Zatrzymać zbrodnicze połowy przemysłowe na Bałtyku, Nie ma dorsza, żądamy rekompensat – takiej treści transparenty przyniosła we wtorek grupa kilkudziesięciu rybaków i wędkarzy pod siedzibę Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Podczas pikiety domagali się oni zrewidowania unijnej polityki, dotyczącej m.in. ochrony zagrożonych gatunków i kwot połowowych na Bałtyku.

Zdaniem środowiska rybaków powtarzające się od lat, błędne decyzje Komisji Europejskiej doprowadzą ich do bankructwa, a całą branżę do całkowitego upadku. Miejsce dzisiejszej pikiety wybrali nieprzypadkowo. W tym samym czasie w siedzibie gdyńskiego MIR trwało posiedzenie Regionalnego Komitetu Doradczego Morza Bałtyckiego, organizacji doradzającej Komisji Europejskiej w sprawach rybołówstwa na Bałtyku. Jego członkowie nie zdecydowali się jednak wyjść na zewnątrz i podjąć rozmowy z protestującymi.

Pikietujących wspierał natomiast Grzegorz Hałubek, doradca ds. rybołówstwa ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marka Gróbarczyka.

- Komisja Europejska nie słucha zaleceń naukowców - twierdzi Grzegorz Hałubek. - Podnoszą oni, że trzeba ograniczać połowy o 80 procent, tak, jak w tym roku w czerwcu podobna rekomendacja miała miejsce. KE jednak własnego ciała doradczego nie słucha i redukuje to do 30 procent. Dysproporcja jest nieprawdopodobna. Gdyby to był jednorazowy wybryk, to jeszcze byłoby pół biedy. Taka sytuacja dzieje się jednak od pięciu lat. Nie wchodząc w szczegóły, KE ponosi pełną odpowiedzialność za to, co w tej chwili się znajduje w morzu, czyli za chudnące, wymierające już nie tylko dorsze, ale także inne gatunki ryby, jak dorsz, czy flądra. Niektórych gatunków już w ogóle nie ma. Dla przykładu są to mało znane motela, czy węgorzyca.

Grzegorz Hałubek dodaje, że jego zdaniem w Bałtyku naruszony jest cały łańcuch pokarmowy.

- Brakuje życia przy dnie - twierdzi doradca ministra gospodarki morskiej ds. rybołówstwa. - Ekosystem się zwija. Wszystkie poziomy troficzne i pokarmowe ulegają kompletnej degradacji. Za to wszystko odpowiada KE, która reguluje w rybołówstwie wszystkie kwestie, nie pozostawiając suwerenności państwom członkowskim. Jakie są efekty, widzimy na przyniesionej przez nas dziś tacce.

Zobacz również: Minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk spotkał się w Jarosławiu z rybakami

Grzegorz Hałubek pokazał dziś dziennikarzom na leżące na ziemi, wychudzone dorsze, przyniesione przez rybaków pod siedzibę MIR.

- Ten zagłodzony gatunek niedługo wymrze do końca - twierdzi Grzegorz Hałubek. - Chude płaty brzuszne, grzbiet bez mięsa. Co to za dorsz? Powinien ważyć co najmniej pół kilograma, a jest o połowę chudszy. Taka ryba niedługo umrze. A nie jest to jednostkowy przypadek, bo takich dorszy rybacy przywieźli tutaj więcej. Taki stan rzeczy to niestety wina KE, bo jeśli ktoś reguluje wszystko to też za wszystko odpowiada.

Według rybaków jeśli KE nie zacznie słuchać naukowców, a połowy, w tym przemysłowe, nie zostaną ograniczone, w ciągu pół roku nastąpi całkowite załamanie zasobów ryb na Bałtyku. Podkreślają oni, że przeciwko prowadzonej obecnie polityce unijnej protestują już także ich koledzy z branży z innych państw, dla przykładu ze Szwecji.

- Pikiet będzie coraz więcej, i w Polsce, i w innych krajach – mówi Grzegorz Hałubek. - To jest problem społeczny, którego zakładnikami stali się ludzie, całe rodziny z naszej branży.

Doradca Marka Gróbarczyka poinformował, że globalna kwota połowowa na Bałtyku na drosza wynosi w tym roku 6 tysięcy ton. Jego zdaniem nie ma jednak szans, aby ją zrealizować, bo ryb jest za mało.

- Mamy niemal koniec roku, a kwota ta wykorzystana jest tylko w 41 procentach – mówi Grzegorz Hałubek. - Pokazuje to tylko, jak głęboka jest ta katastrofa.

Andrzej Antosik, prezes Bałtyckiego Stowarzyszenia Wędkarstwa Morskiego z Darłowa, dodaje, że także jego zdaniem decyzje, dotyczące skali połowów i limitów na Bałtyku, są błędne.

- Nie ma ryb, nie ma dorsza – mówi Andrzej Antosik. - A jak jest, to za chudy, mały i głodny. Rybołówstwu rekreacyjnemu, które miało rozwijać się na skutek wyciszenia połowów komercyjnych, w tej chwili grozi zagłada.

Henryk Indyk, rybak z Helu, mówi, że dorsza jest mało w Bałtyku od kilku lat, ale w ostatnim czasie nastąpiło apogeum tego zjawiska.

- Ryby te nie mają co jeść, gdyż ich pokarm, czyli mniejsze gatunki pelagiczne, jak szprot i śledź, są odławiane w nadmiernych ilościach - twierdzi Henryk Indyk. - Unia Europejska tego problemu nie widzi, a wręcz promuje połowy przemysłowe wielkogabarytowymi jednostkami. Dla takich statków Bałtyk powinien być zamknięty. To są jednostki, które mają po 60-70 m długości oraz dwa i więcej tysięcy ton ładowności. Niech pływają sobie po oceanach, a nie na zamkniętym morzu.

Przypomnijmy, że jest to nie pierwszy, podobny protest. O tym samym problemie rybacy dyskutowali także w gdyńskim MIR w lutym tego roku. Grzegorz Hałubek przedstawił wówczas badania, z których wynikało, że w Bałtyku obserwowane jest obecnie kompletne załamanie się fitoplanktonu.

- Pierwsze, poważne ostrzeżenia o takiej możliwości, naukowcy ze Szwecji sformułowali już w latach 2008-2010 - mówił Grzegorz Hałubek. - Teraz ten czarny scenariusz się sprawdza. Tymczasem fitoplankton ma olbrzymie znaczenie w morskim łańcuchu pokarmowym. Jednak polityka Unii Europejskiej, w tym zakazy zrzutów do wody azotu i fosforu, którym żywią się małe organizmy roślinne, spowodowała prawdziwą zapaść.

ZOBACZ TEŻ: Marek Gróbarczyk o rozbudowie portu w Ustce:

POLECAMY NA STREFIE BIZNESU: