Przez trzy kraje na dwóch kółkach, czyli Wschód nie taki dziki, jak go malują

Dorota Abramowicz
archiwum prywatne
Podróż rowerem przez Turcję, Irak i Iran nauczyła Michalinę Kupper kilku prawd. O tym, że trzeba bardziej bać się dzikich psów niż ludzi. Że nie trzeba prosić o gościnę i pomoc. Wystarczy zwyczajnie przysiąść na krawężniku

Wie już, że mapa nie zawsze pokazuje prawdę. Nie trzeba dziwić się, że obcy ludzie zapraszają sześć osób z ulicy do domu. Kiedy ktoś, pytany, gdzie można kupić jedzenie, każe ci poczekać na łące, to oznacza, że za kilkadziesiąt minut przywiezie gorący posiłek z kilku dań. Jeść należy bardzo wolno, bo gdy talerz jest pusty, natychmiast otrzymasz dokładkę.

Michalina Kupper z Gdyni ma 22 lata i licencjat z resocjalizacji. Od dziesięciu lat jest harcerką. Obecnie - drużynową w 40 Gdyńskiej Drużynie Wędrowniczek „Roztoka”. W tym roku uczestniczyła w Rowerowym Jamboree 2015. Etap, w którym wzięła udział Michalina, liczył 1700 km i wiódł przez Turcję, Irak i Iran. W większości przez tereny zamieszkałe przez Kurdów.
- Ostatnio spotkałam się w Beskidzie Niskim z współtowarzyszami wyprawy - mówi Michalina. - Z Warszawy przyjechał lider grupy - Norbert Skrzyński. Pojawiły się dziewczyny z Poznania: Zuzanna Kubiak i Urszula Ziober. A także Jakub Marciniak, zwany Misterem oraz liczący ze dwa metry Łukasz Romanowski, czyli Guliwer. Wspominając podróż, uznaliśmy, że zwłaszcza teraz trzeba o niej opowiedzieć.

Murat radzi zgolić brodę

Cały bagaż musiał zmieścić się w sakwach podróżnych przytroczonych do rowerów. Ubrania na zmianę, zapasowa żywność, namiot, mała kuchenka gazowa. Kiedy pod koniec lutego spotykali się w Gaziantep, mieście położonym na południu Turcji, niedaleko granicy z Syrią, nie wiedzieli, że namiot rozbiją tylko dwa razy, a kuchenka będzie praktycznie bezużyteczna.
- W poprzednim etapie, wiodącym ze Stambułu, brało udział dziesięć osób, w tym chłopcy w wieku 8-15 lat - mówi Michalina. - Zaskoczyła ich pogoda. Spadł śnieg, przyjechali kompletnie przemoczeni i wykończeni. Przekazali nam symboliczną pałeczkę i wyruszyliśmy na wschód.

Pierwszą noc spędzili w namiocie rozbitym nad Eufratem. Drugiego dnia dojechali do niewielkiej wioski. Zatrzymali się przed knajpką przy stacji benzynowej. Wchodzą, a tu nie ma już nic do jedzenia.
Właścicielem lokalu był Murat. Znał po angielsku zaledwie parę słów „Wyczarował” posiłek i zaproponował nocleg w restauracji. Oddał podróżnym pokój na górze, z dywanami i rozgrzanym do czerwoności grzejnikiem.

Następnego dnia Murat długo przypatrywał się Norbertowi szczycącemu się piękną brodą. Trochę na migi, trochę łamaną angielszczyzną zasugerował, że zarośnięty szef grupy przypomina... islamskiego terrorystę i zaprowadził Norberta do fryzjera.
Michalina: - Od tamtej pory zatrzymywaliśmy się niemal wyłącznie u ludzi. Czasem przy stacjach benzynowych, gdzie oddawano nam na nocleg sale modlitw dla kobiet. Wchodziliśmy do apteki, a tam przypadkowo spotkany emigrant z Syrii proponuje korzystanie z noclegu, pralki i kuchni w mieszkaniu pracowników pizzerii. Wystarczyło, że zatrzymaliśmy się w jakiejś miejscowości, a po chwili ktoś przynosił szklanki z gorącą herbatą, ktoś pytał, czy czegoś nie potrzebujemy. Bywało, że wieść o grupie rowerzystów jadących w sztafecie do Japonii wyprzedzała nas i wtedy witano nas okrzykami „Japan!”. Albo po prostu siadaliśmy na krawężniku przed sklepem. Długo nie trzeba było czekać.

Mardin, miasto uchodźców

Leżące przy granicy syryjskiej Mardin liczy ok. 65 tysięcy mieszkańców. Jednocześnie mieszka w nim 90 tysięcy uchodźców z Syrii.

- Białe namioty rozstawione po horyzont, anteny telewizyjne, wewnętrzna policja - wspomina Michalina. - Liczyliśmy na spotkanie z Olgą Ślepowrońską, która w ramach Her Yerde Sanat, organizacji zajmującej się pracą z dziećmi syryjskimi, kurdyjskimi i tureckimi, prowadzi swój autorski projekt. Warsztaty edukacyjne „Czuj, czuj” poprzez muzykę, malowanie, rzeźbienie, zabawy pozwalają rozwinąć wyobraźnię i wyrazić emocje.

Niestety, po wielogodzinnym ciężkim wjeździe na szczyt góry (Mardin leży na wysokości 1200 m n.p.m.), po odnalezieniu siedziby Her Yerde Sanat okazało się, że prowadzona przez organizację Szkoła Społeczno-Cyrkowa dla dzieci dotkniętych wojną została zamknięta ze względu na remont, a Olga wyjechała na jakiś czas do Rumunii.

Pytam o poczucie zagrożenia.
- Bałam się - przyznaje Michalina. - Kilka razy zaatakowały nas bezdomne psy. Sytuacja nieraz była poważna, zdarzyło się, że pewien Kurd w ostatniej chwili odpędził strzałami watahę.
No dobrze, a co z ludźmi? Michalina kręci głową. Nie, ludzi się nie bała.

Jezus na tapecie

Granicę turecko-iracką przekroczyli bez problemów. Zakho to pierwsze irackie miasto. Rozmieniają euro w sklepie z największymi hitami słodyczowymi z całego świata. Dostają gruby plik banknotów. Ruszają przez góry, w stronę Iranu przez miasta i wioski zamieszkałe przez Kurdów.
- Szukaliśmy miejsca na obóz - wspomina gdynianka. - Spotkaliśmy miejscowych, spytaliśmy, czy można kupić coś do jedzenia. Kazali nam poczekać nad rzeką.
Czekali prawie godzinę. Już myśleli, że to nieporozumienie, gdy nagle pojawiło się dziesięciu mężczyzn. Z garnkami pełnymi smacznej, ciepłej strawy. Rozłożyli na trawie, zaprosili do jedzenia. Sami się nie dosiedli. Pieniędzy nie wzięli, nawet garnków nie pozwolili umyć.

Dziewczyny jeździły w chustach na włosach, żeby nie urazić miejscowych obyczajów. Było chłodnawo, więc nie miały problemów z zakrywaniem ramion i nóg. Pewnego dnia - nie po raz pierwszy - zawiodła ich mapa. Wjechali do centrum miejscowości i zatrzymali, zdumieni, rowery przed sklepem monopolowym. Alkohol oficjalnie sprzedawany w państwie islamskim? Podeszli do nich mężczyźni. Popatrzyli na chusty, spytali, czy są muzułmanami. Nie? - Trafiliście do wioski chrześcijan - oznajmili z dumą.

Wieś zamieszkiwali Asyryjczycy, jeden z najstarszych narodów Bliskiego Wschodu. Zostali zaproszeni przez do domu, poznali księdza, który przyjechał z Rzymu, odwiedzili kościół.
- Religia ta sama, ale obyczaje nieco inne - mówi Michalina. - To, co u nas jest poważne i wzniosłe, u nich przeplata się z codziennością. W telefonie komórkowym na tapecie mają Pana Jezuska, na ścianie wiszą zdjęcia chłopca z Pierwszej Komunii przytulającego figurkę Matki Boskiej.

Później trafili do miasta Barzani, skąd pochodzi Masud Barzani, lider Demokratycznej Partii Kurdystanu. - W stronę miasta ciągnęły kawalkady samochodów z elegancko ubranymi Kurdami - mówi Michalina. - Mijając nas, otwierali okna, podając jedzenie i picie. Jak w peletonie...
Na miejscu okazało się, że tak celebrowano urodziny ojca Masuda, Mustafy Barzaniego. Zmarłego w 1979 r. Uroczystości odbywały się na cmentarzu, potem ulice zaroiły się od kobiet ubranych jak księżniczki i mężczyzn w garniturach.

Podwójne życie Iranu

Po przekroczeniu granicy z Iranem znaleźli się w kraju, gdzie życie prywatne od oficjalnego oddziela gruba granica. Zapraszano ich do domów, w których gospodarz chwalił się swoim bimbrem i telewizją kablową (za posiadanie której grozi osiem lat więzienia). Dziewczyny przypinały chusty w ostatnim dopuszczalnym miejscu, gdzieś z tyłu głowy. - Kombinują, jak mogą - uśmiecha się Michalina. - Ubierają się bardziej wyzywająco niż Turczynki. Ponieważ każe im się w spodniach zasłaniać połowę ud, więc ubierają obcisłe legginsy i bardzo wysokie obcasy.

W Iranie dziewczyny - Zuza i Michalina - parę dni przed końcem wyprawy miały wypadek. Chwyciły się ciągnika, by podjechać pod górę, ciągnik szarpnął, poleciały. Zuza poważnie rozcięła kolano, Michalina się potłukła. Znalazło się auto, które zawiozło je do szpitala w Shahindej. Tam, niemalże na żywca, zszyto Zuzie ranę. Po zabiegu dziewczyny - obolałe i zmęczone - usiadły w baraku strażników szpitala. Strażnicy chwilę się naradzali. - Nie możemy was zaprosić, mieszkamy za daleko. Ale zadzwonimy do ważnego człowieka.

Po chwili nadjechało auto, z którego wysiadł mężczyzna nazwany przez dziewczyny Papko, miejscowy radny. Zawiózł je najpierw na noc do ośrodka konferencyjnego za miastem, a potem zaprosił do domu. 24-letnia córka i 21-letni syn oddali dziewczynom swoje pokoje, a gospodarz zapowiedział, że mają teraz odpoczywać. Akurat świętowano Nouruz, czyli tamtejszy Nowy Rok, więc oprócz uczestnictwa w rodzinnych spotkaniach Polki nie musiały nic robić.
Wyprawę zakończyli w Bandar-e Anzali, mieście, gdzie w 1942 r. przez ponad trzy miesiące przebywali polscy uchodźcy ewakuujący się z Armią Andersa.

* * *

Po powrocie Michalina przeglądała zdjęcia. Drogi, surowe góry, uśmiechnięte twarze. Zbliżenia ław zastawionych jedzeniem. A jakby było, gdyby kilku Kurdów skautów postanowiło pokonać rowerami Polskę? No nie, mówi, gościnność u nas jest taka bardziej europejska. Raczej na dystans, bez zapraszania i goszczenia. No i ostatnio Polacy stali się bardziej podejrzliwi, więc mogłoby być niebezpiecznie dla śniadych cudzoziemców.
To, że nie ma tam skautów, ma akurat znaczenie drugorzędne.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie