Polityczna atrakcja kurortu

    Polityczna atrakcja kurortu

    Ryszarda Wojciechowska

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Sopockiej aferze przybywa wątków i nowych twarzy. PiS dwoi się i troi, jak nie pod ratuszem, to na... plaży, urządzając ciekawe dla turystów briefingi. I tylko jedno w tym wszystkim jest na razie pewne... niby to sopocki film, a zupełnie jak czeski - mówią żartobliwie mieszkańcy.
    Sopocianom jednak nie do śmiechu. Zwłaszcza tym którzy coś w polityce albo biznesie znaczą.

    - Miałem sen. Śniło mi się, że mnie Julke nagrywa. Zerwałem się z tego koszmaru. Zlany potem. A po chwili ulgi pomyślałem sobie, jak niewiele trzeba, żeby dobre imię, na które człowiek pracuje od lat, pękło nagle niczym bańka mydlana - mówi jeden z sopockich samorządowców. Prosi jednak o niepodawanie nazwiska. Ze wstydu. - Bo jakby to wyglądało: - Uspokajam ludzi, żeby nie podchodzili do tej sprawy tak emocjonalnie, a tu sam wariuję we śnie.

    Jeden z szefów sopockiej firmy, nim zaczniemy rozmowę w jego gabinecie, chowa do szuflady telefon komórkowy i odłącza laptopa z sieci. Na pytanie - co się dzieje - odpowiada pół żartem, pół serio, że strzeżonego Pan Bóg strzeże.
    - Nigdy nie wiadomo, kto i kogo nagrywa. A teraz mają taki sprzęt... - zawiesza głos. Widząc moje ogromne zdumienie, dodaje, że nie on jeden teraz tak się zachowuje. - Ta mania nagrywania działa na wyobraźnię - wyjaśnia.

    Lokalni działacze PiS bagatelizują tę lekką histerię, mówiąc, że u nich paranoi antypodsłuchowej nie ma. Chociaż sądzą, że rozmowy mogą być nagrywane.
    - Ale my mamy czyste intencje. Jeśli ryzykujemy, to tylko tym że ktoś nagra jakieś brzydkie słowo - mówi jeden z nich.

    Po trzech tygodniach od wybuchu afery z prezydentem Jackiem Karnowskim i biznesmenem Sławomirem Julke pojawił się nowy wątek i kolejny "bohater" - Fivos Fengaras - grecki konsul honorowy w Polsce. To jego zemsta na Jacku Karnowskim miałaby być podłożem sopockiej afery.

    Ale ta historia, zamiast cokolwiek rozjaśnić, jeszcze bardziej zaciemniła obraz tej sprawy.
    Jerzy Hall, radny z Samorządności sopockiej, próbuje studzić emocje. On ekscytacji tą aferą w mieście już nie widzi. Owszem, w pierwszych dniach, gdy przetaczał się walec medialny, dużo się o tym mówiło. Ale teraz pozostało tylko snucie hipotez - o co w tym wszystkim chodzi?

    Hall mówi, że nigdy nie miał wątpliwości co do uczciwości Karnowskiego. Owszem, bardzo go denerwowała arogancja prezydenta. Ale to prosty inżynier, choć z doktoratem z ekonomii - żartuje. - Mam więc cały czas nadzieję, że sprawa znajdzie szczęśliwy finał dla niego i miasta - tłumaczy.

    Sam na swój użytek próbuje snuć w tej historii nawet najbardziej fantastyczne scenariusze. Łącznie z tym, że Julke dogadał się z Kurskim w stylu: - Przyniosę wam głowę Karnowskiego albo nawet Tuska. Na pytanie - po co Julke miałby to robić, Hall odpowiada jednak: - Nie wiem. Nie wyklucza też działania Julkego w samoobronie. Może, broniąc się przed własnymi kłopotami, musiał kogoś innego "wystawić"?

    Ale po chwili przyznaje, że chyba nie jest mocny w snuciu tych fantastycznych teorii. - Kiedy patrzę na tych wściekłych młodych PiS-owców, to nawet mnie się bębenek emocji podkręca. Znam sopockie realia i widzę, kto w PiS przy tej sprawie najbardziej gardłuje. Nie ci z piękną kartą. Ale ci, którzy próbują coś przy tym ugrać - tłumaczy.

    Jego zdaniem, na tym nawozie sopockiej afery wyrasta szybko Michał Rachoń - rzecznik sopockiego PiS. To teraz pierwsza twarz z tamtej strony.

    - Ten młody człowiek kiedyś blisko współpracował z Sopockim Klubem Tenisowym, czyli dawną nomenklaturą. To było specyficzne środowisko, z którym się nie należało kolegować. I wtedy on nie miał oporów. Potem był rzecznikiem prasowym w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych za Janusza Kaczmarka. A następnie, jak trzeba było, stanął przeciwko Kaczmarkowi. To człowiek, któremu z każdym po drodze. I właśnie on i Jakub Świderski, były członek PO, wyrzucony z partii, grają teraz pierwsze skrzypce - mówi Jerzy Hall.

    Michał Rachoń, słysząc, że robi polityczną karierę na sopockiej aferze, odparowuje: - Ależ ja jestem tylko małą myszką. Skromnym człowiekiem PR-u. A że jego teraz głównie w mediach widać?
    - Nie, to chyba przez fryzurę. Jacek Kurski już kilkakrotnie zwracał mi uwagę, żebym ją zmienił. A inni koledzy mówią, żebym jednak włosów nie ścinał. Mam nadzieję, że z powodu fryzury poseł Kurski nie będzie wnioskował o wyrzucenie mnie z partii - śmieje się Rachoń.

    Gdy przypominam, że kiedyś Karnowski też miał kłopoty... z fryzurą [media sugerowały, by przyciął włosy - dop. aut.], młody rzecznik PiS odpowiada, że pamięta tę historię. Wtedy nazwali Karnowskiego za Tyrmandem "Kudłatym". Teraz, jak przyznaje, za ich sprawą, furorę robi inny prezydencki przydomek - "Don Karnolio". - Prawda, że ładnie? - pyta zachwycony.

    Rachoń na pytanie - czy rozumie, o co w tej sopockiej aferze tak naprawdę chodzi, odpowiada, że nie wierzy w przyjaźń między tymi dwoma panami. Uważa, że to były interesy od początku do końca. I próba opierania tego o przyjaźń jest PR-owskim zagraniem.

    - Mój przyjaciel, który nie jest związany z polityką, na początku tej afery wysłał mi tekst, że jeżeli ktoś nagrywa prezydenta miasta i premiera, to nie ma noża na szyi, tylko... piłę łańcuchową. Myślę, że Julke grał o interes swojego życia i wiedział, że jak nie zagra do końca, to przegra - dodaje.

    Krzysztof Pusz z Partii Demokratycznej, obserwator trójmiejskiego życia politycznego powiada, że on w tej sprawie jest bezradny. Nic z tego nie rozumie. Może to wewnętrzna rozgrywka między liberałami a konserwatystami w PO? Przecież Karnowski był hardy i pyskaty w stosunku do liberałów.
    Jego zdaniem, po tej aferze pozostanie tylko niesmak. Jakiekolwiek będzie miała zakończenie. - Sam nie wiem, jakbym się zachował na miejscu prezydenta - mówi. - Wrócić do pracy - źle. Bo bezczelny, powiedzą. Nie wrócić - też źle. Bo stwierdzą, że się boi.

    Marszałek Jan Kozłowski na razie sedna sprawy nie zna ani się nie domyśla. Ale wie jedno - że z tego na pewno nic dobrego nie wyjdzie. Prezydent, nawet jeśli się oczyści, to i tak smuga cienia po tej aferze na nim zostanie. To jedna z tych spraw, które nie mają całkowicie szczęśliwego zakończenia - dodaje.

    - Od sedna sprawy jest prokuratura - komentuje poseł PO Arkadiusz Rybicki.
    Jego zdaniem, ożywili się przeciwnicy Karnowskiego. Zgłaszanie do prokuratury czegokolwiek nic nie kosztuje. Ale jakby były żelazne dowody, to Karnowski już by miał postawione zarzuty i być może nawet siedziałby w areszcie. Dla niego smutna konstatacja z tej całej sprawy jest taka, że prezydent miasta, podobnie jak premier i ministrowie nawet w życiu prywatnym nie powinien sobie pozwalać na luz i brak czujności.

    Najmniej w tej sprawie mówią sami urzędnicy z sopockiego magistratu. I tylko niektórzy zastanawiają się po cichu - czy jeśli prezydent Karnowski wyjdzie obronną ręką z tej historii, to stanie się bardziej hardy, jakby chciał powiedzieć - patrzcie, jestem wielki, bo wygrałem. Czy może pójdzie drogą pokory?

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    niech żyje sopocki PiS

    sopocianin (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 13 / 8

    Niech żyje sopocki PiS, bez którego Sopot pożeglowałby w stronę... Białorusi!

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo