Poparzony nastolatek potrzebuje pomocy. Karol ma jedno marzenie: "Chcę wrócić do domu" [nasza akcja]

Jolanta Gromadzka - Anzelewicz
O pomoc dla Karola zabiegają lekarze. - Cała powierzchnia przeszczepiona to teraz jedna wielka blizna, która ulega przerostowi - tłumaczy dr Dariusz Wyrzykowski (na zdjęciu z tyłu)
O pomoc dla Karola zabiegają lekarze. - Cała powierzchnia przeszczepiona to teraz jedna wielka blizna, która ulega przerostowi - tłumaczy dr Dariusz Wyrzykowski (na zdjęciu z tyłu) Karolina Misztal
Udostępnij:
Ciężko oparzony dwunastolatek potrzebuje kosztownej rehabilitacji, na którą nie stać jego rodziców.

W ciągu zaledwie kilku tygodni aż czterokrotnie dostawał pełne znieczulenie. Opatrunki trzeba było mu zmieniać na bloku operacyjnym. Wycinać spalone tkanki. Pokrywać je przeszczepami. Bez narkozy tak wielkiego cierpienia chłopczyk by po prostu nie wytrzymał. Po blisko dwóch miesiącach intensywnego leczenia rozległe, obejmujące prawie połowę ciała, rany po oparzeniach prawie się wygoiły. Pozostały po nich blizny. Wydawałoby się, że to szczęśliwy koniec dramatycznej historii małego pacjenta.

- To dopiero początek cierniowej drogi, którą on rozpoczyna - prostują lekarze. - Chłopca czeka długa, żmudna i kosztowna rehabilitacja. Bez niej nigdy nie odzyska sprawności, nie wróci do normalnego życia.

Palili śmieci

Do Kliniki Chirurgii i Urologii Dzieci i Młodzieży w gdańskim Szpitalu im. M. Kopernika dwunastoletni Karol Celiński został przyjęty w połowie lipca tego roku. Nie był jedyną ofiarą dramatycznego wypadku, który wydarzył się w Pruszczu Gdańskim. Oparzeń różnego stopnia doznały wraz z nim trzy dorosłe osoby. Razem z Karolkiem do „Kopernika” trafiła jego mama Ania. Kuzyna śmigłowiec sanitarny przetransportował aż do Gryfic, gdzie znajduje się specjalistyczny ośrodek leczenia oparzeń. Wujka karetka zawiozła do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego.

- Pojechaliśmy z mamą do wujka na jego działkę w Pruszczu Gdańskim - opowiada Karol. - Zrobiliśmy sobie grilla. Potem wujek chciał spalić suche gałązki, zmiotki, jakieś śmieci. Staliśmy wokół - ja, mama, wujek, kuzyni i kuzynka. Nagle coś wybuchło. W niebo wystrzelił ogień. Poczułem, jak mnie ogarnia. Więcej nic nie pamiętam.

Czuwał tylko dziadek

Na szpitalnej sali przy łóżku Karola non stop czuwał jego 80-letni dziadek.

- Coś musiało być w tych śmieciach, jakaś stara butelka po farbie czy jakiś rozpuszczalnik - zastanawia się pan Aleksander. - Płomień był duży, pojawił się znienacka, w momencie gdy coś pękło z hukiem. Na Karolu zaczęło się palić ubranie. Płomień sięgnął jego twarzy, ogarnął szyję, klatkę piersiową, liznął ręce.

Mamę zobaczył Karol dopiero kilka tygodni po wypadku. Z „Kopernika” przewieziono ją do Kliniki Chirurgii Plastycznej w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym. Na kolejny przeszczep skóry, bo pierwszy się nie przyjął.

Spalone 40 proc. ciała

- Karol został do nas przyjęty podczas sobotniego dyżuru 16 lipca - wspomina dr n. med. Dariusz Wyrzykowski z Kliniki Chirurgii i Urologii Dzieci i Młodzieży GUMed. - Nie znamy szczegółów tego wypadku, ale z tego, co udało się nam ustalić, wynika, że do eksplozji doszło w wyniku użycia płynnej podpałki. Chłopiec był w ciężkim stanie. Obrażenia, jakich doznał, były bardzo poważne.

Oparzenia były głębokie, III stopnia, i bardzo rozległe - objęły blisko 40 proc. powierzchni przedniej połowy ciała. Mały pacjent miał oparzoną twarz, szyję, klatkę piersiową, ręce. Szczęśliwie nie ucierpiały jego drogi oddechowe. Nie trzeba było chłopca podłączać do respiratora ani kłaść na OIOM. Uraz, którego Karol doznał, był jednak bardzo bolesny. Chłopiec był bardzo dzielny. Z cierpliwością, której mógłby mu pozazdrościć niejeden dorosły, znosił przykre zabiegi. Przez cały czas był na lekach przeciwbólowych.

Aby czuł normalnie

- Nie było mnie tego dnia na dyżurze, ale wiem, że koledzy wykonali Karolowi tzw. nacięcia odbarczające na kończynach - relacjonuje dr Wyrzykowski. I tłumaczy: - Przy okrężnych oparzeniach i na dodatek głębokich narasta obrzęk, dochodzi do tzw. ciasnoty i potencjalnego pogorszenia ukrwienia palców. Trzeba ratować unerwienie, bo nerwy są niedokrwione. Jeżeli do niego dojdzie, pacjent będzie miał potem „dziwne”, osłabione czucie, a tego za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć. Cała oparzona skóra chłopca uległa zniszczeniu, trzeba ją było ściąć i zastąpić przeszczepami.

- Choroba oparzeniowa, na którą cierpiał chłopiec, nie tliła się tylko w oparzonych miejscach, ale ogarnęła cały jego organizm - podkreśla dr Dariusz Wyrzykowski. Zniszczone, objęte martwicą tkanki wydzielają dużo tzw. cytokin, które przedostają się do układu krążenia i zatruwają cały organizm. Powoduje to objawy ogólne. Pacjent ma tachykardię (czyli przyspieszony rytm serca), gorączkuje, cały jest w obrzękach. Dopóki tkanki martwicze nie zostaną usunięte, te ogólne objawy się utrzymują. - Trzeba je ściąć, a potem pokryć przeszczepami. To tzw. duże zabiegi, trwające po 6-8 godzin. Karol zaliczył ich kilka.

Skóra do przeszczepów

- Skórę do przeszczepów pobieraliśmy mu z kończyn dolnych i z głowy - wyjaśnia dr Wyrzykowski. - Takie fragmenty się „siatkuje”, czyli kroi tak, by - z mniejszej powierzchni uzyskać jak największą. Od pierwszego takiego zabiegu u Karola do ostatniego minęło kilka tygodni. Dzięki temu z jednego miejsca na jego nodze można było dwukrotnie pobrać skórę do przeszczepu.

Po oparzeniach pozostały blizny. Są w kolorze ostrego różu. Nieustannie się powiększają.

- Cała powierzchnia przeszczepiona to teraz jedna wielka blizna, która ulega przerostowi - tłumaczy dr Dariusz Wyrzykowski. - Zwłaszcza u dzieci blizny mają tendencję do przerostu, bo dzieci mają nadmierną skłonność do naprawy. Proces ten przebiega u nich bardziej żywiołowa niż u dorosłych. Problem w tym, że jak ta odbudowa ruszy, to trudno ją potem wyhamować. To powoduje, że blizny u dzieci przerastają. Jak Karol „wygoi się” do końca - małe, resztkowe pola jeszcze pozostały - będziemy musieli zacząć leczyć blizny.

Uciskowe ubrania

Nie ulega wątpliwości, że Karol pozostanie pod opieką chirurgów dziecięcych aż do pełnoletności. Leczenie skutków oparzeń trwa bowiem latami. Karol ma teraz przykurcze w okolicy pach, łokci. Zaczyna rehabilitację.

Karol ma teraz tylko jedno marzenie. - Chcę wrócić do domu - mówi chłopiec

- Leczenie blizn nie polega tylko na uwalnianiu przykurczy - za pomocą zabiegów podcinania, plastyk i kolejnych przeszczepów - tłumaczą lekarze.

Z pewnością Karol będzie wymagać w przyszłości zabiegów rekonstrukcyjnych. Musi też być leczony za pomocą tzw. presoterapii, czyli ubraniami uciskowymi, tzw. terapią kontaktową, czyli opatrunkami silikonowymi oraz laserami - wylicza dr Wyrzykowski. Problem w tym, że to drogie terapie, których NFZ nie refunduje.

- Opatrunki silikonowe trzeba zmieniać, ubrania uciskowe - trzeba mieć przynajmniej dwa, by uprane dobrze wyschło - twierdzą chirurdzy z gdańskiej kliniki. - Nie wolno robić przerwy w terapii, Karol musi być non stop w takim ubraniu.

Rodziny nie stać

Jedno ubranie uciskowe kosztuje 1,5-2 tys. zł. Dwa komplety - ok. 4 tys. Równie drogie są opatrunki silikonowe - jeden o wymiarach 13 na 13 cm kosztuje 220 zł. Miesięcznie trzeba na nie wydać 1000 zł.

Na taki wydatek rodziców Karolka nie stać. Mama Ania choruje przewlekle, więc pracuje tylko dorywczo, tata jest stolarzem. Z trudem wiążą koniec z końcem.

Mieszkają w starej kamienicy obok dworca we Wrzeszczu - opowiada dziadek Aleksander. - Kiedyś było to wielkie mieszkanie, które potem podzielono na kilka. Nie ma tam ani wanny, ani prysznica. Robimy, co w ludzkiej mocy, by im pomóc.

Właśnie ze względu na trudne warunki lekarze uznali, że za wcześnie jeszcze, by chłopiec wrócił do domu. Wysłali go na rehabilitację do Dzierżążna.

- Wszyscy jesteśmy przekonani, że Karolek bardzo potrzebuje finansowej pomocy - potwierdza pani Lidzia, pielęgniarka opatrunkowa z chirurgii dziecięcej, która opiekowała się chłopcem na co dzień. To na ich wniosek szef kliniki prof. Piotr Czauderna udostępnił specjalne konto dla Karola.

Kiedy pytam go, jakie ma marzenia, powtarza tylko jedno: - Chcę wrócić do domu.

Czytelników, którzy zdecydują się pomóc chłopcu, prosimy o wpłatę na następujące konto: Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom Chirurgicznie Chorym Bank PKO BP I/O Gdańsk.

Numer konta:
92 1020 1811 0000 0702 0139 5664

Dziękujemy!

Zobaczcie także nasz nowy program "Peryskop":

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Za leczenie tego dziecka jak i na tysiące innych winien zapłacić NFZ !! NFZ płaci za leczenie
pijaków i narkomanów, np leczy taką pijaczynę jak mój kuzyn, skrajny degenerat!!
Na leczenie ludzi z chorobami zawodowymi, którzy kilkadziesiąt lat pracowali w kopalni lub
w azbeście, pieniędzy nie ma!! PIJAKI I NARKOMANI WINNI LECZYĆ SIĘ ZA WŁASNE PIENIĄDZE!!
Dodaj ogłoszenie