Rewolucja śmieciowa na Pomorzu. Problemy związane z wprowadzeniem ustawy

Łukasz Kłos
Marzena Bugała - Azarko
Przez dobrych kilka miesięcy żyliśmy tym, jaką metodę naliczania opłat przyjmą gminy, w których mieszkamy. Nic dziwnego, od konkretnych rozwiązań zależało, ile zapłacimy za śmieci. Zainteresowanie było tym większe, że już pod koniec 2012 r. stało się oczywiste, że za tę usługę zapłacimy wielokrotnie więcej niż dotychczas.

Niby nowe zasady dawały spore możliwości manewru - aż cztery sposoby naliczania opłat za śmieci. Tyle że (jak zgodnym chórem podkreślali i eksperci, i samorządowcy) żadna z nich nie była w efekcie dobra.

To właśnie wokół wysokości stawek i metod naliczania opłat narastały pierwsze konflikty między mieszkańcami, wspólnotami i spółdzielniami a władzami gmin.

Jeszcze pod koniec 2012 r. wiceprezydent Gdańska Maciej Lisicki zapewniał, że nie wyobraża sobie, by w tym mieście wprowadzono kiedykolwiek metodę powierzchniową naliczania opłat. A już kilka miesięcy później publicznie zapewniał, że to najlepsze rozwiązanie dla miejskiego budżetu. Spółdzielcy wespół z grupami mieszkańców zarzucili wiceprezydentowi nie tylko błądzenie, ale też arogancki styl wprowadzania zmian.

Z kolei plany wprowadzenia metody wodnej wywołały głosy sprzeciwu w gminach wiejskich znad Zalewu Wiślanego. I tu zarzucano władzom nierozważne skalkulowanie skutków przyjętego założenia. Metoda wodna zdawała się odzwierciedlać dobrze ceny za odbiór śmieci z hoteli, pensjonatów i domów wczasowych. Tyle że zapomniano przy tym, iż z wody - i to w przemysłowych ilościach - korzystają także miejscowi rolnicy, choć sami śmieci produkują niewiele.

Napięcie wokół metod naliczania opłat za odpady komunalne było tak duże, że pod koniec zimy parlament uelastycznił wcześniejsze propozycje, dając możliwość łączenia różnych sposobów.

Od osoby, od metra, od wody czy może ryczałtem?

Niemal w każdej gminie mieszkańcy okazywali swoje niezadowolenie z powodu drastycznych podwyżek cen za wywóz odpadów. I niemal w każdej gminie samorządowcy głośno martwili się, czy pieniądze zebrane w ramach śmieciowych opłat wystarczą na sfinansowanie nowych zadań.

Choć w większości samorządów, tak jak w Gdańsku czy gminie wiejskiej Chojnice, rozstrzygnięcie przetargów przyniosły oszczędności, to w niektórych stały się powodem kolejnych kłopotów. Obie firmy, jakie przystąpiły do przetargu na wywóz odpadów mieszkańców Słupska, za swoje usługi chciały więcej niż zamierzał dać samorząd. Urzędnicy oszacowali, że koszt odbioru śmieci wyniesie ok. 13,5 mln zł. Tymczasem jeden z oferentów zażądał 16,1 mln zł, a drugi aż 18 mln zł. W efekcie władze Słupska, po pewnych perturbacjach, zdecydowały się dołożyć brakującą kwotę z kasy miasta. Podobna sytuacja ma miejsce w Darłowie, tyle że tu nie znaleziono jeszcze rozwiązania.

Za wysokie opłaty, za mało pieniędzy

Choć to gminy odpowiadają za wywóz śmieci z naszych domów, to w rzeczywistości odpadki nadal będą odbierać od nas firmy. Samorządy pełnią tylko rolę pośrednika i organizatora. Firmy przewozowe muszą być wyłonione w drodze przetargu. To jedno z głównych założeń nowej ustawy śmieciowej.

- Chodzi o to, by zachować konkurencję na rynku, dzięki której opłaty za śmieci będą mogły się utrzymywać na stabilnym poziomie - przekonywał jeszcze niedawno Andrzej Kraszewski, były minister środowiska, za którego kadencji opracowano reformę systemu gospodarowania odpadami.

Tymczasem właśnie obowiązek rozpisywania przetargów wzbudził bardzo poważne kontrowersje w środowisku samorządowców. Andrzej Porawski, dyrektor biura Związku Miast Polskich, tak tłumaczył obawy samorządowców:

- Wiele spośród gmin posiada własne spółki komunalne, które zajmują się wywozem odpadów. Zainwestowały w ich rozbudowę miliony złotych, nierzadko pochodzących z dotacji unijnych. Ewentualna przegrana w przetargu oznaczałaby dla tych firm koniec, a dla gmin konieczność zwrotu pobranych dotacji.

Porawski wskazywał też na jeszcze inny aspekt - ryzyko zmonopolizowania rynku przez największych graczy oraz składanie ofert dumpingowych.

Związek Miast Polskich lobbował za zmianą przepisów i dopuszczeniem możliwości bezprzetargowego zlecania zadań firmom komunalnym. Bezskutecznie. Proponowane poprawki nie uzyskały parlamentarnej większości.

Niemniej część samorządów ostatecznie zdecydowała się nie rozpisywać przetargów. Na Pomorzu postąpiły tak Sopot, Hel i Brusy. Wywóz odpadów powierzono w nich zakładom budżetowym. Według danych Głównej Inspekcji Ochrony Środowiska, w całym kraju takich gmin jest 22. I to właśnie ta inspekcja zapowiada, że będzie surowo karała niepokorne samorządy. Grozi im do 50 tys. zł grzywny.

Jak tłumaczy szef GIOŚ, Andrzej Jagusiewicz, gminy miały półtora roku na dostosowanie się do obowiązujących przepisów. Teraz muszą liczyć się z kontrolami inspektorów ochrony środowiska. Jednym z głównych celów będzie sprawdzenie właśnie, czy rozpisano przetarg na wywóz odpadów. Kontrole mają rozpocząć się już w połowie lipca.

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie