Rozmowa z katem

Barbara SzczepułaZaktualizowano 
Janeczka (z lewej) i Marychna Krasnodębskie przed rodzinnym domem w Gwoźdźcu na Pokuciu. Mąż Marychny, Józef Dębiński, zginie w kazamatach UB na Ziemiach Odzyskanych Archiwum prywatne
Nikomu nie powiedziałam, że idę do Stanisława W. ps. Opal, człowieka, który zabił mojego męża - wspomina Janina Rokicka. - Wcześniej wysłałam do niego list, w którym podałam się za dziennikarkę.

Wielkanoc w 1945 roku wypadała w marcu. W Wielki Czwartek wieczorem do jednego z domów we wsi Krężnica Okrągła koło Bełżyc wpadło trzech żołnierzy Armii Krajowej, czwarty stał na czatach. - Czesław Rokicki? Rzucili się na mężczyznę, który jadł kolację z matką i żoną. W sąsiedniej izbie spali chłopcy: dwuletni Jurek i kilkudniowy Romek, który miał być chrzczony podczas świąt. - Zrewidować, związać i wyprowadzić! - rozkazywał jeden z przybyłych. Pchnęli go w kierunku drzwi. Matka podbiegła, by go pożegnać, ktoś ją odepchnął. Janina, żona Czesława, która siedziała jak sparaliżowana, odzyskała głos i zaczęła krzyczeć. - Cicho, bo zabiję jak psa!

Wtedy widziała męża po raz ostatni. W Wielki Piątek Czesława Rokickiego rozstrzelano w lesie.

***

Przypomina sobie inną Wielkanoc. W Kołomyi. Jest rok 1940, szósta rano, kilkanaście minut przed rezurekcją. Ksiądz udziela im ślubu, świadkiem jest kolega Czesława inżynier Pić, ceremonii przygląda się dwóch żebraków, którzy schronili się w kościele.

Czesia poznała na nartach, w tych okolicach u podnóża Karpat wszyscy uprawiali ten sport. Czesław, z wykształcenia inżynier, otrzymał przed wojną pracę w Powiatowym Urzędzie Geodezyjnym w Kołomyi. We wrześniu ’39 walczył w Janowie pod Lwowem, a gdy dowódca rozpuścił żołnierzy, mówiąc: dwóm wrogom nie damy rady, starajcie się przeżyć chłopcy, bo jeszcze się Polsce przydacie, wrócił do miasta nad Czerniawą.

Janeczka zdała maturę u sióstr urszulanek. To było znakomite gimnazjum z internatem, podczas przerw i posiłków uczennice musiały rozmawiać wyłącznie po francusku. Uczyły się tu na ogół córki okolicznych ziemian, była nawet księżniczka Terenia Puzyna. Też z Gwoźdźca, jak Janeczka, ale nie mieszkała w internacie, dowożono ją do szkoły powozem. Janeczka bywała czasem u koleżanki w pałacu, pamięta kolację, podczas której na wykwintnej porcelanie lokaj w białych rękawiczkach podawał mamałygę zwaną tu kuleszą. Ale to było jeszcze przed wojną, wraz z najazdem Sowietów, a potem Niemców zawalił się cały świat. Księżna pani z Terenią i Stasiem ukrywała się w domu znajomych, a pałac rozgrabiali nie tylko najeźdźcy, ale i wierni służący. Janeczka przypomina sobie na przykład filiżankę do kawy, z której pijał książę Józef Poniatowski, pamięta też szkic witrażu wykonany przez Stanisława Wyspiańskiego.

Do domu mamy Janeczki, pani Krasnodębskiej (ojciec już nie żył), w Gwoźdźcu sprowadziła się Sowietka, która zakochała się w dziewiętnastoletnim Bronku, bracie Janki. Kobieta była namolna, a odmowa mogła skutkować zsyłką na Sybir całej rodziny. Mama się zadręczała.

Stale kogoś ubywało. Janeczka widziała, jak rodziny koleżanek z gimnazjum ładowano do towarowych wagonów, przemiła Hanka Mastalerz wraz z całą rodziną wylądowała na Syberii, a jej brat zginął w Katyniu… O każdej rodzinie można by pisać tomy.

Do wojny Polacy, Żydzi, Ukraińcy i Ormianie żyli w zgodzie, ale już we wrzesniu ’39 na moście nad Czerniawą pojawił się transparent „Niech żyje niezwyciężona Armia Czerwona” i niektórzy Żydzi założyli na rękawy czerwone opaski, ale gdy wkroczyli Niemcy, trzeba było ratować Żydów. Mieszkańcy Gwoźdźca to robili, za co niektórzy otrzymali potem medale „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Mama Janeczki medalu nie otrzymała, ale regularnie dostarczała ukrywającym się żywność. Czesław także pomagał komu mógł.

***

W 1942 roku zdecydował: jedziemy do mojej mamy pod Lublin. Udało im się jakoś przedrzeć. Teściowa miała gospodarstwo we wsi Krężnica Okrągła, nieopodal Bełżyc, które prowadził brat Czesława, Władek. Czesław związał się tu z Batalionami Chłopskimi, bo chciał się przydać Polsce. Gdy dekretem PKWN z 6 września 1944 ogłoszono reformę rolną jako geodeta dostał polecenie mierzenia pól i wytyczania działek. Dziedziczką była pani Kuźnicka, której córki były koleżankami Janeczki z urszulańskiego gimnazjum z Kołomyi. Janeczka chodziła więc do dworu pożyczać książki, a Czesław w tym czasie parcelował ich grunty. Takie to były czasy.

Inżyniera Czesława Rokickiego aresztowało NKWD. Już siedział wraz z innymi na ciężarówce, która miała go wieźć na Wschód, a Janeczka stała obok i szlochała w głos. Bardzo kochała swojego Czesia, taki z niego był dobry człowiek, czuły, troskliwy, opiekuńczy.

Ledwo stała, bo była w ciąży z Romkiem. Wtedy ktoś się nad nią zlitował, bo zdarzały się i takie przypadki, a może był jakiś inny powód, w każdym razie inżynier Rokicki na Sybir nie został wywieziony.

Niebawem nadeszły święta i ten fatalny Wielki Czwartek, kiedy zjawili się zbrojni z lasu.

- Jesteś komunistą, Ruscy cię zwolnili!

- Jakim komunistą? Ludzie, opamiętajcie się.

- Dzielisz ziemię.

Rano Janeczka pobiegła do zaprzyjaźnionego księdza do Bełżyc, któremu Czesław wybrukował plac przed kościołem, a ksiądz mówi: to uczciwy człowiek i niewinny, więc na pewno go wypuszczą.

Władek odnalazł ciało brata w lesie. Bez butów, bez płaszcza, w samej koszuli. - Tatuś! - Jurek dotknął go i zamarł.

Na pogrzebie inżyniera Czesława Rokickiego były tłumy. Ludzie cenili go i darzyli szacunkiem. Zelektryfikował Krężnicę Okrągłą i jeszcze dwie sąsiednie wsie, budował drogi, sporządzał plany reformy rolnej, w którą chłopi wierzyli, bo powiedzmy szczerze: II Rzeczpospolita nie była dla nich dobrą matką.

Ksiądz grzmiał: Jeszcze jedna kropla niewinnej krwi wsiąka w naszą ziemię!

***

Nie mogła dłużej tam zostać. Spakowała chłopców i pojechała do siostry, która uciekając przed Ruskimi z Kołomyi osiadła na Ziemiach Odzyskanych. Mama Marychny i Janeczki nie chciała opuszczać swojego domu w Gwoźdźcu, denerwowała się okropnie i zmarła na serce dwa tygodnie przed wyjazdem. A co z bratem, co z Bronkiem? Zakochana Sowietka nie chciała go puścić, udało mu się wreszcie podstępem wymknąć na dworzec, schował się w wagonie, a ludzie przykryli go materacami i pierzynami...

Marychna osiedliła się na wsi koło Prudnika, dostała ładne poniemieckie gospodarstwo. Wyszła za mąż za żołnierza wileńskiej Armii Krajowej, powstańca warszawskiego. Janeczka dostała mieszkanie w Białej Prudnickiej i znalazła pracę w szkole, bo przed wojną skończyła pierwszy rok pedagogiki na KUL. Brat Bronek został nauczycielem w Łodzi. Księżniczka Terenia Puzyna uczyła francuskiego w szkole dla dzieci opóźnionych w rozwoju w Zabrzu, a jej brat Stanisław był inkasentem. Hanka Mastalerz wróciła z Sybiru, inne koleżanki też jakoś próbowały żyć w nowej rzeczywistości, powychodziły za mąż, rodziły dzieci, mieszkały w obcych miastach, bo ich domy zostały przecież za wschodnią granicą. Władze ogłosiły plan trzyletni, potem sześcioletni. Ukochany kraj, umiłowany kraj - śpiewano radosne piosenki.

W 1951 roku funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa aresztowali Ziutka Dębińskiego, męża Marychny, jako zaplutego karła reakcji. Naprawdę nazywał się Józef Pocejkowicz. Gdy żona przyniosła do więzienia bieliznę na zmianę, powiedziano jej, że już nie będzie mu potrzebna.

***

Janeczka studiuje zaocznie historię na KUL i uczy w szkole zawodowej. Chodzą tu dzieci „repatriantów” i autochtonów. Jedna z uczennic mówi podczas lekcji: Niemcy byli szlachetni, to Polacy mordowali. Zabiorę uczniów do Oświęcimia - myśli nauczycielka, żeby zobaczyli na własne oczy tę ich szlachetność. Obóz, w którym są jeszcze świeże ślady po więźniach, buty, zabawki, robi wstrząsające wrażenie. Po powrocie Brygida mówi: ja, mieliście recht, on był rychtich zbój ten Hitler.

***

Chłopcy rosną, Janka dzieli czas między studia, pracę i dom, w Polsce sytuacja polityczna się zmienia, po 1956 roku żołnierze AK nie są już zaplutymi karłami reakcji. Ci, którym udało się przeżyć ciężkie śledztwa i więzienia, wychodzą „na wolność”. Nie dotyczy to, niestety, jej szwagra Ziutka, który najprawdopodobniej nie żyje, choć nie wiadomo, gdzie został pochowany i kiedy. Dopiero w wolnej Polsce dorosłe już dzieci Józefa zorganizują mu pogrzeb z należnymi honorami.

Rokicka często myśli o człowieku, który zastrzelił Czesława, uczynił ją wdową, a jej synów sierotami. Jak on z tym żyje? Czy ma wyrzuty sumienia? Czy mu się to zabójstwo czasem śni?

Dopiero po roku 1989 podczas pobytu u Władka Rokickiego, brata Czesława, w Krężnicy Okrągłej, nic nikomu nie mówiąc idzie do dworu. Tak, do tego samego, w którym mieszkały panie Kuźnickie. Uciekły przed Armią Czerwoną i już nie wróciły. Mieszka tam teraz Stanisław W. pseudonim konspiracyjny „Opal”. Wcześniej wysłała do niego list przedstawiając się jako dziennikarka kwartalnika historycznego. Prosi o wywiad, o wojenne wspomnienia.

„Opal” prosi, by usiadła i zaczyna opowiadać…

Janina Rokicka nie słucha, nie po to do niego przyszła, więc w internecie sprawdzam, jak walczył „Opal”. W „Polsce Zbrojnej” z 27 września 2013 roku znajduję tekst o „Zaporze”, jego dowódcy, jednym z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki i najbardziej poszukiwanym przez władze żołnierzu Lubelszczyzny. Hieronim Dekutowski „Zapora” został skazany na siedmiokrotną karę śmierci, wraz z nim rozstrzelano sześciu jego podkomendnych. Dlaczego wspominam o Zaporze? „Opal” od lutego 1944 do sierpnia 1945 był zastępcą komendanta „Zapory”. Z krótkiego życiorysu Stanisława W. „Opala” wyłania się sylwetka dzielnego człowieka. Kawaler srebrnego Krzyża Virtuti Militari. Oficer AK, potem WIN, aresztowany w 1945. Po wyjściu z więzienia niejawnie współpracował z „Zaporą” i jego oddziałami. Po raz drugi więziony w latach 1949-51.

***

Pani Janina Rokicka siedzi obok „Opala”, w drzwiach stoi jego żona, która przysłuchuje się rozmowie.

- Nazywam się Rokicka. Dlaczego zastrzelił pan mojego męża Czesława Rokickiego?

- To był porządny chłopak, ale dał się uwieść komunistom.

- Skąd pan to wie?

- Ludzie mówili.

- A czy pan wie, co o panu ludzie mówią? Mam nadzieję, że sprawiedliwość Boża pana dosięgnie, bo ludzka już pewnie nie - Rokicka podnosi się z krzesła. - Nie mogę panu przebaczyć. Przeklinam pana.

***

Znowu zaglądam do internetu.

Doktor Sławomir Poleszak - historyk, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Lublinie, pisze w tekście „Siedmiu z Łączki”:

„Leszek Pietrzak ustalił, że UB rozpracowując grupę „Zapory” w latach 1946-1947 wykorzystywał 63 agentów. Według niego niezwykle cennymi źródłami informacji w otoczeniu „Zapory” były dwie osoby, informator „Iskra” vel agent „Żmudzki” i informator „Lena” vel agent „Maria”. Dotychczasowe ustalenia historyków wskazują, że pod tymi kryptonimami kryli się Stanisław W. „Opal” i Helena M. (...) Ustalenia Jarosława Kopińskiego wskazują, że jedną z kluczowych ról w tej operacji (aresztowania „Zapory” i sześciu jego podkomendnych) odegrał Stanisław W. ps. „Opal”.

***

- Do Gdańska trafiłam przypadkowo - opowiada mi pani Rokicka. - Byłam tu z synami na wakacjach u kuzyna męża i weszłam do Conradium, bo spodobał mi się ten budynek. Jakiś pan, okazało się, że był to dyrektor Baczyński, zapytał, kogo szukam i tak od słowa do słowa zaprosił mnie do gabinetu i na koniec rozmowy zaproponował pracę, bo potrzebował nauczyciela historii. Pracowałam tu przez ćwierć wieku do emerytury.

O „Opalu” staram się nie myśleć, choć czasem przypominam sobie tę najtrudniejszą w moim życiu rozmowę. Przyśnił mi się kiedyś i okazało się, że właśnie tej nocy zmarł. Ktoś z rodziny męża przysłał mi list z informacją o jego śmierci. To był rok 1998. Kuzyn Czesława napisał też, że podczas pogrzebu rozdawano ulotki z informacją, że „Opal” był donosicielem UB.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jan

Może, nie do końca kłamstwo, "nocni goście" nie przedstawiali się, a AK było w tamtych rejonach najliczniejszą formacją i w rozumieniu ludności dalej to było AK, a tak naprawdę to zwykła banda, której spodobało się życie z grabienia ludności nie mająca żadnego szacunku dla ludzi pragnących po prostu odbudowywać zniszczony wojną kraj. Dzisiaj wypinają niektórzy z nich piersi po ordery, zakłamując ówczesną rzeczywistość, co niektórym politykom się bardzo przydaje. Alianci oddali nas Stalinowi i trzeba było jakoś z tym żyć.

P
Piotr Chrzanowski

W pierwszym zdaniu nieprawda. Na wielkanoc 1945 nie było już Armii Krajowej. Została rozwiżana w styczniu. Co zrobiło 3 byłych Akowców to nie obarcza całej podziemnej armii

Dodaj ogłoszenie