Premiera "Skrzypiec Rotszylda" i "Graczy" w Operze...

    Premiera "Skrzypiec Rotszylda" i "Graczy" w Operze Bałtyckiej [ROZMOWA]

    Jarosław Zalesiński

    Dziennik Bałtycki

    Dziennik Bałtycki

    Marek Weiss-Grzesiński (po lewej): Z tym, co Andrzej myśli o życiu i teatrze, kompletnie się nie zgadzam
    1/2
    przejdź do galerii

    Marek Weiss-Grzesiński (po lewej): Z tym, co Andrzej myśli o życiu i teatrze, kompletnie się nie zgadzam ©Sebastian Ćwikła

    Z Markiem Weissem-Grzesińskim, dyrektorem Opery Bałtyckiej, rozmawia Jarosław Zalesiński
    Najpierw pomyślał pan o wystawieniu "Graczy" Szostakowicza, a potem przyszło panu do głowy, żeby sztukę wyreżyserował aktor? Tak doszło do zatrudnienia Andrzeja Chyry?
    Niedokładnie tak. Od początku projekt miał charakter dyptyku. Nie myślałem o wystawieniu samych "Graczy", bo jak pokazała poznańska premiera, to przerastałoby nasze możliwości. To specyficzne dzieło. Jakby to powiedzieć... Nie jest doskonałe.

    Szostakowicz "Graczy" nie ukończył.
    Sięgnął po tekst opowiadania Gogola i zaczął do niego pisać muzykę słowo po słowie.
    W pewnym momencie zorientował się, że wyszłoby z tego dzieło strasznie długie. Opera ma jednak swoje zasady, nie da się jej stworzyć tak, żeby po prostu zaśpiewać jakiś literacki tekst. Myślę, że kiedy Szostakowicz to zrozumiał, odłożył pracę nad "Graczami". I w tym samym czasie wyciągnął z szuflady niedokończone "Skrzypce Rotszylda" Fleischmanna.

    Jego ucznia...
    Szostakowicz uważał Fleischmanna za geniusza. Strasznie w niego wierzył i namawiał do tworzenia. Ale chłopak zgłosił się na front i zginął. Szostakowicz bardzo przeżył jego śmierć i czuł się zobowiązany wobec swego ucznia. W "Skrzypcach" zorkiestrował niektóre fragmenty tak, że Fleischmannowi pewnie by się to nawet nie przyśniło.

    Ułożyła się z tych dwóch kompozycji szczególna całość.
    Tak, bo z kolei Krzysztof Meyer, uczeń Szostakowicza, postanowił dokończyć "Graczy". Zrobił to bardzo wiernie, jak solidny uczeń. Dołożyłem do tego dwa chóry a capella Szostakowicza, które według mnie streszczają zasadę tego spektaklu. One opowiadają o Rosji dawnej i nowej. Są połączeniem starorosyjskiego sentymentu z nową, rewolucyjną, bojową rzeczywistością, czyli czymś, co było schizofrenią Szostakowicza. On też był kimś takim.

    Geniuszem na służbie u tyrana.
    I była w tym jakaś rozpacz. Moim zdaniem te dwa chóry o tym opowiadają. Potem będą szły "Skrzypce Rotszylda", oparte na pięknym opowiadaniu Czechowa o człowieku, który wyrabia trumny i uważa, że śmierć jest świetnym interesem. Ale gdy umiera mu żona, nagle musi zrobić trumnę za darmo. Wtedy dociera do niego, że śmierć może być nie tylko interesem, ale też stratą. Zaczyna myśleć, czuć, rozumieć. Widać, jak staje się człowiekiem. To piękna opowieść o odnalezieniu ludzkiej tożsamości.

    Coś chyba przeciwnego niż w "Graczach".
    Tak. W "Skrzypcach" znajdujemy przypomnienie, że jednak jest się człowiekiem i że ważne są wartości, a "Gracze" są cyniczną grą. Życie w nich to gra. Z kolei moja gra z tym projektem polega na próbie pokazania tego, co dzieje się z nami dzisiaj.

    A co się dzieje?
    Kiedyś, tak jak w sztuce "Dwa teatry" Szaniawskiego, istniały teatr realistyczny i teatr poetycki. Dzisiaj nie ma już tego podziału, powstał za to podział inny - na teatr wiary w sens i ład oraz teatr destrukcyjny, antysentymentalny, podważający wartości. Z mojego wiekowego punktu widzenia nazywam go "teatrem chuliganów". Nie ojcobójców, tylko chuliganów. Bo to chuligani, którzy niszczą wartości, niszczą ład, sens, opowieść. Wszystko ma być destrukcyjnie przedstawione.
    "Ojcobójcami" nazwano kiedyś grupę reżyserów, debiutujących w polskim teatrze w latach 90. Teraz mamy chuliganów?

    Destrukcja poszła jeszcze głębiej?
    O wiele głębiej. Nie twierdzę, że cały teatr jest taki, ale ten, który jest uważany za "nowoczesny", to teatr, w którym poszukiwania sensu, harmonii, wartości są traktowane jako sentymenty, jako coś, co nie ma niczego wspólnego ze współczesnym światem. Ci twórcy są buntownikami, którzy podważają zasady i relacje między ludźmi.
    Nie rozumiem. Dlaczego w takim razie zaproponował pan współpracę Andrzejowi Chyrze, który wychował się w teatrze

    Krzysztofa Warlikowskiego, jednego z "ojcobójców"?
    Najpierw pomyślałem, że byłoby najlepiej, gdyby "Graczy" wyreżyserował jakiś wybitny aktor, który do tego ma zacięcie reżyserskie. Ktoś taki potrafiłby postawić zadania aktorskie śpiewakom. Andrzej jest dyplomowanym reżyserem i to był jego drugi atut. A poza tym widuję go na koncertach w filharmonii, w operze! Okazało się nawet, że uwielbia Szostakowicza.

    Ale wychował się u "ojcobójcy"...
    No i świetnie. Pomyślałem: zobaczymy, jak to się ze sobą sklei. Czy w ogóle się sklei. To także moja przekora. "Gracze" to cyniczna opowieść, że życie jest grą. To Andrzeja w tym tekście fascynuje - że w życiu nie obowiązują zasady fair play, jedynie lepszy gracz ogrywa gorszego. I że trzeba wygrywać, bo przegrana oznacza nasz koniec.

    Brzmi nowocześnie.
    A ja uważam, że czasem trzeba przegrać. Nie jest aż takie ważne, żeby za każdym razem wygrywać. Czasem trzeba przegrać, żeby ocalić coś innego. Jakieś wartości. Albo samego siebie. Nie warto zawsze wygrywać. Między tymi dwiema sztukami nawiązuje się więc dialog na temat tego, czym jest gra. Bardzo to zawiła struktura i czym jesteśmy bliżsi finału, tym bardziej się ona zapętla. Podoba mi się to.

    "Skrzypce Rotszylda" i "Gracze" to taki łańcuszek prac mistrza i uczniów. Między panem i Andrzejem Chyrą też zawiązała się taka relacja? Pan jest wybitnym reżyserem operowym, dla Andrzeja Chyry to debiut w operze...
    Po pierwsze mam taką zasadę, że jeżeli już decyduję, iż ktoś będzie reżyserował w moim teatrze, staram się w to nie wtrącać, chociaż czasem aż mnie skręca. Ale nie, nie robię tego. Nie zachowuję się tak, jak wielu dyrektorów, którzy czując się odpowiedzialni za instytucję, poprawiają pracę innych, bo wydaje im się, że wiedzą lepiej. A ja nie wiem lepiej. Dlatego nawet nigdy nie byłem na próbie u Andrzeja.

    ...?
    Także on nigdy nie przychodził na moje próby. Jedyne, co nas łączy, to scenograf. Magda Maciejewska, która musiała między tymi dwoma biegunami oscylować i znaleźć wspólną przestrzeń.

    Odnalazła?
    Zasada jest taka, że "Gracze" rozgrywają się w pomieszczeniu na zapleczu sali, w której toczy się akcja "Skrzypiec". Magdzie udało się to bardzo zręcznie zrobić. Czyli dodatkowo jeszcze jej "spektakl" obejmuje to, co robimy z Andrzejem. Do tego jest jeszcze Szostakowicz, jego muzyka, i dyrygent Michał Klauza, który jest niezwykle dyscyplinującym i niezwykle precyzyjnym dyrygentem. U niego nie będzie żadnej dowolności.

    Bałtycki Teatr Tańca proponuje spektakle stworzone przez dwóch czy nawet trzech choreografów o bardzo różnych osobowościach. Tu będzie podobnie - spojrzenie na tę samą rzeczywistość z dwóch różnych perspektyw?
    Dokładnie tak. Coś takiego próbujemy zrobić.

    Rzeczywistość i to, co dzieje się w niej dzisiaj z wartościami?
    Tak. Z tym, co Andrzej myśli o życiu i teatrze, kompletnie się nie zgadzam. Natomiast uważam, że jest wybitnym artystą i chcę się dowiedzieć, dlaczego tak właśnie o życiu i teatrze myśli. Jego "Gracze" są bardzo ciekawym spektaklem i ciekawe może okazać się ich zestawienie z moimi "Skrzypcami". To takie poszukiwanie jedności w sprzecznościach.



    Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

    Zarejestruj się i czytaj wybrane artykuły Dziennika Bałtyckiego www.dziennikbaltycki.pl/piano

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo