Projekt Mistrzowie: Jan Łuka, siłacz lepszy od Pudziana [ZDJĘCIA/FILM]

Irena Łaszyn
Niedawno bił rekord Guinnessa w żelaznym uchwycie. W ciągu trzech minut podniósł 350-kilogramową sztangę dziesięć razy! O Janie Łuce, który był najmniejszy w klasie, a teraz odnosi światowe sukcesy i jest osiemnastokrotnym mistrzem Polski w trójboju siłowym, pisze Irena Łaszyn

Gdy był małym chłopcem, miał dwóch idoli. Jednym był rycerz Zawisza Czarny, a drugim - Louis Cyr, kanadyjski siłacz, rocznik 1863, który potrafił unieść z ziemi dorosłego konia.

- Zawsze byłem silny - podkreśla Jan Łuka. - Ale cyrkowcem nie jestem, konia na ramiona nie zarzucałem. Który by się zresztą na to zgodził?

Ma mocne góralskie geny. Ciężko harował w polu, a potem na budowie. Nawet w szkole podstawowej pracował równo z dorosłymi. Sam, jako cherlawy uczniak, potrafił wykopać fundament pod chałupę.

- Gdy jako osiemnastolatek przyjechałem do Trójmiasta, trafiłem do brygady malarskiej - wspomina. - Po robocie, choć czasem krew leciała z nosa, chodziłem na treningi do gdyńskiej Floty. Teraz nikt takich rzeczy nie łączy, wtedy to nikogo nie dziwiło.

Najpierw myślał, że zostanie sztangistą. Ale nie miał - jak mawia - dobrej ruchomości w stawach i obszerności ruchu. Zdecydował się więc na trójbój siłowy.

Dla laików: Trójbój siłowy to przysiad ze sztangą, wyciskanie leżąc i martwy ciąg. Wielkie wyzwanie, nie jest to jednak sport olimpijski.

- Żeby były wyniki, trzeba trenować - mówi. - Sam talent nie wystarczy, przynajmniej w dźwiganiu. Talent to zaledwie 20 procent sukcesu. Reszta to ciężka praca. To nie jest śpiewanie przed kamerą. Tam, rzeczywiście, nawet amator może zaimponować. Ostatnio zachwycił mnie gość śpiewający arie operowe.

Dwie tony u pasa

Tych sukcesów Jan Łuka, rocznik 1949, ma sporo. Ale medali, które zdobył, i rekordów, które pobił, nie potrafi zliczyć. Trenuje od 45 lat, zebrała się więc niezła kolekcja. Jako jedyny w kraju jest osiemnastokrotnym mistrzem Polski w trójboju siłowym. Jest też czterokrotnym mistrzem świata w wyciskaniu sztangi leżąc oraz wicemistrzem świata i mistrzem Europy w trójboju siłowym.

Najbardziej jednak o nim głośno, gdy ustanawia kolejny rekord Guinnessa. Trochę ich już ma na koncie. Ale nie wie, który najważniejszy.

W 2005 roku, w sopockim Fitness Klubie Kolaseum, ustanowił na przykład rekord Guinnessa w podciąganiu na drążku. W czasie jednej godziny, z podczepionym do pasa ciężarem, równym ciężarowi ciała (84 kilogramy), wykonał 25 podciągnięć. To oznacza, że w sumie podciągnął się z 2100 kilogramami!

- Gdy potem występowałem w programie "Rozmowy w toku" i opowiadałem o tym sukcesie, to znowu musiałem swoje umiejętności zademonstrować - wspomina. - Wszyscy łapali się za głowę, a dla mnie to przecież normalka. Robię takie rzeczy każdego dnia.

- Spełniam swoje marzenia - uśmiecha się. - Gdy człowiek idzie za swoim marzeniem i robi to, co lubi, zyskuje nadzwyczajną siłę. Ale samo nic nie przychodzi. Nie wystarczy chcieć, nad wszystkim trzeba pracować.

Żelazny Janek

W lipcu bił rekord Guinnessa w żelaznym uchwycie. W ciągu trzech minut musiał unieść 350-kilogramową sztangę jak najwięcej razy.

- I ile razy pan uniósł?

- Chyba dziesięć. A już 1 września podnosiłem sztangę 370-kilogramową, pięć razy.

To jeszcze nic. Dwudziestego października, na Przymorzu, będzie ze sztangą 400-kilogramową. Zamierza ją podnosić… w nieskończoność.

Nic dziwnego, że sam Mariusz Pudzianowski, mistrz Polski i świata, chyli przed nim czoła. Zwłaszcza że podczas zawodów strongman "Powitanie lata", 22 czerwca 2005 roku, w Sopocie, Jan Łuka ze słynnym Pudzianem wygrał. Startowali w kilku kategoriach, włącznie z uchwytem Herkulesa, mocując się z dwoma samochodami. We wszystkich Łuka był najlepszy.
- W podciąganiu na drążku ja miałem u pasa 102,5 kg, a Mariusz - 75 kg - relacjonuje Jan Łuka. - W żelaznym uchwycie, który polega na podniesieniu maksymalnego ciężaru z podstawek o wysokości 30 cm, stosując nachwyt lub podchwyt, bez przechwytu i pasków, moje dłonie też okazały się silniejsze. Ja miałem 401 kg, a Pudzian 320 kg. Mariusz mi pogratulował i powiedział, że to nie dyshonor przegrać z osiemnastokrotnym mistrzem Polski.

Pogratulował, ale teraz już nie chce z Łuką startować…

- Owszem, strongmani podnoszą nawet więcej, np. 500 kilogramów, ale robią to z paska, z przechwytem - zauważa Jan Łuka.

- A gdy robią to tak jak ja, w żelaznym uchwycie, to rączka im się otwiera.

Nie bierze i je boczek

Ma 63 lata i organizm trzydziestolatka. Tak powiedział pewien lekarz, gdy Jan Łuka poddał się próbie wysiłkowej. Rower, na który wskoczył, mało nie pofrunął.

- Pewnie niektórzy są przekonani, że bierze pan jakieś wspomagacze.

- To źle myślą! Niczego nie biorę, żadnych niedozwolonych środków! Przecież są badania, można to sprawdzić. Niech mi ktoś takie badania załatwi. Jeśli mi udowodni, że coś wziąłem, to ja mu płacę 5 tys. zł. Jeśli badania wykażą, że jestem czysty, to niech mi ten niedowiarek da tysiąc złotych. Mnie to wystarczy.

- Nigdy pan nie brał?

- A tego nie mogę powiedzieć. Dawno temu, gdy sport był wypaczony, a ja nie zdawałem sobie sprawy, co się za tym kryje, to mi się zdarzało. Za komuny nikt człowieka o zdanie nie pytał. Ale to była kropla w morzu.

Specjalnej diety też nie stosuje. Na obiad - schabowy, na kolację - jajecznica na boczku, z czterech jaj. Do tego pół tabliczki gorzkiej czekolady, zalanej wrzątkiem. - Kolację jem o godz. 22. Organizm wszystko spala, mam dobry metabolizm. Główna zasada: Wszystkiego w umiarze, z niczym nie przesadzać.

- Na przykład, żonę mam tylko jedną - żartuje. - Do tego, jedną córkę i jedną wnuczkę.

- A jakim samochodem pan jeździ?

- W ogóle nie mam samochodu. Do sopockiego klubu Kolaseum, gdzie jestem trenerem personalnym, dojeżdżam z Gdyni Pogórza dwoma autobusami. Samochód mnie nie bawi. Uważam, że najbardziej zmyślnym pojazdem w historii świata jest rower. Pobudza do pracy.

Jak u Zawiszy

Niedawno wziął udział w Projekcie - Mistrzowie, zapozował do charytatywnego kalendarza, z którego dochód wspomoże realizację marzeń chorych dzieci.

- O marzenia warto walczyć - raz jeszcze podkreśla. - Ja w VII klasie szkoły podstawowej byłem najmniejszy i najchudszy w klasie, ważyłem 55 kilogramów. Mieszkałem na wsi, koło Żywca, nie miałem możliwości rozwoju. Ale postanowiłem, że zostanę siłaczem, mistrzem świata i słowa dotrzymałem. Żeby od czegoś zacząć, podciągałem się na drążku. Z młodszym bratem uczepionym pasa.

Teraz jest taki modny slogan: Marzenia się spełniają. Kilkadziesiąt lat temu nie było to takie oczywiste.

- Kurczę, dlaczego ja wtedy nie pomyślałem: Będę najbogatszy? - zachodzi w głowę Jan Łuka. - Niestety, trójbój siłowy, jako sport nieolimpijski, nie daje profitów. Nawet stypendium nie można uzyskać.

On, na szczęście, dźwigał te ciężary nie dla kasy. On robił to, co lubi.

- I, jak widać, lubię nadal - zauważa. - Na pewno będę się tym zajmować do 65 roku życia. Zamierzam pobić jeszcze kilka rekordów. Na razie, w żelaznym uchwycie, podniosłem tylko405 kilogramów. To było w zeszłym roku, na imprezie mikołajkowej.

O czym jeszcze marzy?

- Być zdrowym, przeżyć sto lat i sto kilo wycisnąć. - Koniec. Więcej nie potrzebuję. Po świecie jeździć nie muszę. To, co widziałem, w zupełności mi wystarczy.

Na pytanie, co jest w życiu ważne, odpowiada zdecydowanie: Prawda! Dotrzymywanie słowa. Punktualność.

- Nie znoszę zwrotu "jakby". Ktoś mówi: Jakbym ja tyle zjadł, co Pudzian, to bym go pokonał. A ja na to: Nawet gdybyś zjadł dwa wiaderka więcej, to nie dałbyś mu rady. Po co takie gadanie? Chcesz być lepszy, to nad tym pracuj. Przynajmniej spróbuj, poukładaj sobie w głowie. Gadać każdy może. Tak jak śpiewać.

Poucza: - Jak coś postanawiasz, to bądź konsekwentny. Nie wolno mówić: Jakoś to będzie. Dane słowo powinno być święte. Jak u Zawiszy, mego idola.

Mistrzowie w wyjątkowym kalendarzu

Ten kalendarz będzie cegiełką. Pieniądze z jego sprzedaży pozwolą spełniać marzenia chorych dzieci, podopiecznych Fundacji Trzeba Marzyć. To oni są Mistrzami, bo Mistrzowie - to wszyscy, którzy mają siłę, determinację i odwagę w spełnianiu marzeń.

Do kalendarza też zapozowali Mistrzowie - znane osoby ze świata kultury, sztuki, nauki, sportu. Autorytety, którym udało się zrealizować swoje największe marzenia. W projekcie zgodzili się uczestniczyć: aktorka Dorota Kolak, himalaista Czesław Kuba Jakubczyk, pisarz Stefan Chwin, jazzmani - Przemysław Dyakowski i Wojciech Staroniewicz, sportsmenka, zdobywczyni srebrnego medalu igrzysk olimpijskich z 1960 roku, Jarosława Jóźwiakowska- Zdunkiewicz, ordynator Kliniki Chirurgii Dziecięcej w gdańskim Szpitalu Wojewódzkim Piotr Czauderna, wicemistrz świata w trójboju siłowym Jan Łuka, farmaceuta, założyciel firmy Ziaja Zenon Ziaja oraz koordynator Gdańskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku Ludwika Sikorska.

Kalendarze już niebawem pojawią się w sprzedaży.

Możesz wiedzieć więcej!Zarejestruj się i czytaj wybrane artykuły Dziennika Bałtyckiego www.dziennikbaltycki.pl/piano

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
st

Jako młody chłopak poznałem pana Janka. Malował warsztat w którym pracowałem. Było tam potężne kowadło zamocowane na kilku podkładach kolejowych. Z kumplem chcieliśmy je odsunąć. Mało nam żyłka nie pękła ;) Pan Jan wziął je sam, uniósł i przestawił parę metrów dalej. Po wielu latach zrozumiałem jakiego to siłacza dane mi było poznać. Tak dalej panie Janku.

s
st

Jako młody chłopak poznałem pana Janka. Malował warsztat w którym pracowałem. Było tam potężne kowadło zamocowane na kilku podkładach kolejowych. Z kumplem chcieliśmy je odsunąć. Mało nam żyłka nie pękła ;) Pan Jan wziął je sam, uniósł i przestawił parę metrów dalej. Po wielu latach zrozumiałem jakiego to siłacza dane mi było poznać. Tak dalej panie Janku.

Dodaj ogłoszenie