Płace rosną szybciej niż ceny

    Płace rosną szybciej niż ceny

    Alina Białkowska

    Dziennik Bałtycki

    Dziennik Bałtycki

    W lipcu Sejm ma debatować o inflacji. O dyskusję na ten temat walczą ramię w ramię PiS i SLD. Obie partie twierdzą, że inflacja jest w Polsce poważnym problemem społecznym
    Inflacja przyczynia się ich zdaniem do rozwierania tzw. nożyc dochodowych, czyli bogatsi stają się coraz bogatsi, a biedni biednieją.

    Tymczasem, jak wynika z najnowszych danych GUS, mimo inflacji wartość nabywcza średniego wynagrodzenia wzrosła w Polsce w ciągu ostatnich 12 miesięcy o 6,1 proc. Dzieje się tak, bo płace rosną zdecydowanie szybciej niż ceny (w okresie styczeń - maj 2008 roku przeciętne wynagrodzenie poszło w górę o 11,7 proc., podczas gdy inflacja nie przekracza 4,5 proc.).

    W dodatku, średnio najbardziej poszły w górę pensje w branżach dotychczas stojących najniżej w hierarchii zarobków, np. w budownictwie (prawie o 17 proc.) Dzięki temu zmniejsza się liczba osób mających poważne problemy z zaspokojeniem podstawowych potrzeb.

    - W 2006 roku poza granicą ubóstwa było 7,8 proc. gospodarstw domowych. Rok później - 6,6 proc. To był olbrzymi spadek. W tym roku takich osób będzie jeszcze mniej, bo płace szybko rosną - mówi Wiesław Łagodziński, socjolog i rzecznik GUS.

    Polacy stają się zamożniejsi także dlatego, że wciąż spada bezrobocie. Dzięki temu coraz więcej osób odzyskuje zdolność do zaciągania kredytów. Ekonomiści spodziewają się więc w tym roku dalszego wzrostu konsumpcji.

    - Dochody Polaków bardzo szybko rosną i wszystko wskazuje na to, że w tym roku konsumpcja pójdzie realnie w górę aż o 6 proc. - szacuje Andrzej Bratkowski, główny ekonomista banku Pekao SA.

    Jednak to, co widać na statystykach, niekoniecznie znajduje odbicie w naszych portfelach.
    - Średnio żyje się nam lepiej, ale indywidualnie bywa różnie - przyznaje Bratkowski. - Przecież nikt nie dostaje co miesiąc podwyżki zgodnej z wyliczeniami GUS - dodaje. Najbardziej wzrost cen uderza w rodziny, w których wydatki na drożejącą szybko żywność stanowią największą część dochodów, czyli rolników (34,8 proc. ich budżetów domowych idzie na żywność) oraz rencistów (31,4 proc.).

    Z ich punktu widzenia zanotowana od początku tego roku ok. 7-procentowa zwyżka cen żywności oznacza duże problemy. Zwłaszcza że niektóre popularne i często kupowane produkty podrożały znacznie mocniej, np. ryż aż o 150 proc. Jeśli jednak zsumować wydatki na żywność, energię i transport, które w tym roku idą w górę najszybciej, okazuje się, że podwyżki uderzają niemal równo we wszystkich, bo te wydatki konsumują średnio od 45 do 55 proc. domowych budżetów w Polsce.

    Dlatego tegoroczna inflacja raczej nie zwiększa dysproporcji między bogatymi a biednymi, choć jak przyznają eksperci, w rodzinach, w których brakuje pieniędzy na wszystko, wzrost cen jedzenia oznacza realny dramat. I to przez pryzmat takich rodzin oceniamy sytuację kraju.
    - Bieda jest głośna, a nasze społeczeństwo jest niezwykle wrażliwe na negatywne informacje - konstatuje Wiesław Łagodziński.

    Tym podejściem tłumaczy wyniki opublikowanego w piątek przez GUS badania zaufania konsumentów. Pokazują one, że po mniej więcej roku optymizmu znów zaczyna dominować brak wiary w przyszłość. Polacy gorzej oceniają nie tylko sytuację gospodarczą kraju, lecz także swoje budżety domowe i perspektywy na najbliższe 12 miesięcy. Jedynie bezrobocie nie wzbudza lęku.

    To trzeci z rzędu spadek zaufania konsumentów (badania są powtarzane co miesiąc). Może on oznaczać, że w najbliższym czasie będziemy nieco ostrożniej podejmować decyzje o zakupach. Już teraz widać, że tempo, w jakim zaciągamy nowe kredyty, jest nieco wolniejsze. Jednak to wcale nie musi być zła wiadomość.

    - W 2007 roku wartość kredytów wzrosła mniej więcej o 40 proc. To było szaleństwo, na zasadzie gaz do dechy i na ścianę - mówi Andrzej Bratkowski. - W tym roku spodziewamy się, że wzrost wyniesie około 30 proc. Całe szczęście, że spada, bo utrzymanie tempa z ubiegłego roku mogłoby być groźne - dodaje.

    Politycy wszystkich partii dostrzegli to wystudzenie nastrojów społecznych. Zdali sobie sprawę, że drożejące paliwo i żywność oraz rosnące ceny kredytów to w wielu domach temat numer jeden. Dlatego nawzajem obwiniają się o to, kto w większym stopniu przyczynił się do wzrostu cen. Szykuje się więc gorąca debata, która ani nie ostudzi polityków, ani nie obniży cen.

    Na szczęście eksperci twierdzą, że po wakacjach inflacja powinna zwolnić, a od 2010 roku spaść do ok. 3 proc.


    Czemu inflacja rośnie

    Rosnąca od kilku miesięcy inflacja wynika przede wszystkim z podwyżek cen żywności i napojów oraz energii i transportu. Akurat te wydatki bardzo trudno jest ograniczyć. Dlatego wszyscy odczuwamy skutki wzrostu cen, bo wszystkim skurczył się domowy budżet na inne zakupy. Na szczęście tego typu wydatki konsumują średnio nie więcej niż połowę naszych budżetów. Dlatego inflacja wciąż nie jest bardzo groźna.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo