Raport z jaskini. Tysiąc pytań do Sokratesa

Henryk Tronowicz
Henryk Tronowicz
Henryk Tronowicz
Barbara Szczepuła, komentując w felietonie przed tygodniem rządowe puzzle nowe, przywołała na asystę Platona. Chyląc czoła, przypomnę słowa przypisywane Arystotelesowi: "Miłuję Platona, lecz milsza mi prawda".

Mój faworyt na konsultanta to prędzej Sokrates. Ale zostawmy skrzydlate słowa potężnych myślicieli. Nurtuje kwestia, ile pomysłów kryły cienie przesławnej platońskiej jaskini? Tu maleńkie retro z epoki, w której Polakom budowano idealne państwo. Trafiłem wtedy do jaskini w Pałacu Kazimierzowskim i pewien profesor postawił mi na egzaminie z filozofii pytanie - jak jestem skłonny sądzić, czy Platon by dzisiaj bronił swego konceptu: "Rządzeni mają obowiązek mówić prawdę rządzącym, ci zaś mają prawo kłamać dla dobra obywatela"?

Rządowe puzzle ułożone. Jak żyć z Gowinem, panie premierze?

W dialogu z Platonem okazałem się cienki Bolek. Oblałem. Popełniłem błąd. Genialny filozoficzny utopista na filozofowaniu nie poprzestał, tylko jeszcze o tym nie wiedziałem. Który to zaś był profesor, nie wyjawię. Sokrates mówi: "Jeśli kopnął mnie osioł, mam mu kopnięciem odpłacać?"

Platon żył w grajdołku zwanym szumnie państwem. Bo konkretnie to było miasto. Wszyscy obywatele znali się tam choć z widzenia. A teraz? W pędzącym na złamanie karku świecie porobiło się tak, że za Platonem nadążyć już nie sposób. Pisał on w "Państwie": "Demokracja nastaje, kiedy ubodzy zwyciężą i jednych bogaczów pozabijają, drugich z kraju wygnają, a pozostałych dopuszczą na równych prawach do udziału w rządach". A bywalcy Muzeum Madame Tussaud mówią, że w gabinecie figur woskowych można oglądać podobiznę Platona, która przypomina okropnego... komunistę.

Ale może dajmy Platonowi spokój. Może lepiej, gdyby niektórych kandydatów na nowych ministrów przesłuchał Sokrates. Tyle że tym razem byłaby to operacja niewykonalna. Z tej formy odpytywania pretendentów na ministrów tym razem zrezygnowano. I słusznie.

Kilkanaście lat temu redakcja akredytowała mnie przy Wiejskiej. Kurski z Semką szykowali się do "Lewego czerwcowego". Przypadkowo trafiłem na poselskie przesłuchania pretendentów do nowego gabinetu. Na jedno z nich, wiedziony ciekawością, zajrzałem. Każdy klub poselski delegował własnego Sokratesa. Z prawa i lewa sypały się pytania wnikliwe i podchwytliwe. Debata wbiła w podziw. Sejm to nie są malowane lale, pomyślałem. Kandydat na ministra czerwienił się i pocił, jąkał się i stękał. Jednak wizji resortu, jaki miał objąć, przedstawić nie umiał. Cienia wizji nie miał. Żenująca to była obsuwa.
Dwa dni potem z radia usłyszałem, że został zaprzysiężony jako minister.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie