Rejsy po gospodarce: Za co, tak naprawdę, pracodawca mi...

    Rejsy po gospodarce: Za co, tak naprawdę, pracodawca mi płaci

    Piotr Dominiak, ekonomista

    Dziennik Bałtycki

    Dziennik Bałtycki

    Gdyby ktoś zadał mi takie pytanie oficjalnie, odpowiedziałbym, jak większość osób postawionych w takiej sytuacji: za moją ciężką pracę dla dobra firmy/regionu/kraju (niepotrzebne skreślić).
    Nie byłaby to jednak odpowiedź prawdziwa. Jeśli bowiem zastanawiam się nad tym rzetelnie, na własny użytek, dochodzę do całkiem innych wniosków.

    Płacą mi za posiadane dyplomy (od nich zależy stanowisko), za funkcje (różnego typu dodatki), za miejsce w organizacyjnej hierarchii (wpływ na stawki i podwyżki), za czas. Za pracę w najmniejszym stopniu. Gdybym nie pracował na uczelni tyle godzin, ile pracuję (a jest to naprawdę sporo), gdybym nie pracował również w domu, zarabiałbym zapewne nieco mniej, niż zarabiam. Ale tylko nieco. Jako ekonomista znający teorię użyteczności i teorię kosztów powinienem dać sobie spokój. Krańcowy koszt uzyskania tego nieco wyższego dochodu jest absurdalnie wysoki. Cóż, teorie te dotyczą zachowań ludzi racjonalnych, a nie durnych.

    Pisząc tu o płaceniu za pracę, nie mam na myśli wysiłku, liczby godzin itp. Nie chodzi mi o nakład pracy. Chodzi mi o efekty. W Polsce to wciąż herezja. Różnicowanie wynagrodzeń w zależności od efektów pracy jest nadal uważane przez większość z nas za niesprawiedliwe. Mocna pozycja związków zawodowych podtrzymuje takie przeświadczenie. Ideologia "jednakowych żołądków", potrzeb socjalnych rodzin, zazdrości wobec bogatych odgrywają znaczącą rolę nie tylko w dyskusjach o płacach, ale także w praktyce negocjacyjnej pomiędzy pracownikami a pracodawcami. Pozycja pracodawców prywatnych jest oczywiście znacznie silniejsza niż państwowych, toteż w prywatnym biznesie pewne brutalne prawdy rynkowe dotarły już do świadomości wielu ludzi. Raport zamieszczony na portalu Wynagrodzenia.pl wyraźnie wskazuje, że w tym sektorze coraz częściej płaci się za indywidualne osiągnięcia. Wiem, że czasem jest je zmierzyć łatwo, czasem bardzo trudno, ale widać, iż firmy próbują jakoś sobie z tym radzić.

    W państwowych przedsiębiorstwach i instytucjach to się raczej nie zdarza. Tu spora część zatrudnionych nie widzi lub wydaje się nie rozumieć związku pomiędzy efektem własnej pracy a własną pensją, pomiędzy własną pensją a sytuacją finansową swojego pracodawcy. A ci ostatni wcale nie myślą inaczej.
    Płacą mi za posiadane dyplomy, za funkcje, za miejsce w organizacyjnej hierarchii, za czas. Za pracę w najmniejszym stopniu
    Moich przełożonych bardziej interesuje to, co ja robię poza uczelnią, niż to, co robię w niej. W związku z tym starają się, jak mogą, bym przypadkiem nie zarabiał dodatkowo, ale też nie mają żadnego zamiaru płacić mi za efekty mojej pracy dla nich. Przyzwyczaiłem się, już tylko się z tego śmieję. Robię tu to, co lubię, bez względu na wynagrodzenie. Ale gdzieś przecież muszę zarobić. Wolałbym mieć jedną pracę. Jednak nawet gdybym się tu zaharował na śmierć i miał nie wiem jakie osiągnięcia, zarobiłbym kilka złotych więcej od kogoś, kto ma takie same dyplomy, przebywa (celowo używam tego określenia) na uczelni tyle samo godzin i nie pełni żadnych funkcji.

    Ile czasu jeszcze potrzeba, by to się zmieniło? By zaczęto ludzi oceniać i opłacać za efekty, pomysły, inicjatywy, a nie za posiadane papiery.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo