reklama

Podczas prac na dachu zginął ojciec trojga dzieci. Firma wystawiająca fakturę twierdzi, że nie ma z nim nic wspólnego. To co on tam robił?

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Zaktualizowano 
Sławomir zginął tak, jakby go wcześniej nie było. Nie było go formalnie na dachu, z którego spadł. Nie było go w firmie, która zawarła umowę na naprawę dachu. Nawet krótka informacja o wypadku i jego śmierci nie przemknęła przez media. Tylko trójka małych dzieci po nim została.

Jeszcze nie minęły dwa miesiące, więc Katarzyna jest nadal jakby trochę odrętwiała. Wie, że musi być silna, nie dla siebie, dla nich. Dla sześcioletniej Zuzi, trzyletniej Julki i półtorarocznego Kuby. Wstaje więc codziennie przed świtem, zawozi dziewczynki do przedszkola, Kubusia przekazuje babci. Potem wyrusza z Myszewka, wsi na Wielkich Żuławach Malborskich, do pracy, do Gdańska. Kiedy był Sławek, pracowała na zmiany, po 12 godzin na zmianie. Za to mogła uzbierać dwa dni wolnego. Teraz firma poszła jej na rękę - osiem godzin dziennie i do domu. Odbiera dziewczynki, potem Kubę, obiad, czas na ogarnięcie domu. Rozmowę.

- Dajemy sobie radę bez Sławka - mówi twardo Katarzyna. - Musimy.

Ktoś sugerował, by dzieciom mówiła, że ojciec pojechał, tak jak w ubiegłym roku, daleko do pracy. I że wróci.

- Nie mogłam tego im zrobić - mówi Katarzyna. - Muszą wiedzieć, że tata leży blisko, na cmentarzu w odległej od domu zaledwie o 5 kilometrów wsi Marynowy.

Najgorzej przeżywa to Julka. Zupełnie zamknęła się w sobie.

Układanie życia

Znali się od 2007 roku, z pracy w tej samej firmie. On był przed czterdziestką, po przejściach, ona o wiele młodsza. On pracował w dziale produkcji, miał dobre stanowisko. Zamieszkali razem, ślubu nie brali.

Wszystko pierwszy raz runęło w 2011 r. Sławek wsiadł za kierownicę samochodu, spowodował wypadek, w którym zginęła młoda kobieta. Okazało się, że był pod wpływem środków odurzających. Trafił do więzienia.

- Przeszedł terapię, dzięki niej wyszedł z nałogu - opowiada Katarzyna. - Zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił, bardzo to przeżywał. Starał się, by przeszłość do niego nie wracała. Mimo życiowych błędów był w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem.

Sławek korzystał z przepustek i jeszcze w trakcie wykonywania przez niego wyroku, Katarzyna zaszła w ciążę. W 2013 r. urodziła się Zuzia.A niedługo potem Kasia zachorowała na ostrą białaczkę. - Była na skraju życia i śmierci - wspomina pani Lidia, która od lat wspiera Katarzynę. - Modliliśmy się o nią. Walka o jej życie trwała półtora roku.

Sławek po wyjściu na wolność nie wrócił już do dawnej pracy. Wraz z Katarzyną zdecydowali się wyprowadzić z Pruszcza, gdzie wraz z dawnym środowiskiem czyhało wiele pokus, na wieś, z której pochodziła Katarzyna. Zamieszkali w domu jej babci.

W 2016 roku na świat przyszła Julka. Mówili, że to cud, bo lekarze ostrzegali, że po chorobie Kasia nie będzie już mieć dzieci. A w ubiegłym roku urodził się Kubuś.
- Sławek był pracowitym człowiekiem - opowiada młoda kobieta. - Założył działalność gospodarczą, najpierw pracował z moim ojcem dekarzem, potem kolega zaproponował mu wyjazd do Niemiec. System pracy: cztery tygodnie tam, tydzień w Polsce. Ciężko nam było, w domu małe dzieci, taty ciągle brakowało. Potem pojawiły się równocześnie propozycje pracy w Poznaniu, w jego zawodzie albo w Szwajcarii, jako hydraulik. Wybrał Szwajcarię. Był z pracy bardzo zadowolony, przez jakiś czas przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia zastanawialiśmy się nawet, czy się tam nie przenieść. Jednak zleceń było coraz mniej, zaczęły się problemy z wypłatami i Sławek wrócił do domu.

Jeszcze przed wyjazdem do Niemiec zawiesił działalność gospodarczą. Po powrocie dogadał się z kolegą Pawłem, że spróbują coś robić razem w Polsce. Był jeszcze ktoś trzeci, właściciel firmy. Szukali pracy na portalach internetowych. Jeździli na budowy. Pracę przy naprawie dachu na terenie zakładu DMP sp. z o.o. w Pruszczu Gdańskim też znaleźli w internecie.

Chcę rozmawiać z Pawłem. Przez Katarzynę przekazuje, że nie życzy sobie kontaktu.

Kasia ma żal

W tamten poniedziałek, 9 września rankiem nieco się pokłócili. Ona prosiła, by szybciej wyjechał z pracy, bo u dziewczynek w przedszkolu jest wywiadówka i powinien na niej być. On odpowiadał, że nie zdąży.

- Mam do niego żal - Kasia ociera oczy. - Gdyby wcześniej zszedł z tego dachu, gdyby przyjechał na wywiadówkę, pewnie by żył.

Była godzina 15.30. Sławomir nie miał żadnych zabezpieczeń, kładł papę, cofając się krok po kroku tyłem ku krawędzi dachu. Był na brzegu, ponoć ktoś krzyknął „uważaj”, ale zagłuszył go szum palnika.

Runął w dół. Zginął. Po chwili na miejscu tragedii pojawiła się karetka pogotowia, przyjechała policja.
Zawiadomiono Katarzynę. Po kilku dniach pozwolono jej pochować Sławka.

- Zadziwiło mnie, że nigdzie nie zauważyłam komunikatu o tragicznym wypadku w Pruszczu Gdańskim - mówi pani Lidia. - To wyglądało tak, jakby jak najszybciej wszyscy chcieli zapomnieć o tej tragedii. I o tym, że doszło do wypadku podczas wykonywania pracy.

Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku tłumaczy, że tej sprawie prowadzone jest postępowanie o nieumyślne spowodowanie śmierci, czyli z art. 155 kk.
- Nie wyjaśniono jeszcze okoliczności zdarzenia - twierdzi prokurator Wawryniuk. - Przesłuchiwani są świadkowie, wyjaśniane są inne kwestie. Wiadomo, że mężczyzna, który zginął, był na dachu bez zabezpieczeń, cofał się, nie zauważył krawędzi i spadł. Na razie postępowanie w tej sprawie jest w toku. Na tym etapie materiałów nic nie wskazuje, by były to kwestie wypadku przy pracy.

Dlaczego nie można mówić o wypadku przy pracy, skoro Sławomir na dachu pracował? Może to przez brak umowy?

- To nie była kwestia zatrudnienia „na czarno”. Ta osoba nie była zatrudniona przez inwestora jako pracownik. Inwestor zawarł umowę cywilnoprawną na wykonanie określonych prac - wyjaśnia prokurator.

Od prezesa DMP słyszę, że człowiek, który zginął, nie był jego pracownikiem.
- Nie miałem z tą osobą żadnego stosunku prawnego. Ani ustnej, ani pisemnej umowy - twierdzi prezes. - Miałem umowę z firmą, która wykonywała pracę. Praca została wykonana, odebrana, rozliczyliśmy się. Otrzymałem także gwarancję na jakość wykonanych prac. Otrzymałem fakturę. W międzyczasie stało się to nieszczęście. Nigdy nie zatrudniałem ludzi na czarno - podkreśla prezes firmy z Pruszcza Gdańskiego. I dodaje: -Proszę sobie wyobrazić sytuację - ma pani dom, cieknie dach, zamawia pani firmę dekarską. Stoi pani nad nimi? Daje pani zlecenie, umawia się na zakres prac i termin wykonania, potem zostaje wystawiona faktura.

Firma? Jaka firma?

Kiedy minął pierwszy szok po śmierci Sławomira, pani Lidia zabrała Katarzynę do Państwowej Inspekcji Pracy. Tam kobiety usłyszały, że PIP jest w tej sprawie bezradna. jedyną szansą dla rodziny poszkodowanego jest sądowe udowodnienie, że do zatrudnienia doszło.

Jak to możliwe? Nadinspektor Ryszard Andrzejczak z Okręgowej Inspekcji Pracy w Gdańsku przyznaje, że sprawa jest nieco zagmatwana, a obowiązujące przepisy w pewnym stopniu wiążą ręce inspektorom.
- Poszkodowany zgłosił się do pracy w imieniu innego podmiotu. Podmiotem tym była jednoosobowa firma, która wystawiła fakturę. Jednak osoba, prowadząca tę firmę, oświadczyła, że nie miała nic wspólnego z zatrudnieniem poszkodowanego. Badanie, dlaczego wystawiła wobec tego fakturę, to już sprawa dla Izby Skarbowej, a nie inspekcji pracy.

Kiedy pytam, dlaczego PIP nie skontrolowała tej firmy, słyszę, że na podst. art. 13 Ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy... nie podlega ona kontroli. PIP może kontrolować jedynie tych, którzy zatrudniają osoby fizyczne, a jednoosobowa firma tego nie robi.

No chyba że jednak zatrudnia człowieka, który potem spada z dachu. Tylko że przepisy tego nie przewidziały.

Mec. Grzegorz Ilnicki, specjalista z zakresu prawa pracy, uważa, że sprawa Sławomira wcale nie jest skomplikowana.
- To tylko niewydolność państwa i jego instytucji, które tak interpretują fakty, by nie brać na siebie wysiłku prowadzenia postępowania - mówi. - W kraju europejskim, w XXI wieku człowiek znalazł się na dachu bez zabezpieczenia, bez szkolenia, bez badań lekarskich… Rozumiem, że przesłuchany właściciel jednoosobowej firmy usiłuje przekonać, że nie miał z tymi ludźmi nic wspólnego, bo by go to pogrążyło. Nie rozumiem jednak, dlaczego instytucje państwowe w to wierzą. Pokazuje to, w jakiej atrofii jest stosowanie prawa pracy i jak iluzoryczne są działania PIP. Dziwne, że jeśli ktoś mówi, że nie jest pracodawcą, to nie weryfikuje się jego słów. Przecież pan Sławomir nie pracował hobbystycznie lub w czynie społecznym na tej budowie, ale w ramach umowy z konkretnym przedsiębiorcą, który naruszył wszelkie normy bhp w tej sprawie. To jest klasyczny wypadek przy pracy i to taki, do którego mogło nie dojść, gdyby nie chciwość i rażące ignorowanie zasad bezpieczeństwa - dodaje Ilnicki.

Pewnie się zamyślił

Dla Katarzyny najważniejsze jest zabezpieczenie przyszłości dzieci. Ciężka choroba sprawiła, że wie już, iż nic nie jest dane jej na stałe. I że musi zadbać, by po śmierci Sławka otrzymały wsparcie.
W ZUS usłyszała, że Sławek płacił składki od 1994 do 2011 r. Ta ostatnia, długa przerwa automatycznie pozbawia dzieci szans na rentę po ojcu. Zostaje więc walka o to, by tragiczny zgon Sławomira został uznany za wypadek przy pracy.

- Brakuje go nam - mówi na pożegnanie, przytulając Kubusia. - I tu chodzi nawet nie o duże słowa i uczucia, ale o zwykłe, codzienne sprawy. Wszystko ogarniał, pomagał w domu, sprzątał nawet więcej, niż ja. I im więcej czasu mija od jego odejścia, tym bardziej to czuję. Muszę przyznać, że nawet nie szukam winnych. Czuję, że na tym dachu on się po prostu zamyślił.

POLECAMY w SERWISIE DZIENNIKBALTYCKI.PL:

Pracodawcy nie będą tworzyć nowych miejsc pracy

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 7

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
11 listopada, 14:28, Gość:

Myślę właśnie o dzieciach. Pomyślał ktoś o nich? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby bezczelnie odcinać ich od ojca. "Jego wybory" to jedno, a drugie, kto na nie miał największy wpływ... Najbardziej irytujące jest to jak właśnie "ta pani" kreuje się na wybawczynię i stawia się w takim świetle aby wszyscy myśleli, że ona jest tu jedyną cierpiącą i pokrzywdzoną. Bądźmy trochę ostrożniejsi w "bronieniu" kogoś i może warto czasem spojrzeć na inne strony tej całej historii.

15 listopada, 17:20, Gość:

Trzeba było porozmawiać z nim jak żył o "odcięciu" się od dzieci a nie teraz wylewać złość i bezpodstawnie oskarżać. Smutek i żal dotknął wszystkich i trzeba się z tym pogodzić a nie teraz mieć pretensje do jego rodziny. Był dorosły i sam kierował swoim życiem, napewno nie pod "wpływem" innych osób. Jak mozna kogoś obwiniać?!.

A ta Pani jak każda matka chce dla ICH dzieci jak najlepiej. Bądźmy trochę ostrożniejsi w "obwinianiu" kogoś i warto spojrzeć ze zrozumieniem na tą tragedię jaka wszystkich bliskich dotknęła.

"Nie pod wpływem innych"... Czyżby ktoś bliski? W takim bądź razie nieobiektywny...

G
Gość
11 listopada, 14:28, Gość:

Myślę właśnie o dzieciach. Pomyślał ktoś o nich? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby bezczelnie odcinać ich od ojca. "Jego wybory" to jedno, a drugie, kto na nie miał największy wpływ... Najbardziej irytujące jest to jak właśnie "ta pani" kreuje się na wybawczynię i stawia się w takim świetle aby wszyscy myśleli, że ona jest tu jedyną cierpiącą i pokrzywdzoną. Bądźmy trochę ostrożniejsi w "bronieniu" kogoś i może warto czasem spojrzeć na inne strony tej całej historii.

Trzeba było porozmawiać z nim jak żył o "odcięciu" się od dzieci a nie teraz wylewać złość i bezpodstawnie oskarżać. Smutek i żal dotknął wszystkich i trzeba się z tym pogodzić a nie teraz mieć pretensje do jego rodziny. Był dorosły i sam kierował swoim życiem, napewno nie pod "wpływem" innych osób. Jak mozna kogoś obwiniać?!.

A ta Pani jak każda matka chce dla ICH dzieci jak najlepiej. Bądźmy trochę ostrożniejsi w "obwinianiu" kogoś i warto spojrzeć ze zrozumieniem na tą tragedię jaka wszystkich bliskich dotknęła.

G
Gość

Myślę właśnie o dzieciach. Pomyślał ktoś o nich? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby bezczelnie odcinać ich od ojca. "Jego wybory" to jedno, a drugie, kto na nie miał największy wpływ... Najbardziej irytujące jest to jak właśnie "ta pani" kreuje się na wybawczynię i stawia się w takim świetle aby wszyscy myśleli, że ona jest tu jedyną cierpiącą i pokrzywdzoną. Bądźmy trochę ostrożniejsi w "bronieniu" kogoś i może warto czasem spojrzeć na inne strony tej całej historii.

G
Gość
6 listopada, 18:05, Gość:

Szkoda, że ta Pani nie mówi o dwójce dzici z pprzedniego małżeństwa, które też cierpią z powodu straty ojca.... Najpierw on go zabrała, a teraz śmierć...

Ta " Pani" nie ma nic wspólnego z jego wyborami. Jak można kogoś obwiniać. Pomyśl człowieku.

G
Gość

Szkoda, że ta Pani nie mówi o dwójce dzici z pprzedniego małżeństwa, które też cierpią z powodu straty ojca.... Najpierw on go zabrała, a teraz śmierć...

G
Gość

bardzo współczuję - uważam, że jednak dzieci powinny mieć pomoc ze strony Państwa, nawet jak ich tata nie odprowadzał składek. Życzę by pomimo tak wielkiej tragedii udało się poskładać życie na nowo. CO do samej tragedii - to jednak nie jest to końca tak - firma zlecająca pracę na budowie musi mieć swojego BHPowca, który kontroluje plac budowy - gdzie on był i dlaczego pozwolił wejść bez zabezpieczenia, jednoosobowa firma przyjmująca zlecenie zawarła umowę z podwykonawca na wykonanie pac - i ten podwykonawca razem z Panem, który niestety zginął wykonał tą pracę. W tym przypadku odpowiedzialność ponosi podwykonawca za siebie i swojego pracownika oraz BHPowiec, który powinien kontrolować prace na budowie.

G
Gość

Zaorajmy to państwo i posadźmy kwiatki i tak nic z tego nie będzie

Dodaj ogłoszenie