to Pani zagra.

Fantastycznie wspominam naszą pracę. Spotykałyśmy się jeszcze na długo przed rozpoczęciem zdjęć. Budując zaufanie i taką emocjonalną więź. Kiedy sobie teraz o tym przypominam, już wiem, że to bardzo rzadki przypadek roztaczania takiego klosza nad aktorem. Że ona nie pracowała jak reżyserka z aktorką tylko jak człowiek z człowiekiem.

Oba filmy miały jednak mieszane recenzje. Dobre mieszały z takimi, które wbijały filmy w ziemię.
Pamiętam, że niektóre recenzje po "Bejbi blues", które mi wpadały w ręce, były po prostu głupie, łopatologiczne. Krytyka i mieszanie z błotem bez sensu. Taka recenzja więcej mi mówiła o samym recenzencie, niż o filmie.

Już Pani zdecydowała, czy będzie aktorką?

Wróciłam właśnie z Nowego Jorku. Chodziłam tam przez trzy miesiące na kurs aktorski. Ale myślę, że decyzja w stylu - tak, będę aktorką, nigdy się nie pojawi tak stuprocentowo. Co ja sobie mogę postanawiać? Gdybym powiedziała, że od teraz chcę robić aktorską karierę, to musiałabym mocno cisnąć w tym kierunku. A ja tego nie lubię.

Ale kurs w Nowym Jorku dowodzi, że jednak Pani w siebie zawodowo inwestuje. Taki kurs pewnie sporo kosztuje.

To był raczej impuls niż jakaś przemyślana decyzja. Pomyślałam - o, Nowy Jork, fajna przygoda, fajna szkoła, czemu nie. I pojechałam.

Nauczyła się Pani czegoś w tej szkole, czy może plan filmowy lepiej uczy aktorstwa?

Plan filmowy jest lepszy, a w szkole głównie aktorsko eksperymentowaliśmy. Na planie rzadko jest czas na eksperymenty. Trzeba być nieustannie skupionym. A na kursie aktorskim mieliśmy przestrzeń do kombinowania, do otwierania sobie różnych furtek w głowie.

Na planie filmowym spotkała się Pani z wybitnymi aktorami: Danutą Stenką, Katarzyną Figurą czy Andrzejem Chyrą. Nie było tremy?

Nie. Bardzo szybko okazało się, że to są fajni ludzie. Że ich niedostępność to tylko jakaś projekcja w naszej głowie. Ja fantastycznie wspominam spotkanie z Andrzejem Chyrą ["Nieulotne" - dop. aut.]. To moje najpiękniejsze doświadczenie aktorskie. Tu już nawet nie chodzi o warsztat. Chociaż fajnie jest podglądać takiego aktora przy pracy. Ale chodzi mi też o taką, zwyczajną, ludzką energię, jaką od niego inny grający na planie otrzymuje.

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie