reklama

Przez kozę trafił na milicję. Ktoś doniósł, że karmi ją zdjęciami pierwszego sekretarza

RedakcjaZaktualizowano 
Regina Umerska doi kozy dwa razy dziennie. Mówi, że są to wspaniałe, mądre i ciekawskie zwierzęta. Koza na dachu czy drzewie nie powinna nikogo dziwić<br>
Regina Umerska doi kozy dwa razy dziennie. Mówi, że są to wspaniałe, mądre i ciekawskie zwierzęta. Koza na dachu czy drzewie nie powinna nikogo dziwić Agnieszka Kamińska
Lucyna miała białą brodę. Metr wysokości, poziome źrenice i zdecydowanie była kozą. Najbardziej lubiła „Trybunę Ludu”. Gazeta musiała być świeża. Tylko taką zjadała ze smakiem. Wygniecionej i z poprzedniego dnia nie brała do pyska.

Najbardziej smakowały jej strony z dużymi zdjęciami. Idealnie, jeśli był na nich Gomułka. Po ów kozi smakołyk Stach, jej właściciel, każdego dnia jeździł do kiosku Ruchu. Szeptano nawet o nim, że jest czerwony. I mocno prokomunistyczny. Jednak do czasu. Przez kozę trafił na milicję. Ktoś ponoć  doniósł, że karmi kozę zdjęciami pierwszego sekretarza. Na szczęście na posterunku  machnięto na niego ręką. Od tego czasu, Stach kupował Lucynie do żucia już tylko „Przyjaciółkę”. Mawiał, że fotki z modą i fryzurami w przełyku kozy są jednak mniej kontrowersyjne politycznie. Lucyna nie samą prasą tylko żyła. Rano około godziny 7 otwierała sobie obórkę (metalowy haczyk zdejmowała pyskiem). I szła na łąkę. Tam spotykała się z innymi kozami. Widać nie cieszyły się one zaufaniem właścicieli, gdyż były przez nich przyprowadzane. A następnie przypinane łańcuchem do pali. Wieczorem kozy wracały z pastwiska. Lucyna oczywiście bez asysty. To były lata sześćdziesiąte. Przez Zblewo, jedną z pomorskich wiosek,  dziennie przejeżdżał może jeden samochód. Maszerującym kozom piraci drogowi więc nie zagrażali. Po powrocie Lucyna zaglądała jeszcze do Stacha. Bez ceregieli wchodziła po schodach do domu. Sprawdzała, czy jest jakaś gazeta. I szła spać. Wymagała tylko, by Stach ją wydoił i zamknął na haczyk. Kozy takie jak Lucyna w PRL-u były żywicielkami rodzin. Potrafiły wykorzystać najbardziej nieurodzajne tereny. Pasły się wszędzie.  Pochodzące od nich mleko i sery były podstawą diety w niejednym domu. Szczególnie wówczas, gdy sklepowe półki świeciły pustkami. Kozy hodowano też w większych gospodarstwach. Rolnicy dodawali kozie mleko do krowiego. Podwyższali w ten sposób procent tłuszczu. Stosując taki wybieg, mogli liczyć na wyższą zapłatę w mleczarni. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych kóz było niewiele. Teraz tryumfalnie wracają do łask. I nie kojarzą się już z niedostatkiem.

- Nastała moda na kozy. Obecnie znajdziemy je w większości gospodarstw agroturystycznych czy takich, które prowadzą ekologiczną produkcję. Wracamy do starych przepisów. A mleko kozie było w nich istotnym składnikiem. Koza kojarzy się dziś ze zdrowym, naturalnym żywieniem  - mówi Jolanta Wachowska, dyrektor pomorskiego Związku Hodowców Owiec i Kóz.

 

Koza  i  wpływ Księżyca

 

Regina i Mirosław Umerscy prowadzą w Zblewie właśnie taką naturalną produkcję rolną. I mają 14 kóz. Stadu przewodzi kozioł Kubuś - z rozłożystymi rogami. Samicą alfa jest zaś niejaka Lili. Często popycha inne kozy i karci maluchy. Jest też niewielki Bolek. Koziołka odrzuciła matka. Był dożywiany sztucznie. Teraz ma się świetnie, ale nie wyrósł. Do stada należą też m.in. Czarna, Amelka, Andzia, Kryśka i Maryśka oraz Wojtek i Zosieńka. Kozy Umerskich to mieszańcy, nie są rasowe. Opowieść o Lucynie, damie PRL-u i słynnej zjadaczce gazet,  Mirosława w ogóle nie dziwi.

- Koza jest jak szarańcza. Zeżre wszystko, co spotka na swojej drodze. A raz nawet zdarzyło się, że zjadła  majtki - śmieje się.

Koza na dachu nie jest niezwykłym widokiem. Widziano już przedstawicielki tego gatunku wchodzące bez najmniejszego trudu po drabinie. Są one też w stanie wskoczyć na drzewo i maszerować po konarze. Interesują się motoryzacją. Podopieczni Umerskich „stepowali” już na dachu auta znajomych, którzy przyjechali do nich w gościnę.

-  Widać bardzo im się podobało, bo wręcz tańczyli i skakali! Na szczęście to były młode koziołki. Miały miękkie raciczki i nie zniszczyły karoserii. Starsza koza porobiłaby dziury. Wbrew pozorom koza może być groźniejsza od krowy. Ma bardziej niebezpieczne  rogi - zamyśla się właściciel.

Regina doi kozy dwa razy dziennie. Najpierw podchodzi do niej Czarna, potem Lili i Amelka. Po  nich dopiero  następne kozy. Kolejność jest zawsze taka sama. Nigdy się nie  zmienia. Najpopularniejszą metodą dojenia jest osmykowanie (po prostu ciągnie się tzw. strzyki). Jest też  kciukowanie - naciska się najpierw górną część strzyka. To technika wymagająca wprawy, lecz najbardziej zbliżona do natury. Umerscy mleko sprzedają. Kilka osób kupuje je od nich dla dzieci, które mają nietolerancję laktozy i nie mogą pić krowiego. Jest też klient, który hobbystycznie produkuje sery. Umerscy też je robią.  A nawet zauważyli pewną prawidłowość. Im bliżej do pełni Księżyca, tym mleko jest bardziej wartościowe i smaczne. A ser z niego lepszy!

- Wtedy trawa, którą jedzą kozy,  jest lepsza. Tę regułę obserwujemy od lat. To może być związane z przyciąganiem Księżyca. Z kolei, gdy Księżyc jest w nowiu, mleko jest dużo gorszej jakości - wyjaśnia Mirosław.

Umerscy robią sery według własnej receptury. Dodają do nich zioła. Wytwarzają sery ze szpinkiem, krwawnikiem czy pokrzywą. Robią je wyłącznie na własny użytek i dla gości. Mirosław przed laty uczył się prowadzenia gospodarstwa w Niemczech. Tradycyjnych serowarów podglądał też, m.in. we Francji. Mówi, że z kozim serem jest jak z piwem: jeśli wykonujemy go według jednego przepisu, tyle że w  innym  regionie, uda się zupełnie inny ser. Jak się go robi?  

- Mleko zostawia się na tydzień w cieple.  Gdy „nałapie” bakterii,  zetnie się. Ten proces można przyspieszyć dodając podpuszczkę. Jest to enzym trawienny, który znajduje się w śluzówce żołądka cielęcego. Po prostu proszek z ususzonego żołądka dodajemy do mleka. Podobne  enzymy  znajdziemy też w wielu roślinach. Mleko  oczywiście musi być podgrzane. Gdy się zetnie, wyłapujemy tzw. skrzep. Wkładamy go w tkaninę i wyciskamy serwatkę. Masę wkładamy do formy, a następnie do  wody z solą. Tak powstaje ser twardy - opowiada właściciel.

Mirosław próbował zalegalizować produkcję serów. Chodziło o to, aby móc je sprzedawać na rynku. Zrezygnował jednak. Za dużo zachodu było z formalnościami. Inspektor sanepidu przyszedł skontrolować, m.in. koziarnię. Stwierdził, że strop powinien być wyżej. Miał też obiekcje co do odprowadzania ścieków po produkcji serów.

- We Francji widziałem człowieka, który produkował wspaniałe sery w drewnianej szopie. Przerwy między deskami wynosiły po kilka centymetrów. Serowar odganiał muchy! Gdyby nasz inspektor sanepidu to widział, chyba dostałby  zawału - twierdzi.

 

Koza w miniaturowym formacie

 

Obecnie na Pomorzu jest 1818 kóz. Są one hodowane w 395 gospodarstwach. Najwięcej tych zwierząt znajdziemy w powiecie kartuskim (241 sztuk) oraz słupskim (231). Ich liczba w naszym regionie rośnie stopniowo. W lipcu 2015 r. było ich 1694, a w styczniu 2014 - 1548. Pomorskie  gospodarstwa najczęściej hodują  do 10 kóz. - Największa liczba kóz w jednym gospodarstwie to 79 sztuk. Niektórzy hodują pojedyncze sztuki. Często są to krzyżówki międzyrasowe o zminiaturyzowanym formacie. Spotkamy je głównie w  gospodarstwach agroturystycznych. Najliczniejszą rasą występującą na Pomorzu  jest biała uszlachetniona. Inne pomorskie rasy to barwna uszlachetniona oraz tzw. MK - krzyżówki ras kóz - informuje Katarzyna Dominas, główny specjalista ds. promocji pomorskiego oddziału Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.  

Każdy, kto chce mieć kozę, powinien złożyć w  powiatowym biurze ARiMR wniosek o wpis na listę  producentów. Hodowca otrzyma wówczas 9-cyfrowy numer. Musi on też zarejestrować siedzibę stada.  Dopiero potem należy zgłosić w ARiMR kupno kozy (lub np. jej urodzenie). Właściciel kozy musi obowiązkowo posiadać i prowadzić księgę rejestracji kóz.

- W chwili zgłoszenia do rejestru, koza powinna być zakolczykowana. Aby otrzymać płatności do  hodowli kóz, należy posiadać minimum 5 sztuk kóz w wieku powyżej 12 miesięcy. Muszą to być osobniki płci żeńskiej - dodaje Katarzyna Dominas.

Kozę można sobie kupić przez internet. Jest to jednak źródło niepewne. Mirosław Umerski  radzi, aby wybrać się na targi  zwierząt hodowlanych do Bolesławowa lub Lubania. I tam nabyć kozę.

- Z kupnem kozy jest jak z samochodem. Gdy zmieni właściciela, trzeba ją przerejestrować. Jeśli wcześniej koza nie była zarejestrowana,  no  to klops. Trzeba ściągnąć weterynarza, który w dokumentach wpisze, że koza to  koza. Określi jej płeć (chociaż wszyscy to widzą, jak na dłoni)  i przystawi przysłowiowy stempel - opowiada Mirosław Umerski.    Przedstawiciele organizacji prozwierzęcych jednak chwalą rejestrację zwierząt - w tym właśnie kóz. Bez tego, dochodzi do wielu patologicznych sytuacji.                                   

       - Z naszych obserwacji wynika, że kozy bardzo często utrzymywane są bez wymaganej rejestracji. Ich mleko i mięso wprowadza się do obrotu bez nadzoru weterynaryjnego, co stwarza duże zagrożenie dla bezpieczeństwa żywności - mówi Paweł Artyfikiewicz z fundacji Viva - Akcja dla Zwierząt.

 

Koza hybrydowa

 

Specjaliści twierdzą, że kóz będzie jeszcze więcej. A to za sprawą mleka. Ma ono wyjątkowe właściwości. Jest  najbardziej zbliżone do  ludzkiego. Zalecane jest przez  pediatrów jako pożywienie dla małych dzieci. Szczególnie dla tych, które są uczulone na  kazeinę (białko mleka) oraz mają nietolerancję laktozy.

- Jestem wielką fanką mleka koziego. Posiada ono cały zestaw witamin. Zawiera choćby kwas foliowy i prebiotyki stymulujące pracę  jelit. Jest wspaniałe  przy wyregulowaniu cholesterolu. Ma też dużo makro- i mikroelementów potrzebnych dla organizmu. Nie bez powodu mówi się, że koza to chodząca apteka. Również produkty z mleka, jak choćby sery czy jogurty, są bardzo zdrowe i łatwo przyswajane przez organizm ludzki - opowiada Ilona Graban-Tkaczyk, internista i pediatra.

Kozy robią furorę w internecie. W sieci znajdziemy wiele blogów na temat hodowli. Sympatycy tych zwierząt wymieniają się doświadczeniami. Do ich grona należy prawdziwa kozia znawczyni, czyli - Iwona Chlebek. Na  Facebooku prowadzi  profil Kozie Brody. Jest też dumną posiadaczką kóz anglonubijskich.

- Rasę tę wyróżniają przede wszystkim długie, szerokie i opadnięte uszy, rzymski nos i bardzo różnorodne umaszczenie - opowiada. - Na temat kóz mogłabym mówić bez końca. Możemy je podzielić na mleczne, mięsne, wełniaste, puchowe i hybrydy. Mleczne to na przykład rasa saaneńska. Mają one białe umaszczenie, krótkie, stojące uszy. Dużo mleka daje też koza alpejska. Najczęściej jest ona brązowa z ciemną pręgą na grzbiecie. Do mięsnych z kolei zaliczymy  rasę burską. Hybrydą jest moja koza  anglonubijska. Jej mleko ma przyjemny, śmietankowy zapach. Zaś do grupy wełniastych i puchowych należy koza angorska i kaszmirska. Miłośników kóz ciągle przybywa...

 

Koza  a  ministerstwo

 

Przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi o kozach wypowiadają się raczej sceptycznie i oszczędnie. Według ostatniego Powszechnego Spisu Rolnego, odnotowano w kraju ponad 27,7 tys.  gospodarstw, które miały  117,2 tys. kóz.

- Rynek mięsa i mleka koziego nie należały i nie należą do rynków głównych. To zawsze była działalność niszowa. W  związku z tym nie jest objęta szczegółową statystyką - mówi Dariusz Mamiński z biura prasowego resortu rolnictwa.

Dodaje, że np. w pierwszym półroczu 2016 r. zagranicznej sprzedaży mięsa koziego nie odnotowano. Zaś w 2015 r. wyeksportowano 18 żywych kóz. W tym roku żadnej.  Hodowcy widzą to jednak inaczej.

- Nastał kozi renesans. Obserwujemy duży wzrost popularności zarówno mleka koziego jak i produktów z niego wytwarzanych. Ten rynek zdecydowanie będzie się  jeszcze rozwijał - twierdzi  Iwona Chlebek.

W podobnym tonie mówią Umerscy. Chcą  rozwinąć swoją hodowlę i rozbudowywać koziarnię.

-  My  zdecydowanie idziemy w kozy. To  będzie nasza przyszłość  - śmieje się Mirosław Umerski.

Na Pomorzu obecnie jest 1818 kóz w 395 gospodarstwach (stan na sierpień 2016 r.). Z kolei na początku tego roku było ich 1616 sztuk. W lipcu 2015 r. - było 1695 kóz (w 393 gospodarstwach). Na początku 2014 r. w pomorskich gospodarstwach hodowano 1548 zwierząt tego gatunku. Ale na przykład w grudniu 2008 było ich 1610. Najwięcej jest gospodarstw hodujących do 10 sztuk oraz takich utrzymujących stada liczące od 10 do 30 zwierząt. W największym stadzie na Pomorzu jest 79 kóz.

 

Agnieszka Kamińska

a.kaminska@prasa.gda.pl
 

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie