Polacy i Ukraińcy. Droga do pojednania będzie długa. ROZMOWA z prof. Igorem Hałagidą

rozm. Marek AdamkowiczZaktualizowano 
To paradoks, że łatwiej było Polakom pojednać się z Niemcami, którzy wymordowali nieporównywalnie więcej ludzi, niż z Ukraińcami - mówi prof. Igor Hałagida w rozmowie z Markiem Adamkowiczem

W polskim dyskursie o rzezi wołyńskiej często słychać głos, że pojednanie polsko-ukraińskie będzie możliwe dopiero wtedy, gdy Ukraińcy przyznają się do ludobójstwa, a tego, jak się wydaje, w najbliższej przyszłości nie można się spodziewać.
Ukraina jest na etapie rozliczania się z własną przeszłością. Dotyczy to również wydarzeń z 1943 r., choć rzeczywiście jest problem z ich właściwym nazwaniem. Używana na Ukrainie zbitka "wydarzenia wołyńskie" to oczywisty eufemizm. Zważywszy na skalę i intensywność mordów na Wołyniu nasuwają się skojarzenia z ludobójstwem i można je nawet tak określić. W takim przypadku rodzi się jednak pytanie (pamiętając rzecz jasna o skali ofiar po jednej i po drugiej stronie), jak nazwać polskie ataki na wsie, w których mordowano ukraińskie kobiety i dzieci? Termin "akcje odwetowe" (czy pojawiające się niekiedy kuriozalne "akcje wyprzedzające") - najczęściej używany w Polsce - to także swoisty eufemizm.


Trzeba jednak nazwać rzecz po imieniu...

To zależy co i kiedy. Moim zdaniem w przypadku rzezi wołyńskiej uprawnione jest mówienie o czystce etnicznej mającej znamiona ludobójstwa. Taka formuła istnieje też w uchwale podjętej już dziesięć lat temu - nie bez sporych trudności - przez polskich i ukraińskich parlamentarzystów. Słowo "czystka", według mnie mocniejsze niż "zbrodnia", pojawia się zresztą w dokumentach ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego. Natomiast w przypadku polskich akcji używałbym słowa "zbrodnia", bo ginęli wówczas często niewinni cywile, którzy z mordami na Polakach nie mieli nic wspólnego, mieszkający nierzadko setki kilometrów od Wołynia. W najbardziej ogólnym zaś aspekcie, obejmując cały okres 1939-1947, najbardziej trafne moim zdaniem jest sformułowanie "konflikt polsko-ukraiński", który był swoistym przedłużeniem wojny lat 1918-1919 o Lwów i Galicję Wschodnią z jej skutkami w okresie międzywojennym. Na marginesie zaś: osobiście odnoszę wrażenie, że w trwającej gorączkowej dyskusji o pojedyncze słowa gubi się tak naprawdę coś znacznie ważniejszego: pamięć o ofiarach, w tym także o ofiarach drugiej strony.

Z moich obserwacji wynika, że temat rzezi wołyńskiej jest w Polsce odbierany w sposób hasłowy: Na Wołyniu Ukraińcy dopuścili się bestialstwa. Na tym wiedza się kończy. Co więcej, sprawa rzezi pozostaje w cieniu takich wydarzeń z lat II wojny światowej, jak Katyń, powstanie w getcie czy powstanie warszawskie. Też ma Pan takie wrażenie?
Wykrzywiony obraz funkcjonuje w społecznej świadomości po obu stronach granicy. W Polsce, co zrozumiałe, najczęściej mówi się o Wołyniu i nie są zgodne z prawdą pojawiające się co jakiś czas stwierdzenia, że temat ten jest przemilczany. Liczbę samych książek, które powstały w przeciągu ponad dwudziestu ostatnich lat, można określić na kilkadziesiąt, drobniejszych zaś, poważniejszych tekstów na co najmniej kilkaset. Część z nich powstała rzeczywiście "na rocznice", ale temat ten jest ciągle obecny w badaniach polskich historyków. Żyjemy jednak w czasach, gdy coraz mniej osób czyta książki, a wiedzę zdobywa z internetu lub telewizji. I faktycznie jest to często wiedza hasłowa, nierzadko oddziałująca na emocje, pokazująca uproszczony i zarazem mocno zniekształcony obraz. Pomija ona przy tym kontekst, w tym ten dotyczący drugiej wojny światowej, rzeczywistość okupacyjną, sowieckie represje oraz całą złożoność relacji polsko-ukraińskich w XX w. Dlatego, gdy mówi się o rzezi wołyńskiej, z rzadka można już znaleźć informację o polityce narodowościowej II RP (a właściwie jej braku), ograniczaniu szkolnictwa ukraińskiego czy burzeniu cerkwi prawosławnych w 1938 r. (właśnie na Wołyniu). Mówię o tym nie po to by relatywizować popełnione zbrodnie zainicjowane przez banderowską frakcję OUN, bo nic nie usprawiedliwia zabijania, ale ukazać stopień skomplikowania całej sytuacji między Polakami a Ukraińcami. Jeszcze gorzej jest na Ukrainie, gdzie z kolei nadal niekiedy funkcjonują dawne sowieckie klisze o Polsce i Polakach. Mam zresztą wrażenie, że nad Wisłą w ogóle jest większe zainteresowanie historią, w tym tą najnowszą i najbardziej tragiczną. Nie ma chyba liczącego się tygodnika opinii, który nie miałby swojego dodatku historycznego. Nad Dnieprem zaś jest zupełnie inaczej. W tamtejszej sytuacji politycznej społeczeństwo żyje trochę innymi problemami...

A jak w takim razie wygląda sprawa ukraińskich ofiar? Zdaje się, że o nich mówi się mniej niż o zamordowanych Polakach.
Na Ukrainie jest to tak naprawdę temat nieznany. Niemal nie ma poważnych badań tamtejszych autorów, mówiących ilu Ukraińców zginęło z rąk polskich na Wołyniu czy w Galicji Wschodniej. Najczęściej operuje się ogólnikami w rodzaju "i Polacy zabijali Ukraińców". Nieco lepiej udokumentowane są straty ukraińskie w dzisiejszych granicach Polski, choć tu z kolei najczęściej takie miejscowości jak Pawłokoma, Sahryń czy Wierzchowiny (by wymienić tylko najważniejsze, gdzie zamordowano kilkaset osób) często wymienia się w kontekście właśnie Wołynia i domagania się prawdy o tamtejszej rzezi. Zmarły trzy lata temu amerykański historyk Tony Judt stwierdził swego czasu, że "kiedy jedna społeczność domaga się «mówienia prawdy», ma na myśli nie tylko wyolbrzymianie własnego cierpienia, ale sugeruje też pomniejszanie cierpienia innych". Wydaje mi się, że słowa te pasują do obecnej dyskusji i dotyczą obu stron.

Niepokój budzą docierające z Ukrainy sygnały mówiące, że sprawcy zbrodni na Polakach czczeni są jak bohaterowie.
Pamiętajmy o tym, że nie można porównywać sytuacji Polski i Ukrainy. Wśród Ukraińców toczy się obecnie "wojna" o pamięć i tożsamość, w której wpisują się również oceny działalności OUN i UPA. O ile w zachodniej części kraju niektóre środowiska odwołują się do działalności tych organizacji, to na wschodzie silnie się akcentuje "wielką wojnę ojczyźnianą" i sowiecki model patriotyzmu. Na szczeblu państwowym sukcesem prezydentury Juszczenki było zaszczepienie w społecznej świadomości pamięci o wielkim głodzie z 1933 r., który w ciągu pół roku pochłonął kilka milionów ofiar. Błędem - odwoływanie się do Stepana Bandery i jemu podobnych. Ta walka o dusze Ukraińców jeszcze się nie skończyła, czego dowodzi działalność aktualnego ministra oświaty z ekipy prezydenta Janukowicza. Usunął on z podręczników właśnie informacje o wielkim głodzie. To tak, jakby uczniów w Polsce nagle przestano uczyć o zbrodniach niemieckich na Polakach w czasie II wojny światowej.

Wspomniał Pan o Niemcach. Nie tak dawno wydawało się, że pojednanie polsko-niemieckie jest niemożliwe. Dzisiaj stosunki z naszym zachodnim sąsiadem uchodzą wręcz za modelowe. Wierzy Pan, że doczekamy się podobnych relacji z Ukraińcami?
To doprawdy paradoks, że łatwiej było Polakom pojednać się z Niemcami, którzy wymordowali nieporównywalnie więcej ludzi i doprowadzili do gigantycznych zniszczeń, niż z Ukraińcami. Przecież przez wieki mieliśmy wspólną historię i to dobrą historię. Jeszcze dziesięć lat temu wydawało się, że szybkie pojednanie jest możliwe. Wspomniana przeze mnie uchwała parlamentów obu państw w rocznicę rzezi wołyńskiej, uroczystość w Porycku w lipcu 2003 r., gdzie prezydenci Kwaśniewski i Kuczma oddali hołd Polakom pomordowanym przez UPA, podobna uroczystość w Pawłokomie trzy lata później, gdzie inni prezydenci, Kaczyński i Juszczenko, oddali cześć pomordowanym przez polską partyzantkę. Wydawało się, że mimo trudów pokonywanie tragicznej przeszłości jakoś postępuje. Dziś jestem nieco bardziej sceptyczny. Przysłuchując się trwającej dyskusji, czytając wypowiedzi w prasie czy na internetowych blogach, odnoszę wrażenie, że część osób jakby nie dostrzegała tych pozytywów, które już zostały uczynione. Dlatego myślę, że dojście do polsko-ukraińskiego konsensusu historycznego będzie procesem dłuższym niż się dotychczas wydawało. Mimo wszystko jednak doceniać należy gesty, które poprawiają nasze relacje. A tych nie brakuje także w kontekście zbliżających się obchodów. I nie chodzi mi tu o wspólne seminaria i konferencje, które odbywają się i będą się odbywać w najbliższym czasie. Znacznie ważniejszym wydarzeniem będzie wizyta zwierzchnika Kościoła greckokatolickiego w Polsce abp. Swjatosława Szewczuka, który przyjeżdża do Polski w związku z obchodami 1025-lecia chrztu Rusi i 27 czerwca odprawi w Warszawie nabożeństwo żałobne w intencji ofiar, w którym uczestniczyć także będą hierarchowie Kościoła rzymskokatolickiego oraz najwyższe władze Polski. W lipcu bieżącego roku takie nabożeństwa będą się odbywały także w cerkwiach na Ukrainie. Na początku lipca odbyć się mają także uroczystości w Łucku. Zjawiła się również społeczna inicjatywa z Polski wspólnego wyjazdu grupy osób do Porycka, a następnie Sahrynia, by pomodlić się w intencji pomordowanych. Są więc w Polsce i na Ukrainie osoby i środowiska, dla których słowa o pojednaniu i trudnej pamięci nie są pustym frazesem.

Prof. Igor Hałagida

- historyk narodowości ukraińskiej, wykładowca historii na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Specjalizuje się w tematyce poświęconej najnowszej historii Polski, ze szczególnym uwzględnieniem spraw związanych z relacjami polsko-ukraińskimi w XX w. i mniejszością ukraińską w Polsce. W 2008 r. wyróżniony nagrodą Memoria iustorum za zasługi dla dialogu polsko-ukraińskiego.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie