Rocznica śmierci Papieża. Jan Paweł II: Wiecznie żywy święty czy bohater zamkniętej historii?

Dariusz Szreter
Msza odprawiona przez Jana Pawła II na sopockim hipodromie 5 czerwca 1999 r.
Msza odprawiona przez Jana Pawła II na sopockim hipodromie 5 czerwca 1999 r. Robert Kwiatek/Archwium DB
Udostępnij:
Nie było „jednego” Karola Wojtyły. Było parę faz, parę sposobów przejawiania się jego obecności na czele Kościoła. Myślę, że przełomowy był moment zamachu - mówi filozof religii, prof. Zbigniew Mikołejko.

Co panu najmocniej utkwiło w pamięci z wieczoru 2 kwietnia 2005 roku, kiedy umarł Jan Paweł II?
Przede wszystkim zostało mi w pamięci tamto oczekiwanie. Z jednej strony wiedzieliśmy, jaki będzie jego końcowy rezultat, mieliśmy pewność nieuchronności momentu, w którym nastąpi śmierci papieża. Z drugiej strony wielu ludziom mojej generacji, których niemal całe dojrzałe życie upłynęło w cieniu Jana Pawła II, to wydawało się czymś absolutnie niewiarygodnym. To było jakby usunięcie jednego z filarów naszego świata. Kolejna rzecz, która mi utkwiła, to masowość tego oczekiwania. Zaraz po tym, gdy ogłoszono informację o śmierci papieża, zostałem zaproszony do jednej z rozgłośni radiowych. Kiedy później wracałem do domu, poprosiłem kierowcę, żeby mnie przewiózł przez Warszawę: okolice Krakowskiego Przedmieścia, kościoła świętej Anny i tak dalej. Te tłumy, które tam klęczały, to było zupełnie niepojęte, dramatyczne. Patos, spotęgowana groza, żal, a jednocześnie podniosłość. Czuło się, że wszyscy zareagowali takim duchowym uniesieniem, byli w swoistej ekstazie. To wręcz wibrowało w powietrzu, w słowach, w zachowaniach, we wszystkim... Mówiło się też o wyjątkowym poczuciu jedności.

Które jednak okazało się bardzo ulotne.
Tak, natychmiast to się rozwiało, a te wszystkie gesty, które się wtedy pojawiły, były naprawdę krótkotrwałe. Potem jeszcze coś z tego momentu powróciło w czasie uroczystości żałobnych, kiedy niewidoczny wiatr zaczął poruszać karty ewangeliarza na placu Świętego Piotra. W każdym razie, kiedy pyta pan o pamięć tamtych dni, to jest to przede wszystkim wspomnienie emocji towarzyszących przekonaniu, że oto stało się coś ważnego w dziejach Polski, świata, ale i w moich dziejach prywatnych. Bo jeśli ktoś był pokoleniem Jana Pawła II, to właśnie moje pokolenie - tych, którzy w 1978 byli młodzi, a kiedy ten pontyfikat się zamknął, byli ludźmi już dojrzałymi, często bardzo dojrzałymi.

Czyli może jednak osoba Jana Pawła II mocniej spajała nas za życia, niż później? Często zwraca się uwagę na to, że śmierć polskiego papieża zbiegła się w czasie z początkiem najpoważniejszego, trwającego w Polsce dzisiaj, podziału nie tylko politycznego, ale społecznego, czy wręcz kulturowego.
Te dwie śmierci, bo muszę sięgnąć jeszcze do śmierci kardynała Wyszyńskiego, przypadły w momentach krytycznych. Były znakami wytracania przez polski Kościół pozycji, którą wcześniej miał. Odchodziły oto wielkie osobowości tego Kościoła. Później przyszły śmierci wielu innych hierarchów: arcybiskupa Gocłowskiego, abp. Życińskiego, wreszcie kardynała Macharskiego. I nagle ten Kościół przestał być, powiedziałbym nieco patetycznie, wielki. Próbował jeszcze żyć pod osłoną zmarłych autorytetów, zwłaszcza Jana Pawła II, ale czuło się, że w gruncie rzeczy nie ma w sobie mocy ani też chęci przeciwdziałania temu, co się zaczęło dziać, tego rozdzielania się nas na dwie (co najmniej) części. Krótko mówiąc: nie ma autorytetu. Odejście Jana Pawła II i paru jeszcze hierarchów tamtej epoki spowodowało, że zabrakło swoistego mediatora, pośrednika. Tak, jak gdyby obecność Jana Pawła II powodowała, że te napięcia - które przecież od dawna gdzieś tam się gotowały - nie mogły wykipieć. Natomiast po jego śmierci ujawniły się z całą swoją drastycznością, której skutki dzisiaj obserwujemy. A jednocześnie pojawili się w Kościele tacy hierarchowie, którzy nie mieli tej mocy sami z siebie, ale też specjalnie się o nią nie starali.

Msza odprawiona przez Jana Pawła II na sopockim hipodromie 5 czerwca 1999 r.

Wspominamy: 5 czerwca 1999 r. papież Jan Paweł II odprawił m...

Ale to wszystko byli nominaci z nadania Jana Pawła II.
Często tak jest, że wielcy ludzie zostawiają po sobie, że tak powiem - mizernych dziedziców. To możemy obserwować wielokrotnie w historii. Prymas Glemp nie dorównywał przecież formatem swojemu protektorowi, kardynałowi Wyszyńskiemu, choć, mimo wszystko, był on jeszcze postacią w pewien sposób wyrazistą. W paru sytuacjach konfliktowych potrafił zareagować. A później już nic. Nagle okazało się, że episkopat jest też podzielony, stronniczy, niezwykle interesowny w swoich wyborach politycznych. Że jest w gruncie rzeczy - nie lękam się tego powiedzieć - w swojej większości grupą wiejskich proboszczów, którzy zostali przebrani w fiolety biskupie. Trzeba zauważyć jeszcze jedną rzecz: zarówno Jan Paweł II, jak i kardynał Wyszyński to były postacie, w pewnym sensie monarsze, posiadające królewską moc. A monarcha to jest ktoś, kto ma specjalną więź ze swoim ludem. Kiedy więc zamiast tych monarszych figur pojawiły się postacie urzędników dworskich czy administratorów, politykierów, siłą rzeczy nie mogły one odgrywać takiej roli, jak ich poprzednicy. Nowa mechanika doboru hierarchów i autonomizacja biskupów też zrobiła swoje. Kościoły przestały mieć tak bardzo lokalny charakter, przestały być skupione wokół swoich przywódców: prymasów, przewodniczących episkopatów. Zgodnie z nowym kościelnym ustawodawstwem biskupi zyskali o wiele większą autonomiczność i niezależność. Miejsce zwartego Kościoła zastąpiła konfederacja, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie…

To też była reforma wprowadzona przez Jana Pawła II.
To pokazuje, jak kończą się próby demokratyzacji „od góry”. Demokratyzacji niedokończonych - takich, w których demokratyzuje się same struktury rządzenia Kościołem w jego górnych warstwach, a nie Kościół jako taki. Lud Boży, to podmiot przecież zasadniczy, nie został włączony w ten proces. Ku temu zmierza dopiero - mam takie wrażenie - pontyfikat papieża Franciszka. On sam jest o wiele bardziej otwarty na świeckich. Także księża znajdujący się na niższych stopniach hierarchii doznali teraz pewnego uwolnienia z zależności od biskupów.

Dziś rocznica śmierci Jana Pawła II. Przypomnij sobie jego najważniejsze słowa kierowane do Polaków.

Jan Paweł II: 16. rocznica śmierci. Co nam zostawił papież? ...

W kontekście pontyfikatu Franciszka mówi się czasem o „dewojtylizacji” Kościoła. Skoro, tak to wpierw należałoby zadać pytanie: czym w takim razie była jego „wojtylizacja”?
To nie jest sprawa jednoznaczna. Nie było „jednego” Karola Wojtyły. Było parę faz, parę sposobów przejawiania się jego obecności na czele Kościoła. Myślę, że przełomowy był moment zamachu, który zamknął ten krótki czas dynamizmu, nowego powiewu ducha, nowej nadziei za sprawą papieża, który przybywa ze Wschodu. Zamach Ali Agcy i zamach w Fatimie, o którym mniej pamiętamy, przemieniły ten pontyfikat. Z jednej strony osłabiły siły witalne Jana Pawła II, dzięki czemu urzędnicy watykańscy, purpuraci i cały ten dwór, zaczęli mieć więcej do powiedzenia. Z drugiej strony krew przelana w zamachu „namaściła” Jana Pawła II. Uczyniła go bardziej mistycznym, powiedziałbym - wręcz mesjanistycznym. Ten mesjanizm sprzyjał bardziej konserwatywnemu spojrzeniu na świat. Niektóre rysujące się na początku pontyfikatu reformy zostały wstrzymane, a nawet wycofane. Dużą rolę odegrał w tym procesie kardynał Ratzinger, którego pozycja zyskała na znaczeniu. Zaostrzyła się postawa Watykanu wobec środowisk liberalnych. Posypały się represje wobec krytycznie myślących, bardziej otwartych duchownych. Pamiętamy różne papieskie akty i gesty, zarówno w stosunku do ludzi kościelnej lewicy, jak i krnąbrnych teologów. Pamiętamy, jak Jan Paweł II groził palcem Ernesto Cardenalowi, duchownemu z Nikaragui, który wszedł do tamtejszego lewicowego rządu. Pamiętamy rozprawę z teologią wyzwolenia. Pamiętamy też historie związane z coraz bardziej, powiedziałbym, kostniejącym stosunkiem do spraw związanych z etyką rodzinną i seksualną. A przy tym wciąż bardzo wiele istotnych wątków myśli Jana Pawła II miało lewicujący charakter, w duchu kościelnego solidaryzmu z człowiekiem ubogim. Tego nie dał sobie do końca wydrzeć, mimo że sam stawał się coraz bardziej konserwatywny, także z racji wieku. Coraz mniejszy miał też wpływ na to, jak działa dwór papieski ze swoją feudalną niemal strukturą, zwalczającymi się stronnictwami.

Krew przelana w zamachu „namaściła” Jana Pawła II. Uczyniła go bardziej mistycznym, powiedziałbym - wręcz mesjanistycznym. Ten mesjanizm sprzyjał bardziej konserwatywnemu spojrzeniu na świat.

Przecież ci ludzie także w dużym stopniu zostali dobrani przez Jana Pawła II.
Tak, ale przecież trudno oczekiwać, żeby papież znał wszystkich kandydatów na stanowiska. Na świecie są tysiące biskupów. On ich wybierał z czyjegoś polecenia, polecenia kogoś, komu ufał. Owszem, mógł być ostrożniejszy w tej materii. Tymczasem swoimi wyborami personalnymi wzmacniał te coraz bardziej konserwatywne mechanizmy. Stał się też poniekąd jednym z wojowników wojny kulturowej, która się zaostrzyła w świecie. To jego mówienie o „cywilizacji śmierci”, do składników której zaliczał - bez różnicy: aborcję, in vitro, eksperymenty genetyczne... Teolog Gianni Baget Bozzo pisał wówczas, że ciężar tego pontyfikatu przeniósł się z kwestii dogmatycznych na kwestie etyczne. Ta moralność katolicka serwowana Kościołowi przez Jana Pawła II i jego watykańskie otoczenie stała się bardzo surowa.

Z jednej strony mamy surowe wskazówki moralne dla ludu, z drugiej pobłażliwość, a w każdym razie niedostrzeganie ciężkich występków wewnątrz hierarchii.
Nie mamy wiedzy co z tego, co się działo, docierało do Jana Pawła II. Na ile był przyzwalający. Myślę, że w jakiejś mierze był. W pewnym momencie zaczął się niestety kierować etyką „mniejszego zła”. Tak prawdopodobnie było w przypadku Marciala Maciela Degollado i jego Legionu Chrystusa. Z drugiej strony sprawa Juliusza Paetza pokazuje, że o pewnych rzeczach nie wiedział. Gdyby nie jego przyjaciółka, pani Wanda Półtawska, która osobiście interweniowała u niego, to by się nie dowiedział: ani o całej sprawie, ani też o wynikach prac komisji, którą sam przecież powołał i którą posłał do Poznania. To świadczy, że był coraz bardziej izolowany. Ale też myślę, że nie chciał pewnych rzeczy wiedzieć i widzieć. Nie chciał widzieć, że na Kościele, który buduje - ba, na jego fundamentach - pojawiły się rysy.

Jakby miał nadzieję, że swoją charyzmatyczną osobowością zdoła wszystko scalić i uświęcić.
Wracamy znowu do tego ludowego mesjanizmu i monarchizmu. Do tej roli króla uwielbianego przez lud. Z jednej strony mamy więc to uwielbienie, z drugiej były jednak struktury, wybory moralne, wybory teologiczne. Była praca nad reformą Kościoła, która bądź została zaniechana, bądź też zmierzała w kierunkach powodujących, że znaczenie i pozycja Kościoła w świecie słabły. W końcówce tego pontyfikatu pojawił się więc Kościół, który szedł na konfrontację, na „zderzenie czołowe” z liberalnym światem. Myślę, że mimo wszystko to dramat Jana Pawła II, który po trosze nie był w stanie, a po trosze nie chciał wycofać się z tej logiki przemiany Kościoła. Pontyfikat jego następcy, Josepha Ratzingera, racjonalny, pragmatyczny, intelektualny, niósł jednak pewne oznaki dostrzeżenia tych brzemiennych problemów, które narosły. Chociażby sprawy pedofilii w Kościele. A teraz mamy do czynienia z zupełnie odmiennym pontyfikatem papieża Franciszka, który też jest na swój sposób ludowy, ale poprzez proste działanie. Bez monarchizmu, dworu, rytuałów, patosu. Z większym otwarciem na świeckich, większym zrozumieniem dla dzisiejszego liberalnego świata.

Natychmiast po śmierci Jana Pawła II pojawiło się to hasło „santo subito”. Przez dwa tysiąclecia Kościół był ostrożny i nie stosował takich „szybkich ścieżek”. Mówiło się, że od śmierci do kanonizacji powinno upłynąć co najmniej pól wieku. W tym wypadku tej karencji nie było.
Myślę, że zadecydowało potężne oczekiwanie tych ludzi, którzy w obrębie tego wojtyliańskiego Kościoła zostali ukształtowani. Oczekiwali też tego ci hierarchowie, którzy zostawieni wyniesieni przez Wojtyłę, co było działaniem bardzo pragmatycznym z ich strony. Dzięki temu podstawą ich mocy stało się namaszczenie przez świętego. To w Kościele znacznie więcej niż namaszczenie „tylko” przez papieża bez nimbu. W prawoznawstwie kościelnym papież jest władcą absolutnym. Może wszelkie regulacje formalne poddać dyspensie, obejść wszystkie formalności i przepisy. Wszystko zależy od jego woli. Papież Benedykt wykorzystał to prawo. Sam przecież, dzięki Wojtyle, stał się najpotężniejszym człowiekiem Kościoła. W drugiej połowie pontyfikatu Jana Pawła II, w wielu podstawowych kwestiach, mocniejszym od samego papieża. Powtarza się często anegdotę o tym, jak w prywatnych rozmowach na tematy teologiczne czy etyczne Jan Paweł II wygłaszał jakąś opinię, a potem z figlarnym uśmiechem mówił do swoich rozmówców: „Miejmy nadzieję, że kardynał Ratzinger tego nie słyszy”. Ale to przecież on tego Ratzingera wyhodował…

Gdańskim strażakom nie udało się dostać na audiencję do Ojca Świętego. Mimo że próbowali załatwić ją przez jego ówczesnego sekretarza, księdza Dziwisza. - To była wycieczka do Włoch organizowana przez Stowarzyszenie Inżynierów Pożarnictwa w 1999 roku - wspomina starszy brygadier Kazimierz Boryczewski. - Zwiedziliśmy Watykan, ale tak bardzo chcieliśmy zobaczyć Papieża. Dlatego długo staliśmy na placu Świętego Piotra, wiedzieliśmy, że Papież tego dnia będzie jechał swoim papamobile. Czekaliśmy. Przejechał, pobłogosławił zgromadzonych na placu. Udało się nam kupić zdjęcia zrobione przez włoskiego fotografa. To było wyjątkowe przeżycie duchowe, zobaczyć Ojca Świętego z tak bliska.

40. rocznica pontyfikatu Jana Pawła II. 40 lat od wyboru Kar...

Wróćmy do spraw polskich. Mówił pan o pokoleniu JP2. W tej chwili natomiast wchodzi w dorosłość pokolenie, dla którego polski papież jest figurą czysto historyczną.

Tak - i to dobrze. Z tym, że ja mam wrażenie, że do swoistego „unieważnienia” dziedzictwa Jana Pawła II doszło już wcześniej. Pod koniec lat 90., jak pytałem studentów różnych kierunków, czy czytali jakąś prostszą encyklikę lub bardziej popularne teksty Jana Pawła II, to jeszcze zdarzały się takie osoby. Od początku lat dwutysięcznych - już nie. Już wtedy stawał się on coraz bardziej historyczny, coraz bardziej oddalony. Zresztą także pod ciśnieniem liberalnej, kosmopolitycznej kultury, która nieustannie kwestionuje autorytety, hierarchię i tak dalej, utrzymanie tej roli, jakby z innej epoki, z innego czasu, było niemożliwe. Komunizm, paradoksalnie, też był konserwatywny: i moralnie, i obyczajowo, a nawet - do pewnego stopnia - społecznie. Niby walczył z „czarną” przeszłością, ale z drugiej strony swoją ideologią ją podtrzymywał. Po 1989 to wszystko runęło i wyłonił się nowy świat. Pamiętam tę papieską wizytę w Polsce, już po nastaniu wolności...

Czerwiec 1991.
Znaczna część mojego pokolenia - także ci, którzy przedtem byli, jak my wszyscy, jakoś papiescy - nagle poczuła się dotknięta tymi wyrzekaniami Jana Pawła II na nowy liberalny świat, który się tu pojawił. Na to nasze (zrozumiałe przecież) zachłyśnięcie się konsumpcjonizmem i zachodnim stylem życia: swobodą wyborów etycznych, obyczajowych, kulturowych, która wtedy została nam dana. A jednak, co ważne, a o czym jeszcze nie mówiliśmy, ostatecznie to Jan Paweł II wprowadził Polskę do Unii Europejskiej. Gdyby nie jego zaangażowanie, jego wpływ - kto wie jak by było? Przecież antyunijne siły były w Polsce niezwykle mocne i miały wsparcie znacznej części polskiego Kościoła hierarchicznego. To pokazuje zresztą, jak rozdarty to był pontyfikat. I jak rozdarty był to człowiek.

To Jan Paweł II wprowadził Polskę do Unii Europejskiej. Gdyby nie jego zaangażowanie, jego wpływ - kto wie jak by było? Przecież antyunijne siły były w Polsce niezwykle mocne i miały wsparcie znacznej części polskiego Kościoła hierarchicznego. To pokazuje zresztą, jak rozdarty to był pontyfikat. I jak rozdarty był to człowiek.

Mógł poddawać ostrej krytyce tę obyczajowość, która się wyłoniła na Zachodzie, i która tutaj, siłą rzeczy, po przełomie też przyszła, ale widział też, że Unia Europejska to jedyna możliwa droga dla Polski. Dokonał więc trudnego i - mam wrażenie - bardzo słusznego wyboru. Dzisiejsze czasy to pokazują. Nawet w kontekście tego, że teraz i figura, i nauki papieża zostały w Polsce nie tyle nawet podważone, co jakby przysypane pyłem: i świętości, i zapomnienia. W tym sensie, że praktycznie nikt się do nich nie odwołuje. To już jest rzeczywiście bohater zamkniętej historii.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Na czym najbardziej zaczęliśmy oszczędzać?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie