Prywatnym szpitalom należą się równe prawa

Jolanta Gromadzka-Anzelewicz
Udostępnij:
Dopóki publiczne placówki służby zdrowia nie płacą podatków, a prywatne płacą, nie ma mowy o równości - uważa dr Andrzej Sokołowski.

Z dr. Andrzejem Sokołowskim, kardiologiem, prezesem Zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Niepublicznych, rozmawia Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Radni Sejmiku chcą, by Zarząd Województwa rozważył wypowiedzenie umowy dzierżawy spółce, która prowadzi w wejherowskim szpitalu Centrum Kardiologii Inwazyjnej. To dobry pomysł?
Absurdalny.

Dlaczego?
Ponieważ ci sami radni chcą jednocześnie, by za pieniądze, które w ramach składki płacą na zdrowie, kupować im usługi lecznicze na najwyższym poziomie. W związku z tym NFZ tworzy program komputerowy, by bezstronnie wybrać najlepsze placówki. Wygrywają prywatne, bo mają najlepszy sprzęt i specjalistów, a teraz radni przeciw temu protestują.

Podobnie na wyniki tegorocznego konkursu na szpitale zareagowali radni w Lublinie…

Tam, dla odmiany, postanowili wypowiedzieć niepublicznym zakładom opieki zdrowotnej usługi kontraktowane przez NFZ dla szpitali publicznych - laboratoria, diagnostykę obrazową. Co więcej, zażądali, by personel medyczny opowiedział się, gdzie chce pracować - w publicznej czy prywatnej służbie zdrowia. To wbrew prawu. Jak spawacz pracuje w stoczni, a po południu spawa bramę sąsiadowi, to nikomu nic do tego. To efekt tego, że aby zostać radnym, nie trzeba cenzusu rozumu.

A co będzie, jak radni doprowadzą do zerwania umowy ze spółką Pomorskie Centra Kardiologiczne?
Wtedy trzeba będzie spółce zapłacić odszkodowanie. Jakieś 15-20 mln zł. Radni nie są ani ubodzy, ani bezdomni. Z pewnością się na nie złożą.

Śledzi Pan batalię o kardiologię? Ma Pan na ten temat swoje zdanie?
Cieszę się, że Polska, startując z ostatniego miejsca w rankingu dostępności do świadczeń z kardiologii inwazyjnej i kardiochirurgii, znalazła się na pozycji wicelidera w Europie. Udało się to osiągnąć dzięki temu, że prawidłowo, uczciwie wyceniono procedury z tego zakresu. Tej dziedziny nie trzeba już rozwijać, ale trzeba dbać, by utrzymać ją na osiągniętym poziomie. To ewidentny dowód, że Ministerstwo Zdrowia może sterować rozwojem usług zdrowotnych w naszym kraju. Rzetelna wycena świadczeń, i to nie przez rynek, a przez rządową Agencję Oceny Technologii Medycznych, pozwoliłaby rozwinąć podobnie każdą inną specjalność - urologię, chirurgię, onkologię i tym samym zapewnić pacjentom dostęp do leczenia.
Mówi się, że za ratowanie chorych z zawałem serca, za wszczepianie stymulatorów fundusz płaci zbyt dużo.
Wyceniono je tak, że inwestujący w tę dziedzinę nie tracą. Dzięki temu każdy chory na serce może liczyć na skuteczną pomoc. Rozumiem, że sponsorzy wyremontowali oddział kardiologii w Redłowie - jest tam podwieszony sufit, nowe meble, ale generalnie szpitale publiczne zostają w tyle.

W obronie kardiologii w Szpitalu im. PCK stanęło tysiące chorych, którzy się tam leczą…
Temu się nie dziwię. Jeżeli się ich pozbawi opieki w tym szpitalu, będą musieli jeździć do Wejherowa. Z punktu widzenia płatnika nawet sekundy bym się nie wahał i kupił lepszą usługę w Wejherowie. Z punktu widzenia władz miasta zastanowiłbym się jednak, dlaczego Gdynia może zostać pozbawiona kardiologii. Czy inwestycje, które tam powstają, robione są w sposób przemyślany. Ja uważam, że nie. Decyduje o nich lobby polityczno-ordynatorskie. Czas najwyższy utworzyć w Gdyni stanowisko lekarza miejskiego lub doradcy prezydenta do spraw zdrowia, który się zna na rzeczy i myśli racjonalnie. Po co pakować ogromne pieniądze w szpitale, które nie są w stanie spełnić norm unijnych i nadają się tylko do wyburzenia. Czy nie lepiej za te pieniądze wybudować nowy szpital, który będzie mógł konkurować ze szpitalami prywatnymi?

Czy szpital niepubliczny i prywatny to samo?
To samo.

Jednak pacjenci bardziej się obawiają tego, co ich czeka w szpitalu prywatnym niż niepublicznym?
Dlatego politycy wymyślili nazwę "niepubliczny". Natomiast nigdzie w Europie nie ma takiego nazewnictwa. W organizacjach skupiających na świecie szpitale prywatne figurujemy jako "Polish Association of Private Hospitals".

Jednak w świadomości społecznej zakorzenił się pogląd, że niepubliczny to taki przekształcony w spółkę, jak na przykład były szpital powiatowy w Malborku czy Kwidzynie, a prywatny to wybudowany od fundamentów, jak na przykład Swissmed.
I tak, i nie. Większość centrów szpitalnych w Polsce, w które zainwestowali prywatni inwestorzy - lekarze, biznesmeni, grupy ludzi, to szpitale publiczne, które przekształcono w spółki i w ten sposób stały się prywatne. Tak naprawdę prywatne są też szpitale samorządowe, które sprzedały część swoich akcji prywatnym właścicielom i działają według kodeksu handlowego.

Ile takich szpitali jest w Polsce?
Takich, które mają prywatnych akcjonariuszy w swoim składzie, jest nie więcej niż sześć. I około 60 niepublicznych - to dawne szpitale samorządowe.

A prywatnych?
Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo w Polsce wciąż nie ma prawnej definicji szpitala. Czy placówka, która oferuje zabiegi w trybie jednego dnia, nie ma sal łóżkowych, a tylko salę zabiegową i operacyjną, jest szpitalem, czy nie? Tak więc wszystko jest względne. Nawet kiosk z doktorem można nazwać szpitalem, jeśli ktoś ma na to ochotę. Według kryteriów przyjętych przez naszą organizację, mamy około 120 prywatnych szpitali. Natomiast szpitali prywatnych zarejestrowanych w urzędach wojewódzkich jest 250, z czego na samym Śląsku ponad 100 jednodniowych. Bywa tak, że w jednym szpitalu powiatowym na sali operacyjnej zarejestrowanych jest sześć podmiotów. Jednym słowem, jest bałagan, bo urzędnicy, administratorzy, posłowie, którzy się zajmują ochroną zdrowia, nie znają się na niej, nic nie rozumieją, a jeszcze mniej robią. Czy to taki problem, by 20 lat po zmianie systemu termin "szpital" określić pod względem prawnym?

A jakie to ma znaczenie?
Sprawia nam to ogromną trudność, bo wciąż się toczy dyskusja, czy jest to szpital, czy nie. Pojawiły się pieniądze unijne na informatyzację szpitali. Zostały przyznane, ale tylko szpitalom publicznym. Pytamy - dlaczego? Przecież niepubliczne czy prywatne spełniają tę samą funkcję. Niektóre w stu procentach pracują w ramach kontraktu z NFZ, tak samo jak publiczne. Nie świadczą innych usług, czyli realizują to, na co Unia Europejska dała pieniądze.

Ale dyrektorzy szpitali publicznych mówią - hola, hola, my też chcemy zarabiać, bo mamy zbyt małe kontrakty z NFZ i niewykorzystany potencjał. Aparaturę, która stoi bezczynnie, puste sale operacyjne, lekarzy. Gdybyśmy mogli brać pieniądze od pacjentów, to byłoby to zrównanie praw publicznych i niepublicznych szpitali.
Z tym to już gruba przesada. O równości będziemy mogli mówić, gdy szpitale publiczne staną się spółkami prawa handlowego i przestaną do nich trafiać środki publiczne. Tak długo jak szpitale publiczne nie muszą zdobyć pieniędzy na zakup sprzętu, tylko go dostają, podobnie jak dostają dotacje na informatyzację, to równości nie ma. Tak długo jak publiczne nie płacą podatków, a prywatne płacą - nie ma mowy o równości podmiotów.
A co zrobicie, gdy minister zdrowia zgodzi się, by szpitale publiczne oficjalnie zarabiały pieniądze?
Będziemy walczyć. Zaskarżymy tę decyzję do UE, podobnie jak to było ze stocznią. Jeżeli szpitale publiczne będą mogły zarabiać, to my musimy mieć prawo do dotacji unijnej, chcemy, by państwo nam też fundowało aparaturę. Szpital publiczny, który otrzymał prezent w postaci aparatu USG czy rezonansu, może złożyć ofertę do NFZ poniżej ceny rynkowej, prywatnego na to nie stać.

Szpital prywatny nie zawsze dobrze się kojarzy pacjentom, nie zapewnia im wielospecjalistycznej opieki. Wybiera sobie rodzynki z ciasta, leczy tylko te choroby, za które NFZ płaci najlepiej. A gdy się pojawią komplikacje, pakuje chorego w karetkę i wiezie do publicznej placówki.
Nie rozumiem słowa "rodzynki". Jak pani wie, fekalia śmierdzą, a są firmy, które się zajmują ich wywozem, bo to się im opłaca. Nie ma takiej działalności ludzkiej, której się nie podejmie prywatna firma, jeśli jest ona przyzwoicie wyceniona.

Ale jest wiele procedur medycznych źle wycenionych, które szpitale publiczne muszą wykonać, a prywatne nie, bo nie chcą.
To pytanie trzeba postawić Ministerstwu Zdrowia i NFZ. Jeżeli wszystkie procedury będą zawierały w wycenie co najmniej zwrot kosztów, to zapewniam, że nie będzie procedury, której prywatny szpital nie będzie chciał wykonać.

Tegoroczne konkursy NFZ na poradnie, stomatologię i szpitale dowiodły, że prywatne placówki wyrastają na groźną konkurencją dla publicznych.
Zgadza się, bo mają nowy sprzęt, muszą bardziej dbać o pacjenta, bardziej się o niego starać. I nic nie dostaną za darmo.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie