Ratownik medyczny 90 procent czasu poświęca na czynności, które nie mają znaczenia

Dariusz Szreter
Dariusz Szreter
Sytuacje, gdzie trafiamy na osoby starsze, czasem niedołężne, przetrzymywane często przez własne dzieci w ekstremalnych, nieludzkich warunkach, albo sytuacje gdzie widać gołym okiem, że na co dzień w rodzinie panuje przemoc wobec nieletnich, to dla mnie najtrudniejsza część tej pracy - mówi były ratownik medyczny, autor książki „Ratownik”, ukrywający się pod pseudonimem Tomasz Mitra.

Co charakteryzuje dobrego ratownika medycznego?
Przede wszystkim umiejętność podejmowania właściwych decyzji na podstawie badania i zebranych informacji, zarówno bezpośrednio od pacjenta, jak i wynikających z analizy miejsca zdarzenia. W niektórych przypadkach te decyzje trzeba podjąć w możliwie krótkim czasie.

Czy obecny system szkolenia ratowników wyłapuje i formuje tego typu osoby? Kto trafia do pogotowia jako ratownicy i co tych ludzi motywuje?
Ratownik medyczny to jest stosunkowo młody zawód i tutaj system kształcenia cały czas ewoluuje. Nie ma w nim jednak specjalnych mechanizmów, które by oceniały kandydatów na podstawie ich indywidualnych cech, w związku z czym w zasadzie każdy, kto dostanie się na studia, może ostatecznie zostać ratownikiem. Z drugiej strony, sama praca wiele rzeczy kształtuje.

Ludzie są modyfikowalni. Jeżeli ktoś ma z czymś problem, po prostu nauczy się tego na bieżąco, na praktykach lub w pracy od bardziej doświadczonych kolegów. Jeżeli ktoś w odpowiedni sposób się dokształca, pracuje nad sobą, to ma szansę zostać dobrym ratownikiem.

Natomiast jeżeli chodzi o to, kto najczęściej trafia na studia ratownictwa - to bardzo ciekawe pytanie. Niestety nie umiem na nie odpowiedzieć. Nie ma chyba jakiegoś określonego profilu osobowościowego typowego ratownika. Aczkolwiek są to bardzo często ludzie naprawdę pełni pasji do medycyny, lubiący dynamiczny tryb życia i pełni empatii, przynajmniej na początku.

No właśnie, ile czasu potrzeba, żeby - mówiąc mało elegancko - znieczulić się na to nieszczęście i cierpienie, z którym się państwo spotykają każdego dnia?
Na pewno jest to kwestia indywidualna. Należy pamiętać, że obcowanie z cierpieniem jest stałym elementem naszej pracy. Przyjeżdżając na wezwanie w pierwszej kolejności jesteśmy tam w celu wykonywania pewnych określonych czynności.

W momencie, kiedy jest się odpowiedzialnym za człowieka, za sytuację - inne emocje schodzą na drugi plan. Nie wyobrażam sobie, że ratownik, choćby nie wiem jak wrażliwy z natury, gdy przyjedzie na miejsce jakiegoś wyjątkowo drastycznego zdarzenia - popłacze się.

Co nie znaczy, że gdy już jest po wszystkim, nie pojawiają się reminiscencje i różnego rodzaju refleksje. Nie trzeba dużo czasu, żeby potrafić „pracować na zimno”, to jest naprawdę kwestia jednej, może kilku akcji, kiedy już te drastyczne widoki nie robią żadnego wrażenia. Zaznaczmy, że bardzo często adepci oglądają takie „obrazki” już na etapie studiów, praktyk. Kiedy więc ratownik rusza na swój pierwszy zawodowy wyjazd, wie, co może zastać. Nie jest też tak, że ktoś kończy studia, a następnego dnia wsiada do karetki i podejmuje samodzielne decyzje. Na początku zaczyna się pracę pod okiem bardziej doświadczonego członka zespołu ratowniczego. Dopiero po jakimś czasie, po przepracowaniu określonej liczby godzin, ma się możliwość samemu kierować zespołem.

Co w pracy ratownika było dla pana najtrudniejsze: drastyczne widoki, świadomość odpowiedzialności za czyjeś życie i zdrowie, a może zachowania poszkodowanych, ich rodzin lub postronnych świadków? Opisuje pan takiego gościa, który cały czas chodził za panem, filmując wszystko telefonem i pouczając pana, co powinien robić.
Jeżeli chodzi o osoby, które po prostu przeszkadzają w trakcie akcji ratunkowej, to są to rzeczywiście sytuacje co najmniej irytujące, aczkolwiek to jeszcze nie jest najgorsze. To - można powiedzieć - nasz chleb powszedni. Z mojej perspektywy, ale też - jak wiem z rozmów - z perspektywy wielu moich kolegów, największe negatywne wrażenie robią sytuacje czy to związane z nieletnimi, czy osobami starszymi, które bardziej ocierają się o sprawy socjalne niż medyczne.

Patologie?
Nie chciałbym używać tego określenia, bo jest ono zbyt szerokie i często niepotrzebnie nawiązuje do statusu społecznego. W każdym razie chodzi o osoby starsze, czasem niedołężne, przetrzymywane często przez własne dzieci w ekstremalnych, nieludzkich warunkach, albo sytuacje gdzie widać gołym okiem, że na co dzień w rodzinie panuje przemoc wobec nieletnich. To dla mnie najtrudniejsza część tej pracy. Z reguły przy takich wezwaniach nie ma też dla nas za wiele roboty z perspektywy medycyny ratunkowej.

Jaki procent wezwań pogotowia jest nieuzasadnionych z medycznego punktu widzenia?
Zdecydowana większość. Spokojnie można mówić o liczbach rzędu 80-90 procent, jak nie lepiej. Takie sprawy jak ból głowy po przepiciu, bolesna miesiączka czy złamany palec absolutnie nie nadają się na interwencje pogotowia.

Ale czy to nie powinno być weryfikowane już w momencie zgłoszenia, żebyście tam jechali bez sensu?
System przyjmowania zgłoszeń to jest oddzielny temat. (śmiech) Niestety jest on skonstruowany w taki sposób, że często dyspozytor ma problem, żeby takiego banalnego wezwania nie przyjąć.

Gdyby dyspozytor medyczny miał przyjmować tylko poważne przypadki, musiałby być bardzo stanowczy, działać wbrew wszystkim ogólnie przyjętym praktykom i co rusz narażać się na to, że zostanie zwolniony z pracy. Często jest tak, że dyspozytor na podstawie rozmowy z wzywającym zdaje sobie sprawę z tego, że nie dzieje się tam nic, co dany człowiek próbuje opisać, ale mimo wszystko - jeżeli padają pewne hasła - musi takie wezwanie przyjąć.

I bardzo duża grupa dyspozytorów robi to, żeby mieć święty spokój, żeby ludzie nie pisali skarg, i żeby móc spokojnie wrócić do domu o dziewiętnastej, nie zastanawiając się czy dyrekcja wyciągnie wobec nich konsekwencje. Takie sytuacje doprowadzają do tego, że brakuje wolnych zespołów do stanów poważnych. No ale zmarli skarg nie piszą.

W pańskiej książce pojawia się wątek nielegalnego wożenia własnych leków przez ratowników. O co chodzi?
Nie określiłbym ich jako nielegalne. Początkowo lista leków, którymi dysponował ratownik, była bardzo mocno ograniczona w stosunku do zakresu czynności medycznych, jakie leżały w jego kompetencjach. Krótko mówiąc, musieliśmy podejmować określone działania - od ratowania ofiar wypadków samochodowych, po interwencje przy zawałach serca - a nie byliśmy wyposażeni w odpowiednie do tego środki. W związku z czym część ratowników wyposażała się na własną rękę w leki niezbędne dla ratowania pacjenta.

Skąd?

(śmiech) Proszę się na mnie nie gniewać, ale jeżeli chodzi o to, jak ratownik pozyskuje środki, których nie ma oficjalnie w karetce - nie powiem ani słowa.

Ale też nie jest to zjawisko masowe. Moja książka jest tu bardzo subiektywna. Absolutnie nie można z niej wyciągać wniosków, że każdy ratownik ma ze sobą plecak, gdzie ma 30 niedozwolonych leków i robi sobie z nimi, co chce. Na dziś zresztą ta lista leków na wyposażeniu ratowników jest dużo szersza, dużo bardziej przystosowana do tego, co ratownik medyczny może zastać w pracy. Aczkolwiek dalej uważam, że nie jest ona kompletna.

Przy okazji jednego z opisanych w książce wezwań pojawił się wątek eutanazji. Syn cierpiącego starszego człowieka sugerował podanie mu leku, który uśmierzyłby ból, że tak powiem, definitywnie. Pan odmówił.
Mamy prawo, jakie mamy i ono wyznacza przestrzeń, w jakiej możemy się poruszać. Jeżeli jakieś rzeczy w systemie prawnym są niedopuszczalne - to nie należy ich wykonywać. I koniec.

Niemniej, gdyby pan, jako osoba, które wiele doświadczyła, widziała wielu cierpiących, mógł mieć wpływ na stanowienie prawa - jaka byłaby pańska opinia w tej kwestii?
Są kraje, w których tego typu rozwiązania są przyjęte i nie uważam, żeby to było najgorsze. Oczywiście musi być spełniony cały szereg warunków. Przede wszystkim musiałoby się odnosić tylko do najcięższych, nieuleczalnych chorób i pacjentów, którzy niewyobrażalnie cierpią. Taki człowiek musiałby też zostać przebadany przez psychiatrę, by zyskać pewność, że rzeczywiście decyduje o sobie świadomie, że to nie jest kwestia na przykład głębokiej depresji czy innych zaburzeń psychicznych.

Książkę napisał pan pod pseudonimem, ale mam wrażenie, że jest tam tyle szczegółów, że pańskie otoczenie bez trudu zorientuje się, kto jest autorem. Po co więc ten kamuflaż?
Nie sądzę, by to było takie proste. Zanim powstała książka pisałem bloga i wielu ratowników z różnych regionów Polski pisało do mnie, że odnajduje się w tych sytuacjach. Niektórzy nawet próbowali mnie zidentyfikować, właśnie na tej postawie, że opisywane historie wydawały im się tak bardzo znajome. To wynika jednak z faktu, że wiele sytuacji, z którymi się spotykamy jest powszechna - nie tylko w miejscach, w których ja pracowałem, ale ogólnie. Zależało mi natomiast na tym, by nikt nie mógł się osobiście skojarzyć z żadną z opisanych postaci.

Gdybym ujawnił swoją tożsamość, wiele z osób, z którymi miałem styczność, zaczęłoby się identyfikować - niekoniecznie słusznie - z postaciami, które są przedstawione w książce w różnych, nie zawsze korzystnych, sytuacjach.

A nie wynika to też z obawy przed zarzutami o ujawnienie tajemnicy lekarskiej?
Nie, tu nie ma mowy o zdradzie tajemnicy lekarskiej ani jakiejkolwiek innej. Nie podaję danych osobowych, a poza tym jednostki chorobowe są na tyle powszechne, że nie ma możliwości, aby któryś z moich byłych pacjentów, czytając książkę rozpoznał siebie. Zresztą, zmiany szczegółów w opisach przy bardzo różnorodnych jednostkach chorobowych sprawiają, że obraz zmienia się diametralnie. W literaturze naukowej wszystkie przypadki są opisywane z dużo większą dokładnością niż u mnie i nikt nikomu nie zarzuca łamania jakiejkolwiek tajemnicy.

Nie pracuje pan już jako ratownik medyczny. Dlaczego?
Podłożem mentalnym do opuszczenia pracy w pogotowiu było bardzo mocne wypalenie zawodowe. Do tego doszła również frustracja tym, że jednak bardzo wielu ludziom nie jesteśmy w stanie pomóc, dlatego że system jest skonstruowany tak, a nie inaczej.

90 procent czasu poświęcamy na czynności, które w ogóle nie mają znaczenia, dlatego że wezwania, do których jesteśmy dysponowani, nie mają nic wspólnego z zagrożeniem życia. Nie o to w tej pracy przecież chodzi.

I nie na tym polega gospodarowanie własnym czasem, żeby wykonywać rzeczy, które są w zasadzie zbędne.

Ratownik medyczny 90 procent czasu poświęca na czynności, które nie mają znaczenia

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie