Piętnaście lat temu w wypadku autobusu w Kokoszkach zginęły 32 osoby

Ryszarda Wojciechowska
Mija 15 lat od największej w Polsce katastrofy autobusowej. 2 maja 1994 roku, w Gdańsku Kokoszkach, autobus należący do PKS zjechał na pobocze i uderzył w drzewo. Rozmiary tragedii były przerażające. Zginęły 32 osoby, a 45 zostało rannych.

Kierowca, który prowadził pojazd, przeżył. Skazano go w 1999 roku na dwa lata więzienia, w zawieszeniu na cztery. Zastępca dyrektora gdańskiego Pekaesu też dostał wyrok w wysokości 10 miesięcy w zawieszeniu na dwa lata. Mistrza stacji obsługi skazano na rok. Po latach kierowca Jerzy Marczyński, na pytanie, czy chciałby cofnąć czas, odpowiada, że nawet sobie takich pytań nie zadaje. Bo co to da?

Piętnaście lat temu był innym człowiekiem. Szczęśliwym. Miał 39 lat. Planował ślub. Miał też pracę, którą lubił. Przypomina sobie, że 2 maja 1994 roku obudził się w dobrym nastroju. Dzień był piękny, słoneczny. Wyszedł z domu o godzinie 13. Dostał ulubioną trasę Zawory - Gdańsk. Wiele razy nią jeździł. Znał już sporo twarzy z tej trasy. Na tym odcinku autobusy wówczas były zawsze przeładowane. Kierowcy często zabierali więcej pasażerów. Bo jak nie zabrali, a pasażer się poskarżył, to od dyrekcji były nagany.

Marczyński wiózł 75 osób. A mógł zabrać 51 pasażerów. Do katastrofy doszło około godziny 18. 500 metrów przed przystankiem w Gdańsku Kokoszkach, podczas wyprzedzania jelcza, w 11-letnim autobusie pękła opona. Autobus najpierw ściągnęło na pobocze, a potem pojazd uderzył w drzewo. Kierowca ciężarowego jelcza wspominał potem, że usłyszał przerażający huk. Inni kierowcy, którzy jechali tą drogą, rzucili się na ratunek. Toporkami, nożami, wszystkim, co mieli pod ręką, zaczęli rozcinać zmiażdżoną karoserię autobusu.

Marczyński po latach opowiadał, że bolało, kiedy słyszał - ty morderco. Krył się, żeby go nie zlinczowali. Pewnie, że mógł zwyczajnie wziąć sznur i się powiesić. Ale nie zrobił tego. Bo człowiek musi dopóty żyć, dopóki jego świeczka sama nie zgaśnie - tłumaczył nam.

To była pierwsza z trzech wielkich katastrof, jakie dotknęły Gdańsk w krótkim czasie. W listopadzie jeszcze tego samego roku Gdańsk przeżył tragiczny pożar w hali stoczni, a w kwietniu 1995 roku wybuch wieżowca.

Rewolucja w aptekach. Farmaceuta jak lekarz?

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Dziś mija 25lat. Myślę że nie można go winić za to co się stało. Był i jest napewno dobrym człowiekiem.Nie chciał aby ludzie zostali na przystanku. Niestety los zrobił to co zawsze robi. Poprostu swoje. Żal mi rodzin które straciły najbliższych żal mi kierowcy że życie mu się posypało i że musi żyć do końca życia swojego z tym ciężarem na plecach.

S
Szczery

...

Dodaj ogłoszenie