Prof. Romuald Krajewski: Naciski na lekarzy wywierane są powszechnie

rozm. Jolanta Gromadzka-Anzelewicz
Z prof. Romualdem Krajewskim, wiceprezesem Naczelnej Izby Lekarskiej, rozmawia Jolanta Gromadzka-Anzelewicz.

Głośno było niedawno w mediach o lekarce pogotowia w Bydgoszczy, która odmówiła udzielenia pomocy umierającej na raka pacjentce, odsyłając ją do hospicjum. Jak Pan ocenia zachowanie tej lekarki?
W ogóle nie oceniam, nie wiem, bo nie znam szczegółów tej sprawy. W sytuacji, o której pani mówi, postępowanie lekarki mogło być zarówno właściwe, jak i niewłaściwe. Z jego oceną trzeba poczekać, aż zakończą się prowadzone postępowania.

Inny przykład - Pomorski Oddział NFZ nie zapłacił szpitalowi na Zaspie za hospitalizację starszych pacjentów na internie, którzy zmarli wkrótce po przyjęciu do szpitala. Według NFZ, powinni oni umierać w swoich domach, bo tak by było oszczędniej dla systemu. Lekarze powinni się buntować przeciw takim naciskom czy przystosować do sytuacji?

Nie mają innego wyjścia, jak tylko się przystosować, w przeciwnym razie mogliby tylko zrezygnować z pracy. Fakt, że naciski takie są dziś wywierane na lekarzy niemal powszechnie, potwierdzają nasze badania - aż 37 proc. lekarzy w całej Polsce przyznało, że w 2012 roku się z nimi spotkali.

A dlaczego Naczelna Izba Lekarska w ogóle zleciła takie badanie?
Regularnie badamy opinię naszego środowiska w różnych sprawach. A ten problem jest szczególnie ważny, bo przyjmujemy wiele jednostkowych skarg od lekarzy, że zmusza się ich do oszczędzania kosztem pacjentów. Obawiam się, że to zjawisko ma jeszcze szerszy wymiar, tylko część lekarzy nie zdaje sobie sprawy, że tego rodzaju naciski są na nich wywierane, gdyż wynikają one z organizacji pracy i finansowania świadczeń.


Konieczność oszczędzania na badaniach, lekach, brak możliwości zastosowania u chorego terapii zgodnej z najnowszą wiedzą rodzą dylematy etyczne, których kiedyś nie było.

Tego rodzaju problemy były w środowisku medycznym zawsze, choć nigdy nie występowały w takim natężeniu jak obecnie. Teraz lekarze pracują w wyjątkowo trudnych warunkach, np. na oddziałach, na których wykonywane są procedury bardzo źle wycenione przez NFZ. To zmusza administrację szpitala do wprowadzania różnego typu ograniczeń, by zapobiec narastaniu ogromnego za-dłużenia.

Czy lekarz może oszczędzać i jednocześnie nie być w konflikcie z własnym sumieniem i nie łamać zasad etyki?
Do pewnego stopnia jest to możliwe. Większość lekarzy stara się, w miarę swoich możliwości, zapewnić chorym odpowiednią opiekę, potrzebne badania, leki, których oni wymagają. Z jednej strony pamiętają, że w sytuacjach dużego zagrożenia pomocy choremu trzeba udzielić jak najszybciej, z drugiej nie są jednak w stanie przezwyciężyć niektórych ograniczeń organizacyjnych. I choćby nie wiem jak uprzejmie starali się podchodzić do pacjentów, współczesna medycyna nie polega na leczeniu dobrym słowem i podawaniu choremu szklanki wody, a na wykonywaniu konkretnych czynności medycznych, które wymagają konkretnych środków, odpowiedniej organizacji, współpracy personelu. W odpowiedzi na zastrzeżenia co do prawidłowości zasad organizacji i finansowania lekarz słyszy jednak zwykle: "jak się nie podoba, to zawsze można odejść gdzie indziej". Część lekarzy odchodzi, ale część zostaje i się przystosowuje, bo musi gdzieś pracować, ma przecież rodziny, chce mieć normalne życie.

Lekarze z bogatszych od Polski krajów ćwiczyli ten problem znacznie wcześniej?
To problem powszechny na całym świecie. Wszędzie tam, gdzie pojawia się płatnik, firmy ubezpieczeniowe, naciski ekonomiczne na lekarzy są zjawiskiem powszechnym.

Ale tam lekarze jakoś sobie z nim dali radę?

Wcale sobie rady z nim nie dali, ale w krajach, gdzie ochrona zdrowia jest finansowana o wiele lepiej, naciski wywierane na lekarzy nie są tak dotkliwe. Nawet kraje, które nie wydają na ochronę zdrowia bardzo wielkich pieniędzy, jak choćby Wielka Brytania, przeznaczają jednak rocznie na jednego obywatela około cztery razy więcej niż Polska. Czesi wydają znacznie więcej niż my. Siłą rzeczy lekarze w tych krajach mają mniej problemów niż my.

Jeszcze jedna dramatyczna historia pacjentki - 92-letniej, cierpiącej z powodu podwijającej się powieki, która drażniła jej gałkę oczną i powodowała przewlekły stan zapalny. Wymagała operacji, której jednak nie chciał podjąć się żaden szpital, bo to procedura nieopłacalna. Pacjentka była zrozpaczona, swój żal wylała na lekarza.

Bardzo emocjonalnych, wręcz agresywnych reakcji pacjentów jest bardzo dużo. W 2012 roku 67 proc. lekarzy w Polsce doświadczyło agresji, głównie słownej, więc na szczęście nie tak niebezpiecznej. Poziom agresji w ochronie zdrowia jest podobny również w innych krajach, ale nie zmienia to faktu, że agresji nie można tolerować. Nie może być zgody na agresję, choć rozumiemy, że wynika ona często z frustracji i niezaspokojonych potrzeb zdrowotnych pacjentów, czasem także z ich stanu zdrowia.

Czy jest na to jakieś lekarstwo?
Potrzebnych jest bardzo wiele działań, ale chyba najważniejsze byłoby to, co samorząd lekarski od dawna powtarza. Ochrona zdrowia potrzebuje większego finansowania, urealnienia wyceny procedur oraz liczby świadczeń, które rzeczywiście możemy gwarantować. Dziś politycy i NFZ obiecują chorym o wiele więcej, niż mogą oni w rzeczywistości uzyskać.

j.gromadzka@prasa.gda.pl

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

N
Nairam

o który - jak złośliwi mówią - walczyłem. Ale na prawdę to ja walczyłem o ustrój o ludzkiej twarzy a nie o to co mamy. Jak widać obecny ustrój takim nie jest skoro każe się nam umierać w domu, bo jest taniej! Na ulicy byłoby jeszcze taniej, bo szybciej, nieprawdaż? A może to nie jest wina ustroju tylko ludzi, którym powierzyliśmy władzę. Warto o tym pomyśleć i to tak na poważnie, bo każdy z nas kiedyś będzie stary chyba że się "pospieszy" i problem ten go nie dotknie!

Dodaj ogłoszenie