18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

reklama

Pan Tadeusz i Lwowskie Fetysze

Irena Łaszyn
Tadeusz Florjański ze swoją kolejką podczas Międzynarodowych Targów Kolejowych Expo w Gdyni
Dziadek śpiewał dla Franciszka Józefa, ojciec ze stryjem zbudowali pierwszy polski samolot, który latał, on kolekcjonuje elektryczne kolejki i serca przyjaciół. O Tadeuszu Florjańskim pisze Irena Łaszyn

Już na wstępie oświadcza, że jest bardzo zarozumiały. - Tak panią oczaruję, że jeszcze niejeden raz tu pani wróci - uprzedza lojalnie. - Może i zna pani osoby, których przodkowie prowadzili wojnę z Krzyżakami, ale na pewno nie zna pani szczęściarza, który ma zdjęcie z autografem Ruggierro Leoncavallo, twórcy opery "Pajace". To zresztą nie tyle podpis, co osobista dedykacja dla mego dziadka, Władysława Kohman-Florjańskiego, śpiewaka operowego światowej sławy. Nawet Jerzy Waldorff tą pamiątką się zachwycał. Mówił, że Leoncavallo nikomu innemu czegoś takiego nie dał.
Tadeusz Florjański, rocznik 1929, biega po pokoju, z przepastnych szuflad i albumów wyciąga inne rodzinne fetysze i mówi, mówi, mówi.

O, tu folder z Internationale Ausstellung für Musik und Theaterwesen w Wiedniu, z roku 1892. Jest nawet fotografia sali, w której dziadek, pierwszy tenor Narodneho Divadla w czeskiej Pradze, śpiewał. A tu program koncertu dobroczynnego w USA, z którego dochód został przeznaczony na budowę pomnika Tadeusza Kościuszki w Waszyngtonie. Pomnik, w roku 1907 zaprojektował lwowski artysta Antoni Popiel. O, tu jest ten projekt. Dziadek koncertował po całej Ameryce, wystąpił nawet w Białym Domu, przed Franklinem Rooseveltem. Nie tylko przed nim, zresztą. On śpiewał dla cesarza Franciszka Józefa w Pałacu Schönbrunn! Są dowody. Mógł zostać w pałacu nadwornym śpiewakiem, ale intrygi pewnego Niemca sprawiły, że wszystko się pokomplikowało. Z tym Niemcem potem się sądził i wygrał, to długa historia. Mamy czas, jeszcze o tym porozmawiamy. A teraz spójrzmy na kolejną dedykację, tym razem dla stryja Władysława. Od Jadwigi Smosarskiej, przedwojennej gwiazdy filmowej i teatralnej...

- Pani wie, dlaczego ja jestem taki długi i cienki? - pyta niespodziewanie. - Bo całe jedzenie na język przechodzi.

- Oryginał - mawiają o nim przyjaciele. - Człowiek wielowątkowy.
A Irena Molga, gdańska malarka, która potrafi budować lodowe zamki z kartonów po sokach, kocha ludzi i ma wyłącznie dziwnych przyjaciół, uważa, że to pozytywnie zakręcony ostatni dżentelmen Rzeczpospolitej.

Panią Irenę Florjański zna od 60 lat, jeszcze z harcerstwa i nazywa Ircią. - Ona mieszka "ha tfu i splunąć" - informuje po lwowsku. - To znaczy, o rzut kamieniem. Ma zmysł obserwacji i złote serce.

Poszło z dymem

Z tym sąsiedztwem to czysty przypadek. Pan Tadeusz przeprowadził się tu kilka miesięcy temu, gdy miasto uznało, że - w związku z rozbudową Trasy Słowackiego - dom, w którym zajmował okazałe mieszkanie, trzeba przeznaczyć do rozbiórki. To była trauma, bo on miał cztery pokoje wypełnione pamiątkami po brzegi, samych obrazów autorstwa stryja Władysława Florjańskiego wisiało kilkadziesiąt sztuk. Spakował się jednak, przeniósł, zapożyczył. Bo ten nowy lokal postanowił od razu wykupić, by nie tułać się więcej na stare lata. Ledwie rozłożył bambetle, stało się nieszczęście.
- Wracam ze sklepu i widzę straż pożarną przed domem - relacjonuje. - Na klatce schodowej pełno dymu, sąsiedzi mówią, że to chyba u mnie się pali. Otwieram kluczem drzwi, wchodzę do środka, a tam czarno. Już nawet nie było czego ratować, wszystkie dzieła sztuki i rodzinne pamiątki zniszczone, całe w sadzy. Zapłakałem, policjanci musieli mnie siłą wyprowadzać. A potem w prasie przeczytałem, że znaleźli mnie nieprzytomnego, wewnątrz płonącego mieszkania i uratowali. Do dziś nie wiem, skąd ten pożar, śledztwo niczego nie wykazało.

Strat, które poniósł, nie da się przeliczyć na pieniądze. Bo jak np. wycenić obrazy, które w latach 1910-12 prezentowane były na wystawie malarzy polskich w Wiedniu, a teraz poszły z dymem? Wycenić to można było strzaskane okna, zniszczone meble, farby do malowania ścian i robociznę. Gdyby nie przyjaciele, zostałby na ulicy. A tak, z Bożą i ludzką pomocą, zaciągając kolejne długi, dał radę. I to, co ocalało, może prezentować światu.

- Widzi pani te trzy wagoniki na półce? Mam je jeszcze ze Lwowa. Spakowałem je w pierwszej kolejności, gdy w roku 1943 musieliśmy opuścić nasze mieszkanie przy ul. Zadwórzańskiej i - żeby nie trafić na Sybir - wyjechać do Białego Dunajca, gdzie stryj Władysław, podpułkownik, dowódca VI Dywizjonu Samochodowego, profesor Politechniki Lwowskiej i Wyższej Szkoły Technicznej, dostał posadę dyrektora w fabryce tektury. Oprócz wagoników kolejki zabrałem narzędzia ojca, bo wydawały mi się ważne. Nie zabrałem natomiast płyt gramofonowych, na których dziadek wyśpiewywał po polsku i czesku operowe arie. Gdybym je wtedy spakował, pewnie byłbym bogaty, bo tylko Muzeum Narodowe w Warszawie i Muzeum Teatralne mają po jednym egzemplarzu.

Salwy na szynach i zasieki

Co ciekawe, tak samo jak płyt i obrazów stryja, żałuje kolejek, które ojciec kupował mu w słynnej cukierni Zalewskiego przy ul. Akademickiej we Lwowie. Wagoniki miały odsuwane dachy, do środka wsypywało się więc miętowe cukierki. Cukierki szły potem do buzi Tadzia, a wagoniki na szyny. Szyny, podobnie jak lokomotywę, zrobił i wywalcował Tadeusz Gayczak, student Politechniki Gdańskiej, a ojciec nabijał je na drewniane progi. Rozłożone zajmowały powierzchnię 3 na 4 metry, jeździły po nich wagoniki kupione przez ojca w Domu Towarowym braci Jabłkowskich w Warszawie.

Woziły na front ołowianych żołnierzy, których miał ok. 200. Obok mknęły sanitarki, armatki z jaszczykami, kuchnie polowe, nakręcane czołgi. A między nimi stały zwrotnice, nastawnie, wieża ciśnień, zasieki i domki ze sklejki, które ojciec wykonał osobiście, wycinając okienka piłeczką włośnicową. Ojciec, Tadeusz Florjański, absolwent Akademii Handlowej w Pradze, pracownik Banku Gospodarstwa Krajowego we Lwowie, miał złote ręce.

- Gdy robiłem salwę z armatki, matka wołała: Tadziuniu, zlituj się, już nie można oddychać od tego dymu! Jeszcze dziś jej głos słyszę.
Jeden z wagoników stojących w gablocie ma napis "50 tons". Pochodzi od Jabłkowskich, bo ojciec często jeździł do Warszawy na Międzybankowe Zawody Strzeleckie. W roku 1935 kupił czarną platformę czteroosiową i cysternę, mały Tadzio dostał je potem od św. Mikołaja. Mikołaj stawiał prezenty na stoliku w nogach łóżek, w których chłopiec sypiał z rodzicami. Nad głową mieli Matkę Boską Częstochowską. Obraz ze sto lat był w rodzinie, spalił się dopiero 28 stycznia br., podczas tego bezsensownego pożaru.

Lwowskie fetysze. Część z nich udało się ocalić, zabrać do Białego Dunajca, a potem do Gdańska. Przeprowadzili się tu z rodzicami i stryjem w roku 1945. Stryj został wykładowcą na Politechnice Gdańskiej, najpierw w katedrze rysunku technicznego, a potem maszynoznawstwa chemicznego.
- W roku 1995, na 50-lecie politechniki, na Wydziale Mechanicznym urządziłem wystawę poświęconą stryjowi i lwowskim pamiątkom - wspomina pan Tadeusz. - Stryj był człowiekiem renesansu, jak pisano w książkach, malował więc obrazy, pisał wiersze, tworzył komiksy i wymyślał różne techniczne nowinki. Oprócz dzieł, które stworzył, i rodzinnych fotografii pokazałem na wystawie te szyny 3 na 4 metry, zwrotnice, wagoniki, narzędzia ojca i kredki ze Lwowa "Hardtmuth Koh-i-Noor", 60 sztuk, w drewnianym pudełku.

A potem, przy okazji jubileuszowych uroczystości, spotkał kuzyna prof. Kazimierza Zygmunta, który - jak się okazało - był krewnym Tadeusza Gayczaka, tego, który we Lwowie konstruował lokomotywy i wagoniki kolejki, miał "Klinikę Lalek" przy ul. Halickiej. Gayczak mieszkał w Zakopanem i gdy Tadeusz Florjański do niego zadzwonił, bardzo się wzruszył. A gdy przyjechał do Gdańska i zobaczył u Florjańskiego swoją lokomotywę, to aż się popłakał.

- Przekazał mi formy i modele do odlewania części kolejek oraz walce do wytłaczania szyn. To był piękny prezent.

Teraz pan Tadeusz ma osiem starych lokomotyw, łącznie z lukstorpedą, oraz 40 wagoników. Ten drewniany, z metalowymi stopniami, resorami i zderzakami, z orłem w koronie, liczy sobie 66 lat, został zrobiony przez ojca. Jest w nim nawet toaleta!

Samolot, który latał

Często prezentuje swoje zbiory na wystawach, a o uzdolnionych przodkach opowiada kolejnym pokoleniom. Ciągle jednak odczuwa niedosyt, bo to byli zacni Polacy i kolorowi ludzie. Można by nawet rzec: kopnięci.

- Pani wie, że ojciec ze stryjem skonstruowali we Lwowie samolot? - pyta.
Oto grubaśna księga "Pionierzy Politechniki Gdańskiej", wydana w 1995 roku. Na stronie 188 - bliskie sercu zdjęcie i podpis: Samolot braci Florjańskich, w trakcie budowy w pomieszczeniach Politechniki Lwowskiej przy ul. Nabielaka (1913).
- Oni naprawdę ten samolot zbudowali - rozwija temat pan Tadeusz. - Był z bambusa, a skrzydła miał kryte płótnem. Gdy wybuchła I wojna światowa, Austriacy go zarekwirowali, ale nie zdążyli wywieźć ze Lwowa. Przejęli go więc Rosjanie i użytkowali do celów zwiadowczych.

Te informacje można wyczytać też w artykule "Początki lotnictwa polskiego we Lwowie", który ukazał się w "Semper Fidelis". Autor podkreśla, że był to pierwszy zaprojektowany i wykonany przez Polaków samolot, który "istotnie latał". Jest tam też o wystawach lotniczych we Lwowie i o tym, że w 1913 roku w konkursie modeli ślizgowców Tadeusz Florjański senior uzyskał pierwszą nagrodę. On się tym pasjonował, wystawiał modele samolotów Wrighta, Blériota, Farmana, Coudrona, Curtisa...

Lwowskie fetysze. Oto fotogramy z wizerunkami rodziców, dziadków, dalszych krewnych, wystawiane w Muzeum Etnograficznym w Gdańsku. Oto przygody psiaka Brysia na lwowskim bruku, autorstwa stryja Władysława. Oto jego wiersze. Oto afisze teatralne sprzed stu lat, z nazwiskami bliskich osób, nieraz zdobyte wielkim kosztem i trudem. Tę pamiątkę z wystawy w 1892 roku wypatrzył... na Jarmarku św. Dominika w Gdańsku. Droga była okrutnie, nie tylko sercu. Stał więc przy tym sprzedawcy każdego dnia, czekając na obniżenie ceny. Odejść się bał, by ktoś tego nie kupił.
Jest też Medal 1000-lecia Gdańska, który otrzymał w roku 1997.

A to - mosiężny klucz. Klucz, którym po raz ostatni zostało zamknięte lwowskie mieszkanie. Pan Tadeusz nie wie, czy ono nadal istnieje, nigdy więcej tam nie był.

Nie chciał być i nie chciał wiedzieć.

- Niektórzy mówią: Ty w ogóle się nie rozwijasz, ciągle wstecz siedzisz. Ale mnie to "wstecz" wzmacnia, dodaje sił.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Materiał oryginalny: Pan Tadeusz i Lwowskie Fetysze - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie