Piotr Fronczewski: Przerażają mnie scenariusze, które czytam. Nie znajduję w nich nic dla siebie

rozm. Ryszarda Wojciechowska
Piotr Fronczewski
Piotr Fronczewski Tomasz Hołod/Archiwum
Piotr Fronczewski opowiada o tym jak nastroiła go natura, co Hanna Banaszak sądzi o jego śpiewie i zdradza, czemu nie gra w filmach.

Niedawno zadebiutował Pan w teatrze jako reżyser. Późny debiut odmładza czy może przysparza siwych włosów?
To ciężka robota, kiedy próbuje się równocześnie reżyserować i grać. Reżyser, który jest w środku sztuki również jako aktor, inaczej to wszystko widzi niż reżyser siedzący na widowni, po drugiej stronie rampy. A do tego jeszcze tekst jest niesłychanie wymagający. To przecież "Ja, Feuerbach" Tankreda Dorsta.

Przed laty była to rola popisowa Tadeusza Łomnickiego. Ten fakt nie był dla Pana obciążeniem?
Tadzio nie jest obciążeniem. Ja zresztą tamtego spektaklu nie pamiętam. Widziałem tylko wersję telewizyjną w reżyserii Jurka Gruzy. I zaryzykowałbym stwierdzenie, że to było inne aktorstwo. Tadeusz zagrał bardziej "Ja, Łomnicki", niż "Ja, Feuerbach".

Dlaczego Pan wybrał tę sztukę?
Bo to tekst brzemienny w treści. Dający ogromne możliwości interpretacji między innymi przez to, że jest taki niedomknięty.

"Ja, Feuerbach" to sztuka o teatrze. Ściślej o dwóch, różnych teatrach. To też pewnie miało znaczenie.
Teatr zmienił się przez ostatnie ćwierć wieku. Pojawiła się nowa myśl teatrologiczna, jak ja to nazywam, która mnie niepokoi. Budzi mój sprzeciw. Jest kontrowersyjna. Młodzi są dzisiaj nie do końca świadomi teatru, przynajmniej tego klasycznego. Są dosyć agresywni, potrafią być aroganccy. Nie uwzględniają obyczaju teatralnego, teatralnej tradycji. W naszym przedstawieniu to właśnie jeden z głównych kontekstów spotkania dwóch bohaterów - młodego asystenta reżysera i starego aktora, który dokonuje swoistego wyznania wiary, wyznania swojej religii teatralnej. Przedstawienie jest trudne również dla publiczności, wymagające. Ale... rzecz wydaje się ciekawa, skoro mamy sprzedane bilety do maja. To potwierdza moją obserwację....

...że na Fronczewskiego się chodzi?
Nie to chciałem powiedzieć. (śmieje się).

Ja to powiedziałam.
No dobrze, z moich obserwacji wynika, że ludzie chcą się w teatrze bawić, relaksować, zapomnieć o problemach dnia powszedniego. Ale nawet jeśli sztuka jest trudniejsza, za to mocna w treści i w obsadzie, to pod kasami są kolejki.
Jest Pan jednym z najwybitniejszych polskich aktorów. Ale skromność jaką Pan przy tym wykazuje, jest nieprzyzwoita.
To wynika z dyktaktu mojej natury. To nie kokieteria. Nie zachowuję się tak na użytek mojego wizerunku. Nie wymyśliłem sobie, że jeśli będę skromny, delikatny i nieśmiały, to będę lepiej postrzegany. Nie. Pies to rąbał. Ja mam taką naturę i nie zamierzam z nią walczyć. Jestem przez naturę nastrojony molowo. Z pewną skłonnością do refleksji i wątpliwości. Składam się z samych wątpliwości. Myślałem, że z latami praktykowania w tym zawodzie, to przejdzie. Ale okazuje się, że ten stan się nasila. Czasami nawet uniemożliwia działanie i pracę.

No to cytat z mistrza Fronczewskiego: "Człowiek rodzi się aktorem tak jak się rodzi księciem. Nie gra się po to, żeby zarabiać na życie". Więc po co się gra?
Bo nie byłoby się w stanie robić niczego innego po tylu latach (śmieje się). To sposób na życie, z całą pewnością.
Inaczej o aktorstwie myśli młody człowiek, który zamierza je dopiero studiować. A inaczej ktoś z takim dorobkiem jak Pan.
Co taki młody człowiek, mając osiemnaście lat, wie o sztuce? Dlaczego wybiera szkołę teatralną? Być może kusi go możliwość bycia kimś oryginalnym, zauważonym, sławnym, wielkim... tralala hopsasa. Ale to jest taki kontakt powierzchowny ze sztuką. Dopiero po latach doświadczeń, czasami trudnych, niewdzięcznych, wyłania się z tego głębszy sens i odpowiedź na to, dlaczego człowiek w tym trwa. Ja bym to nazwał próbą opisania świata. To zajęcie dla ludzi o mocnych nerwach i odpowiedzialnych. Oczywiście, szaleniec może w życiu artystycznym egzystować ale to prowadzi na ogół do katastrofy. Natomiast to, co możemy w sztuce zrobić, to podzielić się naszą wyobraźnią, czułością, wrażliwością i miłością.

I to się nie nudzi przez lata?
To jak z koniem cyrkowym, który zazwyczaj sobie stoi w boksie. I pewnie się nudzi. Ale kiedy go ustroją, wyprowadzą na arenę, zagrają mu, a on poczuje trociny pod kopytami, to jest gotowy do występu. Bo te występy cyrkowe są jego drugą naturą. Ale pewnie nie zapomina też o tym, jak wygląda łąka, las..

Wiem już, po co się gra. A po co się śpiewa, zwłaszcza, jak się śpiewać nie potrafi?
Tak, ja nie potrafię śpiewać. Kiedyś z Hanią Banaszak mieliśmy bardzo interesujący projekt. Ale nie doszedł do skutku. I w tych naszych wstępnych rozmowach powiedziałem jej: Haniu, ale ty wiesz, że ja nie potrafię śpiewać. A ona na to: ja wiem, ale ty sobie jakoś radzisz. I to była najlepsza recenzja mojego śpiewactwa.

Mówi Pan, że sukces raczej nie buduje. To co w takim razie Pana buduje?
O, to jest temat na dłuższą, wieczorną rozmowę, ze szkłem kontaktowym na stole. Pewnie buduje mnie to, co nas wszystkich potrafi budować.

Czyli?

Czyjaś wiara w nas, zaufanie, uznanie. Ale ja nie umiem sukcesu spożytkować i skonsumować. Nie mam wtedy lepszego samopoczucia, ani nie czuję się lepszy. To mnie nie buduje. Natomiast to, co jest wpisane w nasz zawód, czyli porażka albo brak akceptacji, demoluje mnie i pozbawia chęci do życia. Przypominam sobie początek mojej zawodowej drogi w Teatrze Współczesnym. Dyrektorem był Erwin Axer. Wszedłem w próby "Marii Stuart" Schillera. I znalazłem się w gronie fantastycznych, wielkich aktorów. Marię Stuart grała Zosia Mrozowska, Elżbietę - Halina Mikołajska, w pozostałych rolach - Jan Kreczmar, Czesław Wołłejko, Henryk Borowski i młody jeszcze wtedy Jan Englert. I zapamiętałem rozmowę z Janem Kreczmarem. Kiedyś zaszedłem do niego po jednej z prób generalnych na takie niezobowiązujące pogaduszki o życiu, sztuce i planach. I usłyszałem od niego na koniec: bądź dobrej myśli, wszystko będzie dobrze. Ale ty musisz mieć teraz wiarę w to, że jesteś najlepszy. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, jak wymowne były to słowa.

Wiara w to, że się jest najlepszym?
Tak, bo jeżeli się traci wiarę w możliwość sukcesu czy zwycięstwa, to być może ten sukces się pojawi, ale będzie opłacony wielkim trudem. Ja tę wiarę czasami tracę, w związku z wątpliwościami, które mi towarzyszą. Ale tak widocznie ma być.

Przed kamerą zadebiutował Pan jako dwunastolatek i tych ról filmowych było potem wiele. Ponad sto. Ale czy filmowo jest Pan usatysfakcjonowany?
Zagrałem sporo w filmie ale to już było dawno.

I Pan nie tęskni?
Nie mam takiej przemożnej chęci i pragnienia, żeby grać. Przerażają mnie czasami scenariusze, które czytam. Nie znajduję w nich niczego dla siebie. Ale mam też pewne podejrzenie co do swojego aktorstwa filmowego. Być może nie należę do aktorów światłoczułych. Tych, którzy mają jakiś specjalny kontakt z kamerą. Światłoczułym kamera potrafi dodać wdzięku, uroku. A z drugiej strony, kiedy patrzę na polską kinematografię, to ciśnie mi się na usta przerobiony nieco tytuł jednego filmu - to nie jest kinematografia dla starych ludzi. Na świecie jest inaczej.

Czuje Pan upływ czasu?
Ja tego Feuerbacha traktuję jako swoistą kropkę w moim teatrze. Nie wiem, co będzie potem. To rola w jakimś sensie dokonująca zawodowego bilansu. Bardzo lubię pana Feuerbacha, bo jestem do niego podobny. Nie mam, oczywiście epizodu z zakładem psychiatrycznym w tle. Ale jest w nim dużo takiej prawdy, którą ja też wyznaję. Jest w nim dużo pokory, której ja mam w nadmiarze. Natomiast upływający czas... oczywiście, że odczuwamy wszyscy. Nawet moja wnuczka, która się błyskawicznie starzeje. Ale patrzę na to ze spokojem i też z iskrą nadziei. Ze świadomością jednak nieuchronności. To poczucie tymczasowości towarzyszyło mi już od młodości. Mnie to nie przeraża, nie niepokoi. Tylko czasami troszkę żal.

Pan wspomniał o wnuczce. A ja chcę zapytać o "Rodzinę zastępczą". Bo przez ponad dziesięć lat z Gabrielą Kownacką stanowiliście najbardziej znanych serialowych rodziców.
To był rzeczywiście niezwykły serial, odmienny od reszty produkcji serialowej. Cała tajemnica jest w ludziach. Ekipa filmowa musi się dobrze złożyć. I nam się złożyła. Graliśmy wspólnie przez 10-11 lat. Ale to nie była taka taśma produkcyjna, jak w innych serialach. Spotykaliśmy się raz w miesiącu na dwa tygodnie i potem mieliśmy dwa tygodnie przerwy. I tak przez cały czas. To była naprawdę świetna ekipa - zbieżny światopogląd, wspólne poczucie humoru. Ten klimat, dobra aura jaką ci wszyscy ludzie wytwarzali, potem przenosiła się na ekran. Te dzieci, które były słońcem tego serialu, nie mówiąc o psie.

Tym bardziej rozstanie boli.
No tak. Nasze rozstanie było podyktowane sytuacją nieuchronną. Nie było sensu kontynuować, oszukiwać widzów i wmawiać im, że ktoś wyjechał i nie wróci, a może wróci. Tym bardziej, że to wszystko miało taki wymiar familijny. A dzieci nie wolno oszukiwać.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Janusz Sznycer

polskie filmy seriale samo dno ,niski poziom zenada Jestem z Panem ,Panie Piotrze

/ oksza

Powinni publikować również 1% zdjęcia.
Jak piano to piano.

Dodaj ogłoszenie