Po prostu Cię lubię! Ona jest psychologiem, a on lekarzem. Ona to Kasia, a on Arek. Poznajcie Aszyki

Dominika Synowiec
Pokochali się i postanowili razem przejść przez życie. Są małżeństwem od trzech lat i prowadzą wspólny kanał na YouTubie. Uwielbiają rozmawiać o relacjach, uczą się ich na własnym przykładzie i stale się rozwijają. W 2018 r. byli razem na miesięcznej misji w Indiach. Tam pracowali w szkole dla niewidomych dzieci, prowadzonej przez siostry zakonne. 7 lutego w Kolonii Artystów odbędzie się premiera ich filmu Jeden Oddech.

Już prawie rok działacie na YouTubie. Seria, która rozpoczyna Waszą działalność, to vlogi z misji. Kasiu, wiem, że to w Tobie pierwszej zrodził się pomysł wyjazdu.

Kasia: Ja w ogóle jestem u nas kreatorem pomysłów. Idę za sercem. Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie byliśmy na niesamowicie inspirującej wystawie o św. Matce Teresie z Kalkuty. Pokazywała ofiarność, dawanie siebie. Wtedy powiedziałam: ,,Arek, pojedźmy na misje”. Wymarzyłam sobie Indie. Nie myślałam o tym wcześniej, ale czasami coś spotykasz i mówisz: ,,tak, to jest to”.

Arek, jak reagujesz na pomysły Kasi?

Arek: Ja jestem nastawiony pozytywnie do wszystkiego. Ewentualnie później żałuję. Trochę się boję wyjazdów, bo muszę to wszystko ogarnąć.

Idziecie za poruszeniami serca. Jednak Wasza misja przesunęła się o rok ze względu na trudne dla Was doświadczenie. Jak pragnienie wyjazdu rozwijało się przez ten czas?

Arek: Przestaliśmy o tym myśleć. Ale po roku pomysł wrócił z tą samą świeżością. Pragnienie było zamrożone, rozmroziliśmy je i z taką samą otwartością powiedzieliśmy: ,,spróbujmy zrobić to teraz”.

Kasia: Niesamowite jest to, że rok wcześniej było więcej trudności. A w następnym wszystko szło jak z płatka. Piszemy maila do sióstr – proszę przyjeżdżać. Szukamy biletów – proszę. Szukaliśmy zbiórki, ksiądz mówi – proszę. Dostaliśmy wszystko, żeby tam jechać. Myślę teraz, że potrzebowaliśmy tego roku, bo wcześniej nie byliśmy jeszcze gotowi na wyjazd. Przez ten rok wpadliśmy też na pomysł nagrywania vlogów.

Nagraliście instrukcję, jak krok po kroku pojechać na misje. Jednak u Was wszystko zadziało się na odwrót. Nie jechaliście też na misje z ramienia żadnej organizacji. Dało się odczuć ten brak formacji?

Arek: Szczerze powiem, że tak. Ale my się staraliśmy przygotować. Wyjazd z organizacją to pewien luksus. My mieliśmy już na to za mało czasu.

Kasia: Odbyliśmy też kilka spotkań z księdzem misjonarzem. Powiedział coś bardzo istotnego: że my przyjeżdżając do jakiegoś państwa, do jakiejś kultury, jesteśmy tam intruzami. Musimy o tym pamiętać. Staraliśmy się przystosować, obserwować ich, uczyć się tego i służyć w taki sposób, w jaki oni tego potrzebują. Jechaliśmy z poczuciem, że to my ich czegoś nauczymy, pokażemy naszą cywilizację. A ich najbardziej interesuje to, że z nimi jesteśmy. Mamy wrażenie, że nasz świat jest jedyny słuszny, a to nieprawda. Oni mają swoją kulturę, swój świat.

Czyli nie jedziemy zbawiać świata, ale być z tymi ludźmi. Jednak na pewno robiliście sobie różne wyobrażenia o tym, co zastaniecie na miejscu. Jak wyglądało Wasze zderzenie z misyjną rzeczywistością?

Kasia: Byliśmy zszokowani na jak dobrym poziomie jest szkoła. Drogi są tam tragiczne, za każdym razem mieliśmy chorobę lokomocyjną. A na miejscu zobaczyliśmy dwa budynki europejskich standardów. Mieliśmy swój pokój, łazienkę. Dzieci były zadbane. Wszystko poukładane od linijki.

Arek: Ta szkoła była na tak dobrym poziomie, że rodzice starali się o stwierdzenie choroby oczu, żeby ich dziecko mogło tam pójść. A najbardziej zwróciłbym uwagę na kulturowy szok. Tam ciągle czuć było taką inność, którą ciężko opisać. Na przykład nie byłoby możliwości, żeby pójść gdzieś i usiąść jak my teraz. Oni inaczej spędzają życie.

Kasia: Dzieci w ogóle nie były zainteresowane komputerem, tylko sobą. Były bardzo pomocne. To jest coś, czego w Polsce nie widziałam. Oni zawsze wszystko robią razem.

Jechaliście tam nie wiedząc, co będziecie robić.

Arek: Dwa dni po przyjeździe dostaliśmy plan: ,,Arek, uczysz matematyki. Kasia, Ty plastyki i muzyki w przedszkolu”. Brałem też różne zastępstwa. Ale ostatecznie skończyło się głównie na badaniu dzieci.

Kasia: Postanowiliśmy sobie, że to będzie nasza największa misja. Żebyśmy coś zostawili po sobie. Arek badał dzieci od stóp do głów, a ja byłam pielęgniarką.

Arek: Wiedzieliśmy, że przez miesiąc też za wiele w życiu tych dzieci nie zmienimy. Ale możemy im pomóc robieniem raportu o stanie ich zdrowia. Wtedy lekarz, który trafi na to dziecko za trzy lata, będzie mógł spojrzeć i ocenić, co się zmieniło przez ten czas.

Jeżeli już wykryliście chorobę u dziecka, co było potem?

Arek: Przede wszystkim uświadamianie sióstr. Bo my wyjedziemy, a one z tym zostaną. Siadaliśmy z nimi i rozmawialiśmy o każdym dziecku. Ja na przykład tłumaczyłem kwestie narządów płciowych chłopców.

Kasia: To bardzo ważne, bo tam były same siostry, a bardzo mało mężczyzn.

Arek: Nauczyłem też siostry, jak wpisywać wzrost i wagę na siatki centylowe. Starałem się wprowadzić takie merytoryczne narzędzia.

Co z dostępnością leków?

Arek: Jeśli chodzi o leki, to idziesz do sklepu, podajesz nazwę i dostajesz leki.

Kasia: Bez recepty! Tam wszystko jest na odwrót niż u nas. Na przykład siostra Polka mówiła, że oni często uważają nas za brudnych. Tam nie mają sedesów, tylko taką dziurę, do której się załatwiają. I oni się podmywają za każdym razem, a my tylko używamy papieru.

Arek: U nas po prostu nie ma takiego ogólnego brudu. Nie mamy więc aż tak zaostrzonej higieny osobistej. Z kolei oni muszą przykładać do tego większą uwagę, bo warunki wokół do tego zmuszają.

A jaki był Wasz stosunek do niewidomych dzieci?

Arek: Okazało się, że większość była niedowidząca, a tylko kilkoro całkowicie niewidomych.

Kasia: Ale one sobie bardzo dobrze radziły. Byliśmy zszokowani, jak szaleją na placu zabaw. Myśleliśmy, że trzeba się nimi całkowicie zajmować. A to były totalnie normalne dzieci.

Arek: Było tylko kilka newralgicznych kwestii. Czy na przykład zrobić grę w chowanego albo chcieliśmy zaśpiewać piosenkę Armstronga ,,What a wonderful world”… Przecież niektóre dzieci nie wiedziałyby nawet, o czym mówimy. ,,I see trees of green, red roses…” – to dla nich abstrakcyjne pojęcia. I rezygnowaliśmy z tego.

Kasia: Ale… my zrobiliśmy grę w chowanego! Arek nieświadomie to rzucił. A dzieci mówią: ,,tak, zróbmy to, znamy tę grę!”. One doskonale wiedziały, co robić. Te, które nie były niewidome, radziły sobie świetnie. A niewidome przyklejały się do mnie albo do kogoś, kto widział i biegały razem z nim!

Arek: Wtedy zrozumieliśmy, że trzeba też myśleć o tych widzących dzieciach i spełniać ich potrzeby. Przygotowywać do normalnego życia, bo kiedyś przecież opuszczą tę szkołę.

Kasia: Zorganizowaliśmy też dyskotekę. Nigdy nie widzieliśmy tak super zabawy! Nie myślały o tym, jak wyglądają, tylko niesamowicie się bawiły. Nam tego często brakuje.

Na pewno radość była obopólna. Dużo im dawaliście, ale też mogliście czerpać od nich. Ale jak na każdej misji, przyszedł kryzys.

Arek: Nie jeden. Głównie to było związane z leczeniem. Kiedy ja coś diagnozowałem, siostry i tak jechały do miasta do szpitala albo próbowały sobie radzić swoimi sposobami.

Kasia: Teraz się nie dziwię. Przyjeżdżamy na miesiąc i chcemy zrewolucjonizować ich życie. A one mają ogromną świadomość, że jesteśmy tam na krótko.

Arek: Po pewnym czasie w innej kulturze, bez naszego jedzenia, przyszedł ten kryzys. I wtedy przyjechała na kilka dni polska siostra. To był dar z Nieba.

Kasia: Czuliśmy się osamotnieni. Brakowało tam takiego zwykłego ludzkiego kontaktu z siostrami. Było mi bardzo trudno przyznać, że jest mi tam źle. Przecież jestem na misji, to ja przyjechałam rozwiązywać ich problemy. A trzeba podejść do tego z pokorą. Ile mogę, tyle dam.

Po prostu Cię lubię! Ona jest psychologiem, a on lekarzem. Ona to Kasia, a on Arek. Poznajcie Aszyki
materiały prywatne

Mówicie, że lubicie podróże. Byliście już w wielu miejscach na świecie. Czy istniało ryzyko, że misja zamieni się w wycieczkę i przeważą cele turystyczne?

Arek: To wszystko zależy od intencji. Kiedy się podróżuje dla podróżowania, ma się zupełną wolność, czas i pieniądze, żeby zwiedzać i jechać tam, gdzie się chce. My byliśmy nastawieni, że jedziemy do szkoły, pomagamy.

Kasia: Ja myślę jeszcze, że marzyłam, żeby gdzieś być i doświadczyć tego, jak tam jest. To jest niesamowite, że możesz nie tylko patrzeć, ale mieć taki sam rytm dnia, życia, jak oni. To wspaniałe doświadczenie. Misyjne, ale też podróżnicze. Dostosować się do środowiska. Nie oszukujmy się, wiele takich celów osobistych spełnia się na misji. Dane nam było zasmakować życia z tamtymi ludźmi. I ja się bardzo cieszyłam, że właśnie to był cel naszej ,,podróży”, a nie samo zwiedzanie, oglądanie. Mogliśmy po prostu tam żyć.

Z perspektywy czasu, który już minął od misji, jaka była najważniejsza lekcja, która pracowała w Was po powrocie?

Arek: Dla mnie to, że ludzie na całym świecie są do siebie bardzo podobni. Byliśmy w różnych miejscach z różnymi ludźmi i z każdym można było znaleźć wspólny język, pośmiać się z tych samych rzeczy. Mimo, że kultura jest inna, każdy ma podobne pragnienia. Te podstawowe potrzeby: swojej godności, bycia kochanym i kochania.

Kasia: Każdy człowiek na Ziemi ma potrzebę tożsamości. Wydawałoby się, że to od nas będą wszystko brali. Nieprawda. Oni tam mają swój świat. Tak samo dla nich dobry, ważny i wyjątkowy jak nasz tu.

Co byście powiedzieli osobom, które twierdzą, że bez sensu jest wyjeżdżać, skoro w Polsce mamy tylu potrzebujących?

Arek: To tak samo jakby ktoś zadał pytanie: ,,Dlaczego dałeś mu złotówkę, a nie dziesięć złotych?”. Albo: ,,Dlaczego jemu, a nie tamtemu, który może ma mniej?”. Każdy z nas ma swoje doświadczenie. Powinniśmy po prostu pomóc, a nie się nad tym zastanawiać. ,,Poczekaj, nie dam Ci tych pięciu złotych, bo za rogiem może być ktoś, kto potrzebuje więcej”. Nie mogę być w różnym czasie jednocześnie. Jestem tu i teraz. Nam się trafiła taka okazja, sami ją sobie stworzyliśmy, więc wyjechaliśmy.

Kasia: Nasz ksiądz proboszcz bardzo był za tym, żebyśmy pojechali. On to postrzegał jako świadectwo dla parafii, że ktoś młody chce zrobić coś takiego. Nie, żeby teraz było ,,wow, zmieniasz świat”, ale pokazać, że przekraczasz samego siebie. Jeśli czujesz się powołany akurat do tego i okoliczności sprzyjają, zrób to. Jeśli czujesz się powołany do prowadzenia scholki, zrób to. Uwielbiam cytat, który mam na Facebook’u: ,,Bóg może mnie uświęcić bez względu na to, czy obieram ziemniaki czy władam imperium”. Bez różnicy, co robimy. To było poruszenie serca. Czysta intencja, która została zweryfikowana.

Misje były inspiracją do nagrywania vlogów. Powiedzieliście, że gdyby nie ten dodatkowy rok, na pewno nie zaczęlibyście nagrywać.

Arek: Tak, po prostu o tym nie myśleliśmy. A jeszcze przed misjami byliśmy na majówkę na Wyspach Kanaryjskich na triathlonie. Kolega mnie namówił. I stamtąd powstały już pierwsze vlogi. Potem udostępnialiśmy je znajomym.

Kasia: Ty montowałeś to codziennie na komórce. Bardzo śmieszne są te vlogi, mam nadzieję, że kiedyś ujrzą światło dzienne.

Ja też.

Arek: Ja bym chciał puścić taki odcinek na rocznicę naszej działalności na YouTubie!

Kasia: Bo to, co tam mówimy, jest fajne.

Arek: Cały rok 2018 był takim przygotowaniem do nagrywania. Na misjach wiedzieliśmy dokładnie, że chcemy nagrywać. Ale wciąż odwlekaliśmy ten moment.

Kasia: Misja była lipiec/sierpień, a pierwszego vloga puściliśmy pod koniec stycznia.

Arek: Ja po misjach miałem jeszcze wakacje, więc uczyłem się montować. Pamiętam, że pierwsze odcinki montowałem nawet dwa tygodnie.

Kasia: Ja już byłam tak sfrustrowana tym, że nagrywamy, a nic nie wypuszczamy. Czyli nie ma owoców, nie ma szans na owoce. W styczniu pojechaliśmy do Hiszpanii, gdzie uczyliśmy się do egzaminów. Ale wtedy stwierdziliśmy – wypuszczamy. Mieliśmy wiele wątpliwości, ale po prostu to zrobiliśmy. Nigdy nie będzie odpowiedniej okazji. Najlepsza jest właśnie dziś.

Czytaj także

Oglądając Was, nie mam wątpliwości, że jesteście naturalni. Czy jednak spotkaliście się z hejtem?

Kasia: To była moja największa obawa. Hejtu, bycia ocenionym. Wiedzieliśmy, że nasi znajomi będą to dobrze odbierać, ale oni nas lubią. A jak inni? Nawet nie spałam w nocy, chociaż nic się nie działo. Arek przy pierwszym filmiku napisał: ,,Subskrybuj nas, ciulu” i ktoś skomentował, że to bardzo obraźliwe słowo. A my byliśmy zszokowani, bo nie mieliśmy takiej intencji.

Arek: Jedyny hejt, z którym się do tej pory spotkaliśmy, był po filmiku o pedofilii w kościele. Tam pojawiały się różne komentarze. Ale wiedzieliśmy, że nie dotyczą one też konkretnie nas, ludzie trafili na niego na fali filmu Sekielskich.

Kasia: Ale po tym filmie przestałam się stresować jakimiś głupimi komentarzami.

Uważacie, że w dzisiejszym świecie Kościołowi są potrzebne media społecznościowe jako narzędzia ewangelizacji?

Arek: Benedykt XVI powiedział, że Internet to ósmy kontynent. Czyli prosta sprawa – tam my żyjemy w jakiś sposób, tam są ludzie, więc pytanie, czy chcemy do nich iść czy ich zostawiamy? Czy Kościół ominął jakiś kontynent na Ziemi? Na tej zasadzie Internet to narzędzie neutralne. Zależy, jak je wykorzystasz. Wiadomo, że jest tam dużo zła, ale też dużo dobra. Dla nas to oczywiste, że trzeba korzystać ze wszystkich dostępnych narzędzi, także z nowych mediów, aby ewangelizować.

Czy zaczynając nagrywać chcieliście ewangelizować przez filmiki?
Arek: Wiedzieliśmy, że trzeba będzie to robić. Dlatego, że nie można podróżować w nieskończoność. Nie mamy vloga stricte podróżniczego. Naszą misją jest też dzielenie się ciekawym, bogatym życiem w kontekście małżeństwa, w kontekście wiary. Tak, wiedzieliśmy, że kolejnym krokiem będą filmy, w których będziemy o czymś opowiadać. One mają też odpowiadać na konkretne tematy, które są aktualne.

Skąd zamiłowanie do relacji?

Arek: Ono się wzięło z naszej relacji. Z powodu trudnych charakterów włożyliśmy w nią dużo pracy własnej.

Kasia: Oboje jesteśmy mocno myślący. Ale na swoje sposoby i z tego wynika czasem ogień. Musieliśmy nauczyć się ze sobą rozmawiać i akceptować to, że skoro ja mówię inaczej, nie znaczy, że mamy inne punkty widzenia.

Arek: Jesteśmy dopiero trzy lata po ślubie, więc to jest ciągły proces. Pewnie za kolejne trzy lata spojrzymy na siebie i powiemy: ,,Ale byliśmy niedojrzali”. Człowiek aż do śmierci się rozwija, w relacji też.

A jaki jest Wasz youtubowy cel?

Arek: Myślę, że spełnienie. Czyli robimy coś, bo mamy jakieś pragnienie i chcemy to zaspokoić. Nie robilibyśmy nigdy niczego, gdybyśmy nie mieli motywacji. Szukamy jeszcze tego, co do końca chcemy spełnić. Ale wydaje mi się, że lubimy uczestniczyć w rozwoju ludzi.

Kasia: O tak, uwielbiamy to obserwować!

Arek: Nawet w naszej relacji, gdy patrzę, jak Kasia się rozwija.

Kasia: Bardzo mi ciążyło to, że wszędzie się patrzy na statystyki i dla mnie to jest nienaturalne. Ciągle się mówi: więcej, więcej. Nie znoszę rywalizować w chorobliwy sposób, a czułam presję, że musimy to robić i jak najwięcej ludzi ma nas oglądać. Byliśmy na kongresie nowej ewangelizacji i arcybiskup Ryś powiedział, że w ewangelizacji powinniśmy się skupić nie na jak najszerszym i powierzchownym obejmowaniu ludzi, tylko jak najgłębszym. Żeby zająć się tymi ludźmi, którzy są obok. Wtedy kamień mi spadł z pleców i mówię: odpisujemy na wiadomości, słuchamy potrzeb naszych widzów i na tym się skupiamy. Od tamtej pory naprawdę wkładamy w naszą pracę serce. Za tymi liczbami kryje się człowiek. Naszym celem jest zadbanie o te osoby, które chcą nas słuchać i coś z tego wyciągnąć. Dlatego idziemy też mocno w relacje, bo widzimy, że ktoś tego potrzebuje.

Arek: Dzieli nas ekran, ale nasz ekran jest czarny. Widzowie nas znają, ale my o nich nic nie wiemy. Taka jest specyfika naszego działania. Musimy się przyzwyczaić do tego ciemnego ekranu, ale kiedy jest okazja zobaczyć, kto się za nim kryje, to jest największa radość. Wtedy wiemy, do kogo mówimy.

Już niedługo na świecie pojawi się ktoś trzeci. Czy zaplanowaliście, jak Wasza działalność będzie wtedy wyglądała?

Aszyki: Trzeba do tego podejść z taką normalnością. Jeśli dziecko będzie od nas wymagało dużej opieki, dostanie ją. Jesteśmy w stanie odpuścić. Ale bardzo chcemy być w tym we trójkę. Oczywiście, ono będzie miało najwięcej potrzeb, ale nie chcemy zapominać o sobie i naszej działalności. Bo czujemy, że jesteśmy do tego powołani.

Żyjemy w świecie, w którym często wolimy wyrzucić zamiast naprawić. To niestety przekłada się na relacje. Gdyby stanęła przed Wami osoba, która właśnie musi dokonać wyboru – zakończyć związek czy walczyć, jaką jedną rzecz byście jej doradzili?

Kasia: To zależy… To zależy. To jest podstawowe stwierdzenie, które powtarza psychologia. Czasami trzeba postawić granice i podjąć separację. I być może to uratuje związek. Po prostu bardzo, bardzo zależy od sytuacji. Od tego, w czym tkwi kryzys. My na przykład bardzo się kłóciliśmy i to było bardzo wybuchowe. Trzeba było zobaczyć, dlaczego tyle krzyczymy. A są pary, które po prostu się na siebie obrażają i nie rozmawiają. Tutaj trzeba się uczyć zupełnie czegoś innego – wyrażania swoich uczuć. Jesteśmy zwolennikami przyjrzenia się czemuś, a nie gotowych przepisów. Chociaż uważam, że Pan Bóg jest przepisem.

Arek: On jako najlepszy lekarz wie, do kogo skierować. Ma ludzi od tego. Dzięki temu, że się Mu powierzaliśmy, On dawał nam odpowiednie osoby. Psychoterapeutów, przyjaciół, nam samym dawał zasoby, aby walczyć.

Czyli przyglądamy się, rozmawiamy, walczymy.

Arek: Miłość to decyzja. Jeśli kocham tę osobę, to o nią walczę. Nie ma tak, że trafiłem na złą osobę i koniec. Zwłaszcza w małżeństwie, gdzie jednak było nas stać na decyzję trwania do końca życia.

Kasia: Warto powiedzieć, że miłość ma swoje etapy. Pewnie zrobimy o tym odcinek. Jasne, że najpierw jest zakochanie. Wtedy mówi się o dużej namiętności i to jest piękne. Ale później wchodzimy w fazę intymności, na której, jak dla mnie, powinno opierać się małżeństwo.

Nawet najwybitniejsi psychologowie mówią, że ta faza jest konieczna dla związku. I dla kogoś wejście w nią może być trudne, bo wyobraża sobie miłość jako tylko tą namiętność. A często przecież przychodzi wzruszenie, kiedy widzimy staruszków chodzących za rękę. Pytamy ich: ,,Co się dzieje, wy się kochacie dalej?”. A oni odpowiadają: ,,Tak, nie możemy bez siebie żyć!”. Okazuje się, że miłość przeradza się w przyjaźń. A to też odłam miłości. My to już troszeczkę odkrywamy u siebie. Że po prostu przyjaźń. Po prostu cię lubię, uwielbiam z tobą przebywać. I to jest przepiękne.

W takim razie życzę Wam dalszego owocnego trwania w tej decyzji.

PREMIERA FILMU
7 lutego 2020, 19.00
Kolonia Artystów w Gdańsku

Wideo

Materiał oryginalny:

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

M
Michael

MUSISZ PRZECZYTAĆ:

Cześć, jestem Michael Traversa Po 3 latach związku z Heleną zerwała ze mną, zrobiłem wszystko, co możliwe, by ją sprowadzić, ale wszystko poszło na marne. Tak bardzo jej pragnąłem z powodu miłości, którą do niej mam, błagałem i składałem jej obietnice, ale odmówiła. Wyjaśniłem mój problem mojemu przyjacielowi, a on zasugerował, że powinienem raczej skontaktować się z rzucającym zaklęcia, który mógłby mi pomóc rzucić zaklęcie, aby ją przywrócić, ale jestem typem, który nigdy wcześniej nie wierzył w zaklęcia, nie miałem wyboru, jak dać mu próbę, skontaktowałem się z rzucającym zaklęcia na jego WhatsApp, i powiedział mi, że nie ma problemu, że wszystko będzie w porządku w ciągu 24 godzin, że mój były wróci do mnie w ciągu 24 godzin po rzuceniu zaklęcia, rzucił zaklęcie i, co zaskakujące w ciągu 24 godzin było około 16.00 07.02.2020. Helena (moja była) zadzwoniła do mnie, byłem tak zaskoczony, że odebrałem telefon i powiedziała tylko, że jest jej tak przykro z powodu wszystkiego, a ona zgodziła się znowu ze mną mieszkać. Byłam bardzo szczęśliwa i poszłam do niej, dlatego znów zaczęliśmy szczęśliwie żyć razem. Od tamtej pory obiecałem, że każdemu, kogo znam, który ma problem z relacją, pomogę takiej osobie, kierując ją do jedynego prawdziwego i potężnego rzucającego zaklęcia, który pomógł mi z moim problemem. Skontaktuj się z Dr Ogundele z WhatsApp lub Viber Chat: 27638836445. E-mail: ogundeletempleofsolution@gmail.com.

R
Renia

po-tym-zabojstwie-przestalem-wierzyc-w-boga-czy-to-ksieza-zabili-roberta-wojtowicza

Dodaj ogłoszenie