Radny sejmiku: dochodzi do pomylenia znaczenia pojęcia silnego państwa. Obecna władza traktuje silne państwo jako silny rząd

Karol Uliczny
Karol Uliczny
03.04.2019 gdansk. grzegorz grzelak - polityk, samorzadowiec, radny sejmiku wojewodztwa pomorskiego, politolog, dzialacz opozycyjny w czasach prl  fot. karolina misztal / polska press/dziennik baltycki
03.04.2019 gdansk. grzegorz grzelak - polityk, samorzadowiec, radny sejmiku wojewodztwa pomorskiego, politolog, dzialacz opozycyjny w czasach prl fot. karolina misztal / polska press/dziennik baltycki Karolina Misztal
- Powinniśmy się bać o polską samorządność. Obawiam się o blokadę rozwoju samorządu, która polega na restytucji centralizmu resortowego, który ma w tej chwili miejsce - mówi Grzegorz Grzelak, politolog, socjolog, wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa Pomorskiego z ramienia Koalicji Obywatelskiej, gdański radny pierwszej kadencji w latach 1990 – 1994.

Pierwsze wybory samorządowe odbyły się w maju 1990 r., jeszcze przed rzeczywiście wolnymi wyborami do Parlamentu. Premierowi Mazowieckiemu zarzucano opieszałość, on z kolei podkreślał konieczność rozsądnego działania w czasach, gdy resorty siłowe były rękach byłych działaczy PZPR. Ciążyła na was obawa tymczasowości, że ta terytorialna podmiotowość może pęknąć niczym wielka mydlana bańka?

Osobiście nie miałem obawy, że mamy do czynienia z czymś tymczasowym w kwestii reformy samorządu terytorialnego. Pierwsze wybory samorządowe traktowaliśmy bardzo poważnie. Koncepcja samorządu została przygotowana przez jego ojców założycieli, takich jak Jerzy Regulski, Walerian Pańko, Michał Kulesza czy Jerzy Stępień, którzy posadowili go na bardzo mocnych podstawach, wziętych z Europejskiej Karty Samorządu Lokalnego, takich jak autonomia polityczna, organizacyjna, administracyjna, ekonomiczna oraz ochrona sądowa praw społeczności lokalnych. Może i byłaby to bańka mydlana, gdy nie stał za nią szeroki ruch społeczny, mam tu na myśli ruch Komitetów Obywatelskich. Niestety, dziś nie mamy przykładu takiego działania jak wówczas. Pamiętam, gdy w lipcu 1990 r. Jerzy Regulski po raz pierwszy przyjechał do mnie na spotkanie sejmików z całego kraju, użył określenia „ogary poszły w las”. Co to oznaczało? Ojcowie założyciele przeprowadzili reformę, a teraz tysiące nowych uczestników życia publicznego zaczęło wypełniać tę konstrukcję ustrojową w praktyce. Jeszcze w czasie Okrągłego Stołu strona „PZPR-owska” próbowała blokować te zamiary, ale już na pierwszym Sejmiku Samorządowym Woj. Gdańskiego w 1990 r., nawet lewica nie kwestionowała przeprowadzonych zmian.

Jakie zadania stanęły w 1990 r. przed świeżo upieczoną Radą Miasta Gdańska?

Tych zadań było wiele, ale warto wymienić dwa najważniejsze. Pierwsze miało charakter polityczny. Pamiętam nasze spotykanie w sali Urzędu Miasta, gdy trzeba było zmierzyć się z przejęciem władzy. Przyznam, że przeraziła mnie możliwość kontynuacji urzędu przez dotychczasowego prezydenta, który wcześniej był z ramienia PZPR, a przecież na sali padały głosy, że on zna się na polityce, a my dopiero zaczynamy. Przypomnę, że 99 proc. z nas pochodziła z Komitetów Obywatelskich. Pojawiło się pytanie, po co w ogóle wygraliśmy te wybory. Wygłosiłem wtedy wystąpienie do radnych, by wybrać prezydenta reprezentującego opcję zwycięską. Ostatecznie został nim Jacek Starościak. Drugim wyzwaniem było nabycie wiedzy na temat funkcjonowania samorządu oraz polityki komunalnej. Przed majem 1990 r. współtworzyłem program wyborczy gdańskiego KO, a jak się później okazało, pomiędzy programem a strategią rozwoju miasta była wielka różnica. Proszę pamiętać, że pisaliśmy programy nie mając nawet danych na temat sytuacji miasta. Nasza wiedza opierała się głównie na ustawie samorządowej z 8 marca 1990. Tej polityki trzeba było uczyć się na bieżąco.

Polska samorządność jest już w dojrzałym wieku. Ma na sumieniu grzechy młodości, ale też odniosła sporo sukcesów. Czy tak 30 lat temu wyobrażał sobie pan jej rozwój?

Obrana droga dla rozwoju samorządu była właściwa, a więc od gminnego do regionalnego. Logika była następująca: najpierw musi umocnić się szczebel gminny, by później móc budować regionalny. Problem był z czasem. Po wyborach w 1990 r. wydawało się, że samorząd regionalny powstanie bardzo szybko. W praktyce okazało się, że poszczególne rządy nie kwapiły się z kontynuacją reformy, zrobił to dopiero Jerzego Buzka. Do tego w okresie między 1990 a 1998 r. ujawniły się dążenia centralistyczne oraz resortowe. Walczyliśmy w obronie naszych wojewodów, ponieważ ograniczano ich w kompetencjach. Z punktu widzenia przyszłego samorządu regionalnego, nie była to dobra tendencja. Pamiętajmy również, że Polska, przynajmniej od 1998 r. była w procesie akcesyjnym do Unii Europejskiej, a posiadanie samorządu regionalnego było wymogiem samej akcesji. Można powiedzieć, że samorząd założony w 1998 r, stał się legitymacją uprawniającą do członkostwa w UE.

Ma pan poczucie, że ludzie zintegrowali się wokół obecnych województw?

Można powiedzieć, że mamy pewne deficyty i niedosyt w tym zakresie. Na pewno znacznie większa identyfikacja występuje na poziomie gminno-miejskim. Proszę pamiętać, że od drugiej reformy minęły 22 lata, a więc jedno pokolenie, a nasze woj. powstało z czterech odrębnych województw. Na pewno są takie, gdzie ta identyfikacja może być o wiele większa, np. na Śląsku.

Nie wszystko poszło tak jak zakładali twórcy reformy samorządowej. W wielu przypadkach rady gmin czy Sejmiki stały się partyjnymi odnogami klubów parlamentarnych. Przez wiele gmin przetoczył się rak korupcji, inne spotkało uzależnianie społeczeństwa od „dworów” formułujących się wokół włodarzy. Czy samorządowi nie przydałaby się kolejna, poważna reforma?

Upolitycznienie samorządów jest pewnym problemem, szczególnie dotyczy to dużych miast i Sejmików. Jeśli chodzi o Trójmiasto, trzeba zwrócić uwagę, że Gdynia idzie własną drogą, a perturbacje polityczne sprawiły, że prezydenci Sopotu i Gdańska nie są związani z największymi partiami. Bardzo dobrze wspominam pierwsze sejmiki do 1998 r., które nie odbijały struktury politycznej, ale oparte były o Komitety Obywatelskie, Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, ale też delegacje gmin. Na pewno nie użyłbym określenia, że sejmiki są odnogami klubów parlamentarnych, bo to za daleko idące sformułowanie. Co do korupcji czy tworzenia się tzw. „dworów”, nie chcę być posądzony o to, że odbijam piłeczkę, ale proszę spojrzeć na szczebel wyżej, np. na administrację rządową. To nie jest specyfika wyłącznie samorządu. Ważna jest sanacja, ale ona musi dotyczyć całego życia publicznego. Mój mentor, czyli Michał Kulesza napisał, że „istnieje nadmierne upartyjnienie samorządów, głównie lokalnych, przedkładanie interesu partykularnego, politycznego, a nawet osobistego nad dobro wspólne. Upowszechnia się zasada podziału politycznych łupów, kosztem standardów etycznych i kompetencyjnych”. Skoro tak mówi twórca tej reformy, pozostaje mi jedynie pochylić głowę.

Polskie społeczeństwo nadążyło za reformami i nauczyło się w pełni korzystać z faktu istnienia samorządności?

To kwestia tego czy w ogóle mamy w Polsce do czynienia ze społeczeństwem obywatelskim. Wydaje się, że wobec ducha początku lat 90., mamy pewną obniżkę aktywności społecznej oraz poczucia społecznego zaangażowania. Występują takie zjawiska jak technokratyzm, merytokracja. Materia samorządowa jest trudna i często lepiej znają się na niej urzędnicy niż radni.

Politycy z pana opcji twierdzą, że PiS będzie systematycznie osłabiać rolę samorządów, przynajmniej w dużych miastach, gdzie nie ma większości. Boi się pan o polską samorządność?

Należę do tych, którzy mówią: tak, powinniśmy się bać o polską samorządność. Obawiam się o blokadę rozwoju samorządu, która polega na restytucji centralizmu resortowego, który ma w tej chwili miejsce. Jest także inny aspekt tego recentralizacyjnego działania, a mianowicie obniżanie możliwości inwestycyjnych samorządów poprzez ograniczanie dochodów lub nakładanie dodatkowych danin. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w ub. roku przy okazji reformy oświatowej, za którą samorządy musiały zapłacić z własnej kasy. Niestety w ośrodkach władzy centralnej dochodzi do pomylenia znaczenia pojęcia silnego państwa. Obecna władza traktuje silne państwo jako silny rząd, a przecież rząd to nie jedyna władza publiczna. Państwo jest silne, siłą swojego samorządu – tak należy to skontrować. Trzeba walczyć z recentralizacją oraz myśleć o tym co dalej. Dwie dziedziny wyraźnie wymagają reformy, oświata oraz służba zdrowia. Inną kwestią, delikatną politycznie, jest przyszłość wojewodów. Moim zdaniem należy zastanowić się czy są potrzebni, czy nie dublują tego co jest w gestii gospodarza województwa. Jednak, aby to wszystko zrobić, trzeba nadal rozwijać lokalną świadomość na temat funkcjonowania samorządu. W innym wypadku nie da się przeprowadzić tego co nazywamy trzecim etapem reformy samorządowej.

Pomorskie objęte obostrzeniami

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie