Rejsy po gospodarce. Czy to wina Keynesa?

    Rejsy po gospodarce. Czy to wina Keynesa?

    Piotr Dominiak, ekonomista

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Gospodarka amerykańska brnie coraz bardziej w kryzys. To jeszcze nie tragedia, jeszcze nie rok 1929, jeszcze bankierzy nie skaczą z okien, a armia bezrobotnych nie sięga 20% siły roboczej.
    Taki scenariusz jest zresztą we współczesnych czasach dość mało prawdopodobny. Ale słaba koniunktura za oceanem trwa i eksperci zaczynają przebąkiwać o stagflacji. Wydaje się jednak, że USA bliższe są sytuacji z początku lat siedemdziesiątych, niż przedwojennego Wielkiego Kryzysu. Tym bardziej że wszystkim perturbacjom towarzyszą zjawiska zbliżone raczej do tych sprzed trzydziestu kilku lat - szybujące w górę ceny ropy i energii, słabnący dolar, rosnąca inflacja.
    W latach trzydziestych tego nie było - surowce taniały, ropa nie miała takiego znaczenia jak dziś, szalała deflacja (ceny spadały), siła nabywcza dolara rosła (dla tych, którzy go mieli). Tamte czasy zrodziły teorię Johna Maynarda Keynesa, który przekonywał, że w takiej sytuacji państwo musi interweniować, pobudzić popyt (zasiłki dla bezrobotnych, roboty publiczne itd.) nawet kosztem deficytu budżetowego. Ta teoria, wsparta pozytywnymi doświadczeniami New Dealu prezydenta Franklina Delano Roosevelta w Stanach Zjednoczonych i Hoimara von Schachta w hitlerowskich Niemczech, stała się podstawą polityk ekonomicznych większości krajów świata przez trzydzieści lat po II wojnie światowej. Zawiodła dopiero właśnie na początku lat 70. XX wieku. Gdy ceny ropy zaczęły gwałtownie rosnąć, dolar słabnąć - rosła inflacja i bezrobocie, czyli pojawiła się stagflacja. Zwiększanie wydatków i deficytów budżetowych okazało się nie tylko nieskuteczne (bezrobocie nie spadało), ale i szkodliwe (ceny rosły). Z tego doświadczenia wyciągnięto wniosek.
    Odrzucono teorię Keynesa, podjęto ogromne wysiłki na rzecz zmniejszenia deficytów budżetowych, dano priorytet walce z inflacją. Idee wolnego rynku znowu triumfowały nad koncepcjami interwencji państwa. Na jakiś czas takie podejście okazało się skuteczne. Jednak gdy świat całkiem skutecznie uporał się z inflacją, ale wzrost gospodarczy wyraźnie przystopował, na pomysły Keynesa znowu zaczęto spoglądać bez odrazy.
    Kiedy kilkanaście miesięcy temu pojawiły się symptomy kryzysu na rynku USA, początkowo je bagatelizowano. Kiedy okazało się, że to nie jest lokalne, mało znaczące tąpnięcie, spróbowano zastosować metodę keynesowską pobudzania aktywności gospodarczej. Obniżono stopy procentowe, a administracja Busha zdecydowała się na znaczne redukcje podatków. Typowe ekspansywne działania porzucone, wydawało się, że bezpowrotnie, w latach 80. Z jakim rezultatem? Ano z takim, że wzrost cen dokonywał się jeszcze szybciej, do czego mocno przyłożyły się wzrosty cen ropy, energii i żywności. Deficyt budżetu wzrósł o 168 mld dolarów, co zupełnie nie pasuje do wizerunku prezydenta Busha jako konserwatywnego przywódcy. Na razie mamy zatem kompletne fiasko ekonomiczne, ale chyba i polityczne (jeśli republikanie przegrają wybory).
    Czy to wina Keynesa? Chyba nie. Bo dlaczego winić "wynalazcę" lekarstwa za to, że nie zadziałało, kiedy postawiono złą diagnozę. To nie ta choroba. Tak jak nie udało się uzdrowić gospodarki (nie tylko amerykańskiej) tym medykamentem w latach siedemdziesiątych, tak nie udaje się teraz. Czy można było to przewidzieć? Nie jestem pewien.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo