reklama

Profesor, który uskrzydlał uczniów jak anioł

Marek AdamkowiczZaktualizowano 
Eugeniusz Andrzejewski (z prawej) krótko przed rozpoczęciem operacji "Ostra Brama". arch. prywatne
Eugeniusz Andrzejewski, człowiek, którego wiele osób do dziś nazywa Profesorem nie tylko z szacunku dla jego pracy dydaktycznej, ale i z wdzięczności za to, że potrafił wprowadzić je w dorosłość.

Starszy siwy pan pochyla się nad filiżanką kawy. Obok leżą kartki, zapiski z całego życia. Tak naprawdę to ledwie skrót biografii, którą jakiś czas temu spisał Wacław Dobosz, uczeń Profesora sprzed lat. W notatkach tych wielu rzeczy brakuje, bo też Eugeniusz Andrzejewski nie powiedział jeszcze o sobie wszystkiego. Trochę przez skromność, trochę zaś dlatego, że jego wspomnienia są straszne, znaczone wojną, a więc i cierpieniem. W końcu jednak zgodził się wrócić do lat swojej młodości, żeby przyszłe pokolenia wiedziały, jak było. On sam należy przecież do generacji, która już schodzi ze sceny dziejów...

Kolumb z Kresów

Patrząc na Profesora, wyobraźnia podsuwa myśl, że podobnie mogliby wyglądać "Rudy", "Alek" i "Zośka", gdyby oczywiście nie pochłonęła ich wojna. Eugeniusz Andrzejewski miał więcej szczęścia. Przeżył, choć nie znaczy to wcale, że było mu łatwo. Bo nawet teraz, po wielu latach, nie sposób wyzbyć się żalu za tym, co minęło.
- Wie, pan - wyjaśnia spokojnie. - Pokolenie Kolumbów, do którego należę, odchodzi z goryczą. Nosiliśmy w sobie całe dziedzictwo Kresów. Jego tradycje, zasady, mity. To wszystko przepadło.
Żeby zrozumieć, jak wielka może być gorycz, trzeba się przenieść do lat międzywojennych, spojrzeć na świat oczami dziecka, rocznik 1925 r. Ludzie, którzy wówczas pojawili się na świecie, byli pierwszym pokoleniem mogącym cieszyć się wolnością. Polska odzyskała ją ledwie kilka lat wcześniej.
- Mojego dziadka, Józefa, za udział w powstaniu styczniowym pognano etapami na Sybir. Ojciec, Stanisław, brał udział w rewolucji 1905 roku, a potem uciekł do Ameryki. Minęły lata, zanim powrócił do kraju.
Dla wielu wilniuków, od Piłsudskiego począwszy, były to losy całkiem zwyczajne. Opowiadano o nich w rodzinach, powtarzano w kościele i szkole. To właśnie tam uczono, że pojęcia takie jak honor i Ojczyzna czy też wierność tradycji mają swoją wartość. Nie są na pokaz. Jeśli ktoś powątpiewa, Profesor służy przykładem:
- W czasach gimnazjalnych byłem chorążym w poczcie naszej szkoły. Pamiętam, jak w 1938 roku, z okazji święta 3 maja, szliśmy w pochodzie przez miasto. Nie było to daleko, najwyżej kilkaset metrów, ale w wyznaczonych miejscach tłumu pilnowali policjanci. Salutowali, kiedy przechodził poczet, reszta mężczyzn zdejmowała czapki. Taki przed wojną był szacunek dla godła!
Z czasów gimnazjalnych pozostały w pamięci słowa nauczycieli. Jeden zwykł mawiać: "Każdy człowiek rodzi się ze skrzydłami anioła. Są ludzie, których wynoszą one w górę, inni zamiatają nimi ulice". Drugi natomiast powtarzał, że "w dziejach każdego narodu są nie tylko zwycięstwa, ale i klęski. Sztuka polega na tym, żeby się podnieść z upadku".

Czas próby

Czternaście lat. Początek młodości, ale też wiek buntu. W przypadku Eugeniusza Andrzejewskiego pora tragedii. Był czternastolatkiem, kiedy wybuchła wojna. Widział jak Sowieci zajmują Wilno, by wkrótce, w październiku 1939 r., oddać je Litwinom. Radość prezydenta Smetony z "prezentu" była ogromna. Zaczął przekonywać, że Związek Sowiecki był i już zawsze pozostanie przyjacielem Litwy. Nie wspomniał tylko, że w rozliczeniu za Wilno Stalin zażądał zgody na utworzenie sowieckich baz na terytorium litewskim; los pribałtyki był już przesądzony.
Eugeniusz Andrzejewski szybko się przekonał, czym jest okupacja. Wracając któregoś razu z kościoła św. Kazimierza, do którego uczęszczał jako gimnazjalista, jemu oraz kolegom Litwini poodcinali guziki płaszcza. Rozdrażniły ich orzełki w koronie. Była to jednak tylko przygrywka.
- Zdarzyło się, że zamordowano litewskiego policjanta, zaczęto więc szukać sprawców - opowiada Profesor. - Któregoś dnia Litwini przyszli i po mnie, wzięli na posterunek.
Szukanie zabójców to jedno, ale Litwini chcieli również wiedzieć, kto śpiewał w kościele "Boże coś Polskę" i kto we Wszystkich Świętych składał kwiaty na grobie matki Marszałka. Policjanci przez wiele godzin zadawali te same pytania, straszyli, w końcu zaczęli bić. Nic to nie dało. Gen, jak nazywają go przyjaciele, nikogo nie wydał, niczego nie zdradził. Dotrzymał złożonej przysięgi.
- Jeszcze w trzydziestym dziewiątym umówiliśmy się z kolegami, że pójdziemy do Ostrej Bramy na pierwszą mszę świętą o szóstej rano i złożymy przysięgę. Tak też zrobiliśmy - wspomina. - Stojąc w kaplicy, każdy z nas złożył w duchu ślubowanie, którego słowa pamiętam do dzisiaj: "Przysięgam w Ostrej Bramie przed obrazem Panny Świętej, ze zostanę wierny zawsze mej Ojczyźnie nieugiętej".

Fala czerwona, fala brunatna

Latem 1940 r. Litwa wraz Wilnem została anektowana przez ZSRR, choć już wcześniej Sowieci robili tu co chcieli. Szokiem, przynajmniej dla Profesora i kolegów ze szkoły, były obchody 1 maja, kiedy uczniom kazano maszerować w pochodzie z portretami Stalina i Kaganowicza. Bez porównania gorsze były jednak wywózki. W kilku akcjach deportacyjnych wywieziono na Sybir setki tysięcy mieszkańców Kresów. Andrzejewscy nie podzielili ich losu, choć spodziewali się, że w każdej chwili może to nastąpić:
- Pamiętam jak zimą 1940/1941 roku matka szykowała suchary na wypadek, gdyby przyszli po nas enkawudziści. Zwykle pojawiali w nocy, trzeba więc było być przygotowanym.
Zamiast Sowietów, w czerwcu, pojawili się Niemcy. Hitler ruszył na Moskwę i po zaledwie dwóch dniach Wehrmacht wkroczył do Wilna. Powstało getto, rozpoczęły się masowe egzekucje w Ponarach. Ginęli Żydzi i Polacy, także Rosjanie, Romowie i inni. W zbiorowych grobach spoczęło, jak się szacuje, nawet sto tysięcy ludzi.
Eugeniusz Andrzejewski miał już wtedy szesnaście lat. Dużo, jak na realia wojenne, gdy człowiek dojrzewa szybciej, ale nie za wiele, kiedy trzeba dźwigać ciężar odpowiedzialności konspiracyjnej; od stycznia 1942 r. służył w Armii Krajowej (I pluton Garnizonu Wilno), gdzie jego dowódcą był starszy o kilka lat Witold Tymiński ps. Lis, po wojnie profesor i prorektor Akademii Medycznej w Gdańsku. Sam przybrał pseudonim Juliusz, co było nawiązaniem do Słowackiego, jednego z ulubionych poetów.
Konspiracja konspiracją, przede wszystkim jednak trzeba było z czegoś się utrzymać. Zatrudnienie, podobnie jak ojciec, znalazł na kolei. Tam poznał jeszcze jedno z okrucieństw wojny.
- Pracowałem w warsztatach naprawy taboru, gdzie zaganiano do roboty także jeńców radzieckich - wspomina Profesor. - Byli w fatalnym stanie. Głodni, wynędzniali. Próbowaliśmy z matką jakoś im pomagać. Kiedy nikt nie widział, dawałem więźniom jedzenie - czarny chleb albo gotowane kartofle.
Ten ludzki odruch zostanie w przedziwny sposób wynagrodzony, choć jeszcze nie teraz...

Z rewolwerem w "Ostrej Bramie"

Wiosną 1944 r. w Wilnie coraz wyraźniej wyczuwano bliskość frontu. Niemcy bezskutecznie próbowali zatrzymać prącą na zachód Armię Czerwoną, z drugiej zaś strony Armia Krajowa przygotowywała się do operacji "Ostra Brama". Planowano wyzwolić miasto jeszcze przed nadejściem Sowietów. Niestety, samodzielne wykonanie zadania okazało się, niemożliwe. Trzeba było współpracować z generałami Stalina.
- Mieliśmy przeciwko sobie tysiące dobrze uzbrojonych Niemców, podczas gdy nam broni brakowało, nawet tej osobistej. Na pierwszą akcję poszliśmy z kilkoma sidolówkami, granatami własnej roboty. Potem zdobyłem trzynastostrzałową belgijkę z jednym magazynkiem. To było wszystko.
Przez kilka dni o Wilno toczyły się ciężkie walki, ale 13 lipca załopotała wreszcie nad zamkiem flaga biało-czerwona. Tylko na świętowanie nie było czasu. Sowieci podziękowali sojusznikom we właściwy sobie sposób. Zaprosili na "dogowory" dowódcę wileńskiej AK, płk. Aleksandra Krzyżanowskiego "Wilka", po czym aresztowali go. Internowana została też większość podległych mu żołnierzy.
- "Wilk" kazał wyprowadzić jednostki w stronę Puszczy Rudnickiej - opowiada Profesor. - Okazało się, że Rosjanie przygotowali po drodze obławę. Byli kozacy na koniach, oddziały zmotoryzowane, psy. Nad głowami latały samoloty. Nie było gdzie uciekać. Wpadliśmy w pułapkę.
Pierwszy dzień niewoli był oczekiwaniem - nie wiadomo na co. Sowieci kazali siedzieć na śródleśnej polanie, pod lufami karabinów, od szóstej rano do szóstej wieczorem. Potem jeńców zagnano do Miednik, gdzie w ruinach zamku Gasztołdów i Ogińskich osadzono kilka tysięcy żołnierzy. Dano im do wyboru: albo pójść do Berlinga, albo wyjechać na Sybir. "Juliusz" wybrał to drugie. Nie chciał łamać złożonej przysięgi. Został łagiernikiem.

Niewolnicy z lasu

Zsyłki na Sybir od wieków wyglądają podobnie. Najpierw wyczerpująca podróż (kiedyś etapami, teraz bydlęcym wagonem), potem budowa ziemianki i wyrąb lasu. Wszystko o głodzie i w letnich ubraniach. Trzeba było nadludzkiej woli, żeby to przetrzymać.
- Zimą temperatura spadała do minus 30 stopni. Robactwo gryzło niemiłosiernie. Brakowało jedzenia. Ratowaliśmy się, podjadając co się dało, jakieś trawy, owoce lasu. Przede wszystkim jednak staraliśmy się oszczędzać siły - przyznaje Profesor. - Normy przy wyrębie lasu, jakie narzucili Sowieci, były zabójcze, zwłaszcza dla ludzi chorych, niedożywionych, skrajnie osłabionych. Tylko sprytem można było zatrzymać choć trochę siły, by każdego dnia wstawać do pracy.
Gehenna trwała do stycznia 1946 r. Wtedy niektórym więźniom pozwolono wrócić do Polski, choć oczywiście już innej, przesuniętej na zachód, bez Wilna i Lwowa.
W tym czasie ojciec Eugeniusza Andrzejewskiego już nie żył. Zmarł w 1943 r. Matka zdążyła zaliczyć więzienie NKWD, a zwolniono ją dzięki ludziom, którzy zaświadczyli, że pomagała jeńcom radzieckim. Z synem zobaczy się dopiero wśród ruin Gdańska.

Jak zostaje się Profesorem?

Dla Eugeniusza Andrzejewskiego spotkanie z Polską ludową było wstrząsające. Po przekroczeniu granicy dworzec, na ścianie plakat: "AK zapluty karzeł reakcji", znak, że pora porzucić złudzenia.
- Po powrocie z zesłania zmieniłem życiorys. Tylko w ten sposób mogłem wrócić do normalnego życia - przyznaje. - Musiałem czekać do nowych czasów, żeby podać prawdziwy biogram.
Nadzieję na stabilizację przyniosła matura, zdana w 1946 r., oraz podjęcie studiów geograficznych w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Dzięki nim otworzyły się drzwi do kariery pedagogicznej. Od 1949 do 1951 r. Eugeniusz Andrzejewski był nauczycielem w VI Liceum Ogólnokształcącym w Gdańsku, następnie zaś związał się na dwadzieścia lat z Jedynką, czyli I Liceum Ogólnokształcącym przy Wałach Piastowskich. Ten rozdział do dzisiaj wspominany jest z sentymentem przez absolwentów szkoły, chociażby Jacka Moszkowskiego.
- Profesor robił zawsze wrażenie człowieka pryncypialnego i zdecydowanie trzymającego z nas na dystans, nie było mowy o spoufalaniu - mówi pan Jacek. - Trzymał dyscyplinę i karcił za głupie zagrania. Miał posłuch, a my traktowaliśmy go z respektem. Jednocześnie trudno było nie cenić jego pomysłowości i zmysłu organizacyjnego. Załatwiał dofinansowania do wycieczek, namioty, rowery, kajaki itp. Komu dzisiaj by się chciało za tym wszystkim chodzić?
Patrząc z perspektywy czasu, Jacek Moszkowski podziwia odwagę Profesora:
- Widać ją było, gdy zabierał uczniów na przykład na górskie eskapady. Pamiętam jak wchodząc w Tatrach na Miedziane, pękł pod naszymi nogami ciężki i wielki płat śniegu, który mógł zapoczątkować zejście lawiny. Wycofaliśmy się powoli, ale co przeżył Profesor, można się tylko domyślać.
Dzięki staraniom Eugeniusza Andrzejewskiego, kolejne pokolenia uczniów miały sposobność poznać piękno Polski.
- Sam byłem na kilku obozach i wycieczkach: spływ Wdą, obóz narciarski na Bukowinie, w Dolinie Roztoki, w rumuńskiej Mamai - wylicza pan Jacek. - Moi koledzy byli chyba jeszcze na wycieczce w Jałcie, w Dolinie Chochołowskiej. Dużo tego było.
Profesor bardzo lubił fotografować i kręcić filmy ciężką kamerą Pentaflex. W swoim gabinecie stworzył duże archiwum, a po powrocie z wycieczek czy obozów zapraszał uczestników na pokaz tych filmów.

Człowieczeństwo na co dzień

Zawsze trzeba być człowiekiem - słowa, które Eugeniusz Andrzejewski powtarzał jak mantrę. Jednocześnie sam dawał przykład. Znane jest wspomnienie Jerzego Anisimowicza, który ciężko zachorował na heinemedinę. Mimo że ledwo się poruszał, pojechał wraz z klasą na południe Polski. Kiedy jednak stanął we wrotach kopalni w Wieliczce, okazało się, że nie może iść o własnych siłach. Nie namyślając się, Profesor wziął go na plecy i zniósł po stromych schodach.
- Jako nauczyciel Eugeniusz Andrzejewski zwracał szczególną uwagę na dzieci z biedniejszych rodzin i reagował, choćby ostrym spojrzeniem, gdy ktoś próbował popisywać się przy nich na przykład ubiorem - opowiada Jacek Moszkowski.
Jedna z byłych uczennic przyznaje, że bała się Profesora, choć jednocześnie docenia jego nietuzinkowe podejście do dydaktyki. Przykładowo, pozwalał na klasówkach korzystać z materiałów pomocniczych, ale wymagał syntezy informacji z różnych źródeł.

Jerzy George Podbereski, który również się kształcił pod okiem Eugeniusza Andrzejewskiego, opowiada, że w tamtych zamierzchłych czasach metoda nauczania była dosyć prosta: wykład (czasami z demonstracją lub ćwiczeniem), podręcznik, odpytywanie przy tablicy lub klasówka, na koniec ocena.
- Albo się przedmiot umiało i rozumiało, albo nie. Tak czy inaczej, przechodziliśmy do następnego tematu - przyznaje. - W Jedynce, w latach 1965-69, w zasadzie było to samo. Rutyna i obowiązek, najlepiej bez specjalnych wzlotów czy upadków. Poza geografią. Tam było ciekawiej.

Do dziś panu Jerzemu stają przed oczami obrazki z zajęć: na ławkach wielkie atlasy świata PWN, roczniki statystyczne, klasa podzielona na grupy po 4-6 uczniów. Tematy do rozwiązania: dlaczego w danym miejscu rozwinął się konkretny przemysł, co warunkuje gospodarkę jakiegoś regionu, itp.
- Przeglądamy mapy - fizyczne, geologiczne, klimatyczne, historyczne, wyciągamy dane z rocznika statystycznego, dyskusja w zespole. Zastanawiamy się co ważne, co nie, mamy końcową odpowiedź z uzasadnieniem. Jeszcze tylko wybór kogoś do przedstawienia wyników pracy grupy, a kiedy przychodzi nasza kolej, Profesor uprzejmie słucha "wykładu", zadaje kilka pytań, dodaje parę uwag, dzieli się oceną. Po lekcjach zostaje w nas satysfakcja, że udało się nam czegoś dokonać. Że rozwiązaliśmy z kolegami interesującą zagadkę, łącząc w logiczną całość fakty, których wcześniej nie uważaliśmy za korelacyjne. Że coś potrafimy, i że Profesor też tak uważa.

Przekazane przez geografa metody zdobywania wiedzy Jerzy Podbereski zaadoptował w swojej pracy zawodowej. W dużej mierze nastąpiło to podświadomie, bez żadnej rachuby.
- Wrodzona ciekawość i chęć poznania nowości owocują masą informacji, które trzeba uporządkować, odsiać zbyteczny balast, pogłębić i poszerzyć powierzchowne opanowania tematu, podsumować, włączyć do własnej bazy danych. Po latach pracy w informatyce, gdzie przeważnie byłem w pozycji osoby między komputerami a użytkownikami, coraz częściej uświadamiałem sobie, że elementy metody Profesora pasują jak ulał do wdrażania i ulepszania systemów komputerowych i że je stosuję. A kiedy zacząłem karierę wykładowcy w jednym z Community College w Ontario, naturalną koleją rzeczy zacząłem przekazywać metodę Profesora nowym pokoleniom. Ona wciąż działa i sprawdza się znakomicie!

Z biegiem lat coraz więcej czasu zajmowały Profesorowi zajęcia na uczelniach. Od 1963 r. był związany z Zakładem Metodyki Geografii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku, siedem lat później został adiunktem w Zakładzie Geografii Ekonomicznej i Politycznej Uniwersytetu Gdańskiego, potem docentem. Organizował i kierował Podyplomowym Studium Turystyki Instytutu Geografii Uniwersytetu Gdańskiego. W 1969 r. uzyskał tytuł doktora w Wyższej Szkole Ekonomicznej (uczniowie z liceum i tak nazywają go Profesorem). Od 1992 do 2003 r. był wykładowcą w Bałtyckim Centrum Kształcenia. Różne stanowiska, lecz wszędzie ten sam zapał do nauczania, za który kilka lat temu otrzymał nagrodę imienia Krzysztofa Celestyna Mrongowiusza, dla Nauczyciela Roku Uniwersytetu Gdańskiego. W pełni zasłużoną, bo też trudno zliczyć osoby, którym Eugeniusz Andrzejewski dał skrzydła - jak anioł.

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie