Plan podróży był prosty: po pierwsze idziemy na żywioł [ROZMOWA]

Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 
Magda i Tomasz na szczycie Chacaltaya w boliwijskich Andach. Rok 2011
Magda i Tomasz na szczycie Chacaltaya w boliwijskich Andach. Rok 2011 Archiwum prywatne
Samochodem przez Stany Zjednoczone, motorem przez Amerykę Południową, jachtem przez Pacyfik i rowerem przez Azję. O małżeńskiej podróży dookoła świata, która trwała 1405 dni, opowiada Magda Bogusz

Miał być miesiąc miodowy, a skończyło się na czterech miodowych latach. Jak to się stało, że z mężem postanowiła Pani ruszyć w świat?

Pewnego dnia jadąc z Tomkiem do pracy, utknęliśmy w korku. I wtedy pomyślałam - a gdyby tak zmienić coś w swoim życiu? Przewrócić do góry nogami ten poukładany świat? Nie iść na żadne kompromisy. Rzucić pracę, sprzedać wszystko, co tylko się da i nie przejmować się tym, co będzie za rok albo za dwa lata. Uwolnić się od rutyny i przewidywalności, od kredytów, kariery, rachunków. I ja doskonale wiedziałam, jak to zrobić. Musiałam tylko przekonać Tomasza.

Łatwo było?

Oboje z Tomkiem byliśmy zmęczeni rutyną dnia codziennego. Mieliśmy po dwadzieścia parę lat. Studiowaliśmy na dwóch kierunkach i jednocześnie pracowaliśmy. Ja byłam HR-owcem, Tomek architektem. Mieszkanie na kredyt, samochód w leasingu i życie takie bardzo na serio. I wtedy powiedziałam: - Tomek, wyjedźmy. On chwilę pomyślał, bo to ja jestem ta spontaniczna, taka trochę narwana i choleryczna z natury, a on spokojny i opanowany. A potem zadał tylko jedno pytanie: - a z czego będziemy w tej podróży żyli? Odpowiedziałam mu, że damy sobie radę. Że jest tyle miejsc na świecie, gdzie można pracować. I wtedy usłyszałam: OK.

Przewracacie wasz poukładany światek do góry nogami i ruszacie w świat.

Przed wyjazdem zdążyliśmy jeszcze wziąć ślub. Goście zamiast prezentów przynosili nam koperty, wiedzieli o naszej podróży. Zrobiliśmy też przyspieszony kurs prawa jazdy na motorze, Tomek dodatkowo kurs sternika i 14 lipca wsiedliśmy do samolotu, lecącego do Stanów Zjednoczonych.

Amerykę zamierzaliście przejechać autostopem.

Plan całej naszej podróży był niezwykle prosty. Po pierwsze idziemy na żywioł. Po drugie - byle było tanio. Stąd autostop, ale to nie był dobry pomysł. Czasami czekaliśmy na samochód kilka godzin. To było długie, bezlitosne sterczenie w mocnym słońcu. Smród spalin mieszał się ze smrodem rozgrzanego asfaltu i jeszcze ten ciężki plecak, wrzynający się w ramiona. Nie widzieliśmy nic oprócz autostrad. Dlatego w Chicago postanowiliśmy kupić samochód, oczywiście najtańszy, jaki znajdziemy. No i trafiła nam się babcia honda, jak ją nazywaliśmy. Auto w sędziwym wieku. Całe zardzewiałe, z łysymi oponami, ale jeździło. W tym samochodzie spaliśmy, gotowaliśmy i co najważniejsze przemieszczaliśmy się, gdzie tylko chcieliśmy. Jechaliśmy bez planu. Byliśmy wolni i oczarowani amerykańską naturą. Telewizja zakodowała we mnie obraz wielkich miast, hałaśliwych, niebezpiecznych, z drapaczami chmur. A tu oglądaliśmy piękne parki z Yellowstone na czele, słoną pustynię przy Salt Lake City, rażące bielą 412 kilometrów soli, sięgające miejscami dwóch metrów w głąb. Ale zaskoczyło mnie też Las Vegas. Nie luksusem i kiczem, którego tam pełno, ale upałem i temperaturą powyżej 40 stopni. Z drugiej strony nie mogło być inaczej, w końcu miasto grzechu leży pośrodku pustyni.

Można siedzieć w klimatyzowanym kasynie.

To prawda. Zwłaszcza że pomiędzy niektórymi zbudowano podziemne przejścia, żeby goście nie musieli wychodzić na ten skwar. Ale przyszedł czas, że pożegnaliśmy się ze Stanami. Sprzedaliśmy babcię hondę. Co ciekawe, kupiliśmy ją za 1500 dolarów, a sprzedaliśmy za 1900, wcześniej zapewniając jej własnoręcznie pewien lifting. Ze Stanów ruszyliśmy do Meksyku autobusem i szybko zrozumieliśmy, że bez znajomości języka hiszpańskiego trudno będzie nam się komunikować. W turystycznych miejscach jak Mexico City owszem dogadasz się po angielsku. Ale my wybieraliśmy szlaki słabo przecierane.

Stwierdziliśmy, że jeśli chcemy dalej jechać w dół Ameryki Południowej, to musimy zapisać się do szkoły językowej. W Gwatemali naszą lektorką była Juana, Indianka z wioski San Pedro, leżącej nad pięknym jeziorem Atitlan. Codziennie przez cztery godziny poznawaliśmy nowe słówka i kiedy po dwóch miesiącach byliśmy w stanie komunikować się po hiszpańsku, ruszyliśmy dalej do Kolumbii. Tam kupiliśmy motor z niewielkim silnikiem o pojemności 250cc. Nazwałam go żółtą strzałą. Ten zakup dowodził, jak mało wiedzieliśmy o tych pojazdach. Potem w drodze spotykaliśmy Niemców, Rosjan, Belgów i wszyscy oni prowadzili maszyny nie mniejsze, niż 1000cc. Ale my naiwnie wykalkulowaliśmy, że skoro Argentyńczyk, którego spotkaliśmy, mógł się przemieszczać na motorku o silniku 125, to wystarczy to sobie pomnożyć przez nas dwoje i będzie dobrze. Żółta strzała, na szczęście, dała z siebie wszystko. Przejechaliśmy nią Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię aż do Chile.

I co było ciekawego po drodze?

Byliśmy w dżungli amazońskiej u Indian Huaorani, na przykład. U ludzi, którzy nie mają wielkich potrzeb. Żyją na klepisku, dach nad głową zrobili z liści palmy. Tylko jeden z nich mówił po hiszpańsku i był naszym łącznikiem. Pewnego dnia wyciągnęliśmy laptopa i zaczęliśmy im pokazywać zdjęcia z podróży. Miałam wrażenie, że te miasta, budowle, które pokazujemy, zupełnie ich nie ruszają. Dopiero kiedy przeszliśmy do zdjęć zwierząt, zauważyłam ożywienie. Zwłaszcza zdjęcie małpy ich zaciekawiło. Louis, nasz łącznik, popatrzył na nią wielkimi oczami i spytał: - a gdzie ta małpa żyje? W Meksyku powiedziałam. I usłyszałam: - To ja tam pojadę i najem się. Łowiliśmy również piranię, która znalazła się w tytule mojej książki z wyprawy „Pirania na kolację”. Mieliśmy okazję podejrzeć życie Indian Kuna z archipelagu San Blas. W ich kulturze to kobiety rządzą, zawsze mają ostatnie słowo. Może właśnie stąd moje szczególne zainteresowanie tą społecznością.

Co po Ameryce Południowej?

Wróciliśmy do Kolumbii, żeby sprzedać motor i przerzucić się na jachtostop. Przepłynęliśmy przez Kanał Panamski, potem przez Pacyfik. Kilka razy zmienialiśmy łódki. Raz trafiliśmy na kapitana tyrana, który wszystko kontrolował i traktował nas wręcz niewolniczo. Z nim przepłynęliśmy aż 28 dni, bez zatrzymywania się na lądzie. Po tak długiej przeprawie, człowiek marzy o tym, żeby choć raz zjeść coś innego, niż zupę z głowy ryby. Ostatni kapitan, z którym płynęliśmy najdłużej, był bardzo sympatyczny, ale... nie trzeźwiał (śmieje się). Wolna amerykanka na jachcie. A mnie wykańczała choroba morska. I bez przerwy powtarzałam - na kolejnej wyspie już wysiadam. Mam dość. Ale dopływaliśmy potem do takich wysp jak Bora Bora, Vanuatu czy Tahiti, zachwycałam się tym bajkowym światem i nie potrafiłam odpuścić kolejnych wysp. Ludzie zamieszkujący wyspy Pacyfiku są niezwykle gościnni, otwarci i ciekawi przybyszów z odległych kontynentów. Największe wrażenie wywarło na nas Fidżi, a dokładnie jego mieszkańcy. Gdy tylko dopłynęliśmy do brzegu wyspy, spakowaliśmy plecak, kupiliśmy na lokalnym rynku sevu sevu (korzeń kavy) i pojechaliśmy autobusem w głąb wyspy. Potem kilka kilometrów szliśmy przed siebie, zupełnie nie wiedząc, gdzie trafimy. Aż w końcu doszliśmy do wioski, w której wodzem był Joseph. Zostaliśmy na noc, jedliśmy wspólnie z mieszkańcami wioski kolację, serwowaną na podłodze, bo oni nie używają krzeseł ani stołów. A potem skosztowaliśmy kavy, tamtejszego napoju, który wygląda jak błoto i chyba podobnie smakuje. I tak od wyspy do wyspy, osiem miesięcy spędziliśmy z Tomkiem na Pacyfiku. Kiedy dopłynęliśmy do Nowej Zelandii, byliśmy już całkiem spłukani. Ale mieliśmy szczęście, bo narzeczony naszej koleżanki pochodził z tego kraju. I kiedy my przypłynęliśmy, on poleciał do Polski na swój ślub. Zostawił nam dom i dwa koty do opieki. Wreszcie łóżko nie bujało i mieliśmy tyle ciepłej wody, ile dusza zapragnie. W tym czasie czekaliśmy na wizę studencką do Australii, która umożliwiała nam pracę przez 20 godzin tygodniowo. I kiedy ją dostaliśmy, polecieliśmy do Sydney ze świadomością, że natychmiast szukamy pracy. Bo Australia jest cholernie droga. Znaleźliśmy zajęcie. Ja byłam kelnerką, a Tomek barmanem. Nasze dyplomy i doświadczenie HR-owca i architekta trzeba było schować głęboko w kieszeń. Braliśmy to, co jest. Ale za to zarabia się tam rewelacyjnie. I przez osiem miesięcy odłożyliśmy na kolejny rok podróżowania, na Azję i to nawet z tanimi hotelami. W Australii lekkość życia jest niesamowita. Australijczycy są jakby na ciągłym chilloucie, wyluzowani. Jakby chcieli powiedzieć, że życie jest po to, aby z niego korzystać

W Australii statystowała Pani w filmie bollywoodzkim.

Nie wiem, jaki był tytuł tego filmu, ale to było niesamowite doświadczenie. Widzieć z bliska, że głównego aktora traktują jak Boga. Co najmniej kilka osób na niego pracowało. Jeden człowiek był od noszenia za nim parasolki, drugi od stawiania podnóżka, trzeci od ściągania kurtki, czwarty od pielęgnacji jego paznokci itd. Nieprawdopodobny świat.

W Azji jeździliście rowerami.

Skoro było auto, motor, jachtostop, to rowery były naturalną koleją rzeczy. Rowerami przejechaliśmy 5 tysięcy kilometrów m.in. przez Kambodżę, Laos, Chiny południowe aż do Hongkongu. Na motorze było ciężko, pupa bolała, ale miał silnik, który wiózł nas, gdzie chcieliśmy. Rower to nie przelewki, trzeba pedałować nawet, gdy brakuje sił. Jednak dzisiaj wiem, że to najlepszy sposób poznawania świata. Zakochałam się w Azji widzianej z rowerowego siodełka. Azjatyckie kraje różnią się od siebie. Bo jak porównać Kambodżę z Nepalem? Nie mówiąc już o Chinach. W Nepalu niestety ciągle rządzi kastowość. Czuje się ją nawet w powietrzu. W Chinach miałam wrażenie, że nie lubią tam turystów. Że krzyczą na nas bez przerwy. Ale to ta agresywna melodia ich języka sprawia takie wrażenie. Najtrudniej jednak było przyzwyczaić się do ich zwyczaju oczyszczania się, czyli do spluwania w każdym miejscu i o każdej porze. Ta flegma często lądowała pod naszymi nogami. Brrr. No i jedzą psy. Takie mają zwyczaje. Laos to kraj najspokojniejszych ludzi świata, mam wrażenie. Do tego życzliwych i niezwykle pomocnych. Ale to również bardzo biedny kraj. Pewnego dnia przejeżdżaliśmy przez wioskę, która budziła się ze snu. Rozpalano ogniska. Zobaczyliśmy kobietę, która na żółtej skrzynce miała myszoskoczki. Wyglądały jak szczury. Były na sprzedaż. U nich wszystko, co biega, nadaje się do jedzenia. W Nepalu spędziliśmy trzy miesiące. Głównie uciekaliśmy w Himalaje, na trekkingi. Nie zdobywaliśmy szczytów. Najwyżej weszliśmy na wysokość 5400 metrów n.p.m. I to nam wystarczyło. Było okrutnie zimno i jednocześnie przepięknie. Zawsze brakuje mi słów, gdy mówię o Himalajach. Kiedy ktoś mnie pyta, w które miejsce chciałabym wrócić, odpowiadam natychmiast, w Himalaje.

Ale tam doszliście do wniosku, że czas wracać.

Bo byliśmy napełnieni po brzegi wrażeniami. Cztery lata wystarczyły. Widziałam, że Tomek miał już architektoniczny głód tworzenia, już chciał wracać do pracy. Ja nie. Ale poczułam w sobie inną potrzebę, bycia matką. Podczas tej podróży poznałam siebie i już wiedziałam, co mi daje szczęście. Wiedziałam, że jestem gotowa do dzielenia się tym szczęściem. Że chcę mieć dziecko. I dziś jest już z nami Kajetan. Przez tę podróż również nasz związek się wzmocnił. Przez cztery lata byliśmy bez przerwy razem. Poznaliśmy swoje mocne i słabe strony i już wiemy, jak bardzo możemy na sobie polegać.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie