Po premierze w teatrze Wybrzeże. Kasia w płomieniach

Grażyna Antoniewicz
Sen miesza się tu z jawą...
Sen miesza się tu z jawą... Grzegorz Pachla
"Kasia z Heilbronnu" Henricha von Kleista to spektakl niedoskonały, momentami irytujący, a jednak chodzi za mną jak natrętna melodia.

Widzowie, którzy przyjdą do teatru Wybrzeże zobaczyć historyczną baśń o miłości, wyjdą rozczarowani. Nie ma baśniowych dekoracji, bogatych kostiumów, słodkiej muzyki, szybkiej akcji.

Nieznośne były pauzy, jakie aktorzy (nie wszyscy) czynili między kwestiami. Zastanawiałam się, czy to reżyser kazał im tak grać, czy zapomnieli tekstu, a może zawiniła trema? Mam nadzieję, że grając kolejne przedstawienia, przestaną nasłuchiwać ciszy, ona im nic nie powie.

Poginęły gdzieś rytmy, zagubiło się tempo. Przedstawienie snuło się po scenie jak senna wizja, a wizji było wiele. Nieco znudzona oglądałam piękne obrazy, nagle w pewnym momencie coś się stało, jakby aktorzy dostali klapsa... Zaiskrzyło, zaczęli grać. Na oczach widzów tworzył się Teatr.

"Kasia z Heilbronnu" to piękna historia o uczuciach. Heinrich Kleist w liście do narzeczonej pisał: "Dzięki miłości winniśmy stać się szlachetniejsi i lepsi...
Ale czy rzeczywiście? I czy potrafimy rozpoznać prawdziwe uczucie, kiedy się pojawi?".

Aktorzy zagrali dobrze, choć może podstępna i władcza Kunegunda (w tej roli Małgorzata Brajner) została narysowana zbyt delikatną kreską? Utalentowany Michał Kowalski to aktor z charyzmą, osobowość, ale jako pełen wątpliwości Hrabia Fryderyk nie do końca mnie przekonał - mimo iż miał momenty świetne. Krzysztof Gordon znakomity był w podwójnej roli Sędziego i Cesarza.

Gwiazdą przedstawienia okazała się Katarzyna Kaźmierczak jako ruda Kasia z Heilbronnu. Poradziła sobie z rolą olśniewająco. Zagrała z wirtuozerią, zaskakującą jak na tak młodą aktorkę. Mieniła się odcieniami. Raz była ślepo uległa, zakochana, raz szalona, radosna, dziewczęco żywiołowa. Zmysłowo wirowała w objęciach Fryderyka - prawie unosząc się nad sceną.

- Dziewczyna, która byłaby skończoną doskonałością, nie nadawałaby się dla mnie. Muszę ją sam sobie uformować, wykształcić, w przeciwnym razie mogłoby się z nią stać to, co z ustnikiem mojego klarnetu. Można je kupować dziesiątkami na targu, lecz gdy się ich używa, nie sposób z nich wydobyć ani jednego czystego dźwięku - mówi Hrabia Fryderyk, przygotowując się jednocześnie do ślubu z władczą Kunegundą. I gdzie tu męska konsekwencja?

"Kasia z Heilbronnu albo próba ognia. Wielki historyczny dramat rycerski" tak brzmi pełen tytuł sztuki. I rzeczywiście, mamy próbę ognia. W płomienie wskakuje Kasia, wychodząc z nich zwycięsko, ale też Kunegunda zwycięża. Tylko Fryderyk ma niewyraźną minę.

Mimo wszystkich niedoskonałości spektakl przedziwnie mnie zachwycił. Zachwyciła wyobraźnia reżysera Krzysztofa Rekowskiego, jego umiejętność myślenia obrazem, budowania nastroju, nowoczesna forma.

Chętnie zobaczę "Kasię z Heilbronnu" jeszcze raz, także dla scenografii Macieja Chojnackiego, który ukośnie, nad pustą sceną umieścił ogromne "lustro weneckie". Przeglądają się w nim bohaterowie sztuki, czasem ukazują się za nim postacie, niekiedy pełni funkcję ekranu. Choć sen miesza się tu z jawą, widzowie gubią się w akcji, na pewno warto wybrać się do teatru Wybrzeże, aby zobaczyć "Kasię z Heilbronnu". Przedstawienie trwa zaledwie półtorej godziny.
Najbliższy spektakl - 8 lutego, o godz. 19.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie