Pisarz to egoista, a tłumacz - altruista. Rozmowa z Jackiem Dehnelem

Gabriela Pewińska
- Tłumacz literatury coraz częściej traktowany jest jak wyrobnik - mówi Jacek Dehnel
- Tłumacz literatury coraz częściej traktowany jest jak wyrobnik - mówi Jacek Dehnel Tomasz Hołod
Z Jackiem Dehnelem, poetą, prozaikiem, tłumaczem, gościem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury rozmawia Gabriela Pewińska.

"Uważam się nie za tłumacza z prawdziwego zdarzenia, ale raczej za poetę amatorsko trudniącego się przekładem - i to w starym znaczeniu tego słowa, "amatorsko" od "miłości", z miłości do tekstu" - powiedział Pan w jednym z wywiadów. By dobrze tłumaczyć poetę, być poetą to za mało?
Trzeba, niestety, jeszcze znać język. Biegle. Albo współpracować w tandemie z kimś kto go biegle zna. Ja zaś nie kończyłem żadnej filologii, swoją znajomość angielskiego wyniosłem z kursów, z lektur, wreszcie, co może najważniejsze, ze szkoły średniej, czyli z klasy dwujęzycznej w oliwskiej Piątce. Uczyła mnie tam znakomita profesor Sołmaz Kiazimowa, nauczycielka nie tylko mówiąca wspaniałą angielszczyzną, ale i obdarzona świetnym wyczuciem literackim. Wszyscy wówczas przechodziliśmy mały kurs translatorski, bo tłumaczyliśmy wiersze i prozę w ramach zadań domowych. I to z profesor Kiazimową, w tandemie właśnie, podejmowałem pierwsze moje poważniejsze translatorskie próby na wierszach Osipa Mandelsztama.

Co to znaczy tłumacz z prawdziwego zdarzenia?

Po pierwsze taki, dla którego to jest zawód, a nie zajęcie dorywcze, amatorskie. Po drugie doświadczony: przez całe życie zgłębia język: zarówno oryginału jak i własny, język przekładu. Ich giętkość frazy, możliwości, znaczenia słów. Pisarz czy poeta zawodowo zgłębia język własny, to już połowa zadania, i to chyba istotniejsza - stąd wśród piszących tylu tłumaczy, stąd to pokrewieństwo, ta wspólnota. Ale to jednak tylko połowa. Wreszcie, myślę sobie, tłumacz z prawdziwego zdarzenia nie pisze albo pisze bardzo niewiele, marginalnie, może o teorii przekładu. Co nie znaczy, że nie mieliśmy i nie mamy genialnych tłumaczy-prozaików i tłumaczy-poetów, ale to już jednak odrobinę co innego. Związanie się z tłumaczeniem jest aktem miłości i altruizmu: człowiek o niewątpliwych umiejętnościach literackich rezygnuje z mówienia własnym głosem i oddaje się na usługi głosu cudzego. To, być może, najbardziej heroiczna forma umiłowania literatury.

O Philipie Larkinie, którego Pan przełożył, powiedział Pan:"...jest w niektórych tekstach takim brzuchomówcą: po wierzchu swoim głosem mówi jedno, a trzewia mruczą coś przeciwnego". Skąd tłumacz wie, co mruczą trzewia? Bycie językoznawcą, poetą to może jednak za mało, by "słyszeć" takie rzeczy?
Raz wie, raz nie wie. Starożytni mawiali o gorszych kawałkach u dobrych pisarzy: "I Homer przyśnie" - a co dopiero tłumacz. Na szczęście pocieszam się słowami Balcerzana, że każdy przekład istnieje w serii, że nawet jeśli jakieś dzieło przetłumaczono raz tylko, to jest to początek serii potencjalnej, a kolejne wersje dają nowe odczytania, poprawiają błędy, zmieniają interpretację. Przecież my tłumaczymy Biblię na polski od siedmiuset lat, a na języki europejskie - prawie dwa tysiąclecia, i mimo armii egzegetów skupiających się na każdym słowie, wciąż mamy poważne spory o znaczenie. To co dopiero w mniej znanych książkach, którym poświęcono mniej uwagi? Zwłaszcza, że - i tu jest poważna rozbieżność między teologami, którzy wierzą we "właściwy" sens słowa pisanego, a teoretykami literatury - dzieło ma niezliczone możliwości interpretacyjne, i jeśli tylko interpretacja nie stoi w sprzeczności z literą tekstu, można ją przyjąć. A przekładanie nie jest niczym innym, jak lekturą - lekturą ze wszystkich najdogłębniejszą - zaś jego wynik, czyli tekst przekładu, jest interpretacją tekstu oryginału. Różnimy się słuchem, zatem różne rzeczy w poezji danego poety wychwytujemy. Tak długo, jak niczego nie dopisujemy mu na siłę, tylko poruszamy się w obrębie swobody odczytania, nie dzieje się nic złego.

Jerzy Jarniewicz pisze w "Gościnności słowa", że nadszedł wreszcie czas, gdy tłumacz wychodzi z ukrycia, że staje się pełnoprawnym, "drugim" autorem dzieła...

Nie wiem, czy nadszedł. Pojawiają się takie jaskółki, i to bardzo cieszy. Dla mnie to ma o tyle znaczenie, że translatorsko bardzośmy w Polsce podupadli. Nawet przyzwoite wydawnictwa publikują knoty, które wołają o pomstę do Parnasu - i tu działa cały proces produkcyjny, począwszy od wyboru tłumacza - takiego, który zrobi jak najwięcej w jak najkrótszym czasie i za jak najmniejszą kwotę - przez dociskanie terminów, aż po oszczędzanie na redakcji i korekcie. Po mojej miażdżącej recenzji pewnego strasznego przekładu, dostałem list od doświadczonej tłumaczki: znany wydawca zamówił u niej przekład jednego z arcydzieł amerykańskiej literatury, wielkiego również w sensie objętości, dając jej na to pół roku. Odpowiedziała, że to jest tekst tak zawiły, że na porządne odczytanie jednej strony potrzebuje niekiedy godziny, i że może tę pracę wykonać, ale w znacznie dłuższym czasie. Wydawca proponował pracę jeszcze kilku znanym tłumaczom, aż wreszcie zgodziła się jakaś dziewczyna tuż po studiach i "machnęła" tych kilkaset stron, nie śpiąc pewnie po nocach i pracując po łebkach. Teraz, oczywiście, nie da się tego czytać.
Pan też uważa, że tłumacz to kiepsko opłacany wyrobnik?
Tłumacz dzieła literackiego to nie "wyrobnik" tylko właściwie współautor tekstu, natomiast, i owszem, coraz częściej jest traktowany jak wyrobnik. Niestety. I opłacany rzeczywiście kiepsko. Nie znam tego rynku wystarczająco dobrze, żeby podawać średnie stawki, ale to są nierzadko gorsze pieniądze niż w biurach tłumaczeń, gdzie pracuje się nad instrukcjami pralek, umowami czy prostymi listami dialogowymi z filmów - podczas gdy przekładanie skomplikowanego tekstu literackiego wymaga znacznie więcej pracy, nie mówiąc o umiejętnościach i doświadczeniu, które pozwalają wychwycić kontekst, nawiązania literackie i ogólnokulturowe. W dodatku co jakiś czas entuzjaści technologii roją sobie, że tłumacze należą do ginących zawodów, w których ludzi wyprą maszyny. Żaden program komputerowy tekstu literackiego nie przełoży, koniec, kropka. Wystarczy wpuścić dobry wiersz do mechanicznych translatorów i sprawdzić, co wyjdzie.

Bycie tłumaczem to odpowiedzialność. Zaufałby Pan każdemu tłumaczowi swoich książek?

Nie mam wyboru: z reguły to nie autor decyduje, kto go tłumaczy, zdaje się więc na ustalenia wydawców. Czasami są to decyzje znakomite, czasami - chybione, ale trudno się w tym zorientować, trzeba polegać na zdaniu krytyków i czytelników znających oba języki. Niektórzy moi tłumacze ze mną współpracują, posyłają pytania, proszą o wyjaśnienia - sam zresztą robię podobnie jeśli przekładam tekst żywego autora - inni prezentują mi dopiero ukończoną wersję. Taki mają styl i całkowicie to szanuję. Przed publikacją czytam tylko przekłady na angielski, bo tylko w tym języku czuję się wystarczająco pewnie, żebym mógł cokolwiek doradzić. Z moją tłumaczką na ten język, Antonią Lloyd-Jones, mam zresztą znakomity kontakt i darzę ją ogromnym szacunkiem. Proszę sobie wyobrazić, że Antonia do pracy nad "Saturnem", dziejącym się w drugiej połowie XVIII wieku i pierwszej połowie wieku XIX, kupiła ileś słowników potocznej angielszczyzny z tamtych epok, żeby sprawdzać, czy dane słowa występowały w tym czy tamtym dziesięcioleciu. To precyzja, której w tym wypadku zabrakło autorowi, bo ja się z takimi drobiazgami, wstyd przyznać, nie cackałem. Ale też autor może pozwolić sobie na większą swobodę niż tłumacz.
Swoją drogą, przyjaźnie między tłumaczami a pisarzami są częste, i chodzi tu nie tylko o jakąś wspólnotę interesów, ale i o to, że praca translatorska zawsze ma w sobie coś z mediacji; nie jest zbiegiem okoliczności, że większość osób trudniących się przekładaniem literatury jest sympatyczna. W ogromnym uproszczeniu: pisarz to egoista i egocentryk, tłumacz - altruista zainteresowany tym, co dookoła. Choć są, oczywiście, wyjątki.

Czarny sen tłumacza literatury. Pułapki przekładu.
Mnóstwo. Niezauważenie gry językowej. Puszczenie niechlujnego błędu, wynikającego ze zmęczenia albo z nieznajomości jakiegoś idiomu czy rzadkiego znaczenia słowa. Tego obawiam się najbardziej, bo nie jestem filologiem i czasem coś mi umyka - tu cała nadzieja w uważnym redaktorze. Czasami tłumacz za bardzo zaufa jakiemuś "false friend": wiele lat temu tłumaczyłem wiersz Larkina "Dublinesque" o kondukcie pogrzebowym idącym za trumną młodej dziewczyny i coś mi nie pasowało w ogólnym obrazku - zrozumiałem dopiero kiedy sprawdziłem dla porządku wyraz "streetwalkers", czyli, dosłownie "chodzący po ulicach". W kondukcie nie szli "przechodnie", jak mi się poprzednio zdawało, tylko "ulicznice". To były prostytutki żegnające koleżankę po fachu - i nagle cały wiersz zupełnie zmienił znaczenie. Ale może być gorzej: ponoć pewien profesor wypełniając rubryczki we wniosku stypendialnym wpisał "streetwalking" w rubryczkę "hobby", bo lubił sobie spacerować.

Co Pan "odnalazł w tłumaczeniu"?
Rzetelną, mozolną szkołę literatury: zwłaszcza ekonomii słowa. Nigdy poeta nie uczy się tak oszczędnie gospodarować sylabami, jak przekładając zrytmizowany wiersz z języka, w którym słowa są - jak w angielskim - krótsze. Ale jest i coś ogólniejszego, być może ważniejszego: tłumaczenie to, przynajmniej w założeniu, odczytywanie tekstu na wszystkich jego poziomach. Ktoś, kto przekłada arcydzieło literatury, z nosem przy kartce obserwuje mistrza przy pracy, widzi, jak ten korzysta z obrazów, jak układa zdania, jak je kończy i jak zaczyna. Nie ma chyba lepszej nauki dla młodego pisarza.

Gdańskie Spotkania Tłumaczy Literatury "Odnalezione w tłumaczeniu"

To projekt, którego zadaniem jest stworzenie platformy dla spotkań tłumaczy literatury, pisarzy i czytelników.
Pierwsze z cyklu spotkań już 25 kwietnia o godz. 18.00 w Dworze Artusa. Gościem specjalnym będzie szwedzka powieściopisarka Majgull Axelsson. W ramach spotkań odbędą się również warsztaty dla młodych tłumaczy, dla dzieci oraz uczniów gdańskich liceów.

Projektowi towarzyszy wystawa szwedzkiego fotografika Cato Leina. "Spojrzenia" to seria portretów pisarzy i tłumaczy pochodzących z archiwum artysty (m.in. portrety Güntera Grassa, Paula Austera, Ryszarda Kapuścińskiego) oraz portrety polskich tłumaczy i pisarzy przygotowanych specjalnie na wystawę.

Wśród gości tegorocznej edycji wydarzenia są m.in. Adam Zagajewski, Marek Bieńczyk, Joanna Bator, Szczepan Twardoch, Jerzy Jarniewicz, Magdalena Heydel, Adam Pomorski, Grażyna Plebanek, Jacek Dehnel, Justyna Sobolewska.

[email protected]

Możesz wiedzieć więcej! Zarejestruj się i czytaj wybrane artykuły Dziennika Bałtyckiego www.dziennikbaltycki.pl/piano

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gosc1
Ktoś, kto w "Gatsbym" pisze: "..zachowywali się w sposób typowy dla wesołego miasteczka", jest fatalnym tłumaczem.
Dodaj ogłoszenie