reklama

Patrole - nie. Kontrola cen - tak

Piotr DominiakZaktualizowano 
Piotr Dominiak
Piotr Dominiak
Media próbowały wyśmiać pomysł ministra Sawickiego, który zapowiedział kontrolę cen artykułów spożywczych w sklepach. Rzeczywiście, przypomniały się czasy PRL, gdy jeszcze w latach 80. inspekcje robotniczo-chłopskie poszukiwały spekulantów. No i premier Putin, który z groźną miną przechadzał się po moskiewskich hipermarketach i gdzie spojrzał, ceny spadały

Nie wiem, czy naprawdę Sawicki chciał powołać "lotne patrole", może tylko głośno myślał, rozważając różne metody nadzoru. Może coś mu się niefortunnie wymsknęło. Nie zmienia to jednak faktu, że problem cen detalicznych żywności istnieje.

Jeżeli ceny skupu spadają, jeżeli popyt na te towary nie wzrasta, podaż w wielu przypadkach jest nadmierna, to dlaczego żywność drożeje? Nie ma żadnych podstaw rynkowych do takiej zmiany. A ściślej rzecz ujmując, nie powinno być, gdyby rynek żywności był bliski wolnej konkurencji. Tak wszakże nie jest. Rozproszeni są producenci i konsumenci. Pomiędzy nimi istnieje długi łańcuszek pośredników. Zdecydowanie zbyt długi, i to jest jeden problem. Każdy z pośredników musi zarobić i suma ich marż ma dominujący wpływ na to, co płaci konsument.

Po drugie - niektórzy z pośredników mają na rynku pozycje dominujące. Czasem w skali lokalnej, czasem w skali regionu. Dyktują warunki dostawcom, wymuszając na nich niskie ceny, a potem narzucają wysokie ceny od sprzedaży kolejnym pośrednikom. Trudno ocenić skalę tego zjawiska, a niewątpliwie warto je zbadać.

Po trzecie - na rynku żywności najważniejszymi graczami są wielkie sieci handlowe. To też pośrednicy, ale o szczególnie silnej pozycji, bo zajmują się handlem masowym. Każdy producent marzy, żeby im sprzedawać, bo są w stanie kupić całoroczną jego produkcję. Zarządy hipermarketów doskonale o tym wiedzą i bezlitośnie to wykorzystują. Z jednej strony jest to korzystne dla konsumentów, bo dzięki temu ceny w dużych sklepach są generalnie niższe od cen w małych sklepikach. Z drugiej jednak, jak się okazuje, hipermarkety kupują bardzo tanio, a sprzedają tanio. "Bardzo" czyni dużą różnicę, czyli duży zysk.

I znowu skala takich działań wymaga przeanalizowania. Nie będzie to łatwe, bo często oficjalne ceny dla dostawców wcale nie są bardzo niskie. Za to jednak dostawcy są przymuszani do płacenia dużym sklepom za oferowane przez "usługi", np. za dobre miejsce na półce, reklamę w sieciowych broszurach itp. To oczywiście granda, ale nie wykryją jej posyłane do sklepów patrole. Zbadać trzeba księgi rachunkowe, prowadzić rozmowy z dostawcami. Z tymi ostatnimi będzie kłopot, bo nikt pojedynczo nie chce zakablować wielkiego swojego odbiorcy. Biurokraci sprawę wyciszą, a on zostanie na lodzie. I tu minister i wielu ekspertów mają rację. Duzi gracze wykorzystują rozproszenie małych, to że producenci, drobni sklepikarze i hurtownicy nie potrafią się zorganizować. Nie potrafią albo nie chcą grać razem.

Jest jeszcze jeden aspekt tego problemu. Producenci rolni są dotowani przez podatników. Czyli w konsekwencji - hipermarkety, wykorzystując swoją przewagę nad nimi, narażają na straty nie tylko wytwórców, ale i wszystkich płacących podatki. Może m.in. dlatego tak dobrze się rozwijają?
Chciałbym być dobrze zrozumiany - nie apeluję o zamykanie wielkich sklepów. Domagam się jednak państwowej skutecznej kontroli nad tym, kto i w jakim stopniu korzysta z finansowanych przeze mnie dotacji publicznych.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

B
Bogusław Pinkiewicz

A może wystarczyłoby nie dotować produkcji żywności?

Dodaj ogłoszenie