Paliłem domy, jadłem ryż. Marek Pindral poznał Chiny "od podszewki"

  • Dziennik Bałtycki

Irena Łaszyn

Co ćwiczy student? Kim jest monitor? Gdzie uciekać, gdy trzęsie się ziemia? Po co kaczce pompka, a Polakom demokracja? Z Markiem Pindralem, który pojechał do Państwa Środka, by uczyć języka angielskiego na uniwersytecie, a wrócił z książką "Chiny od góry do dołu", spotkała się Irena Łaszyn

Chengdu w środkowych Chinach. Tam ma pracować. Miasto liczy 12 mln mieszkańców, jego uniwersytet, a właściwie Instytut Studiów Międzynarodowych, jest jednym z… kilkudziesięciu. Zajęcia zaczynają się o ósmej, ale Marek Pindral chce być wcześniej, by każdego ze studentów powitać osobiście, jeszcze w drzwiach. Tak sobie wymyślił.

Wstaje więc rano, wsiada na rower przydzielony przez władze uczelni, pędzi do sali wykładowej. Jest 7.30, gdy wbiega po schodach. Naciska klamkę i… staje jak wryty. Sala pełna. Wszystkie ławki zajęte, wszystkie głowy pochylone nad książkami, wszystkie usta powtarzają głośno materiał, który dopiero ma być przerabiany.

- Nikt mnie nawet nie zauważył - mówi Marek Pindral. - Wyszedłem, by tuż przed ósmą, razem z pierwszym dzwonkiem (!), wejść do sali ponownie. Wtedy już unieśli głowy, a dwadzieścia kilka par skośnych oczu zaczęło się mi uważnie przyglądać. Powiedziałem: Good morning, everyone! A oni odpowiedzieli chóralnie: Good morning, teacher!

Chińczycy uwielbiają grupowe skandowanie, mają to we krwi. Dotyczy to też studentów, podczas zajęć z chińskimi wykładowcami. Nauczyciel z Polski wolał konwersacje od zbiorowego powtarzania. Początkowo nie mogli się przystosować.

- Prowadziło to do sytuacji komicznych - przyznaje Marek Pindral. - Uderzałem dłonią o dłoń, żeby strzepać kredę, bo akurat pisałem coś na tablicy, a oni zaczynali klaskać. Myśleli, że tego właśnie od nich oczekuję.

A' propos klaskania: Tego w Chinach nie robi się spontanicznie. Oklaski trzeba przećwiczyć, tak jak taniec czy śpiew.
- Kiedyś studenci poprosili o zwolnienie z zajęć, ze względu na próbę z… klaskania - wspomina pan Marek. - Szykowała się uniwersytecka uroczystość, z udziałem rektora, entuzjazm należało przetrenować, żeby "efekt był najlepszy", jak mi ktoś wyjaśnił. I rzeczywiście, podczas imprezy grupa od oklasków spisywała się znakomicie. Gdy na scenie lub telebimie pojawiał się rektor, studenci klaskali, wrzeszczeli i piszczeli, dodatkowo kołacząc specjalnymi łapkami z plastiku. Uczelniana gazetka odnotowała potem, że "pojawienie się władz uczelni wzbudziło olbrzymi entuzjazm".

- Kiedy to było?
- Pracę w Chinach zacząłem w roku 2008, ale zapewniam, że tamtejsi studenci nadal klaszczą i piszczą z przetrenowanego zachwytu. A takie samokształceniowe lekcje, których świadkiem byłem pierwszego dnia, studenci odbywają każdego ranka i wieczora, włącznie z niedzielami.

W książce "Chiny od góry do dołu", którą po powrocie napisał, wyznał: "Za przewodniczkę służyła mi mantra: Bądź otwarty, bądź otwarty, bądź otwarty. Sprawiła się prawie bez zarzutu".
Dlaczego "prawie"? O tym za chwilę.

Terrorysta w Gdańsku

Wszelkich ceremonii i celebracji jest w Państwie Środka bez liku. Odbywają się wiece, parady, konkursy pieśni patriotycznej i spektakle teatralne sławiące dzielnych chińskich żołnierzy pilnujących pokoju w Tybecie. O tym, jaka "prawda" na temat Tybetu obowiązuje, wiedział już wcześniej, zanim jeszcze obejrzał to przedstawienie. Zwłaszcza że przed wyjazdem zapoznał się z darmowymi filmami, wyłożonymi w ambasadzie.

- Wynikało z nich, że zanim "pokojowa wyzwoleńcza armia" wkroczyła do Tybetu, działy się tam rzeczy, które mogłyby posłużyć za kanwę niejednego horroru - opowiada pan Marek. - Kruki wydłubywały dzieciom oczy, bo rodzice nie mieli czasu ich pilnować, tak ciężko pracowali, by Dalajlama mógł opływać w luksusy.

Dalajlama to terrorysta. Tak o nim Chińczycy mówią, święcie w to wierząc. Tak jak wierzą, że Tybet od zawsze należy do Chińczyków i burzenie się przeciwko ich władzy to zbrodnia.

Z nieufnymi początkowo młodymi ludźmi pan Marek zdołał się zaprzyjaźnić. Ale jednego niektórzy z nich nie mogli mu wybaczyć: tego, że odmówił potępienia Dalajlamy oraz polskiego prezydenta (był nim wówczas Lech Kaczyński), który pozwolił na wizytę "tego mordercy" w Polsce.

- Zaproszenie Dalajlamy do Gdańska, na uroczystość związaną z 25-leciem przyznania Pokojowej Nagrody Nobla Lechowi Wałęsie, uznali za ciężką zbrodnię - nie ukrywa Marek Pindral. - Znalazłem się w niełasce. Od tego czasu niektórzy studenci nie okazywali mi już serdeczności, a poza salą wykładową starali się mnie w ogóle nie zauważać, choć wcześniej spotykaliśmy się w celach nie tylko naukowych. Bardzo się im nie podobała ta polska demokracja.

Pan Marek przypuszcza, że na ten ostracyzm i kształtowanie ideologicznej niechęci miał niewątpliwie wpływ… monitor. W Chinach monitor to także człowiek, nie tylko część komputera. Każda uczelniana grupa miała ich trzech.

- Jeden był od spraw studenckich, nadzorował postępy w nauce i punktualność - wyjaśnia. - Drugi odpowiadał za kontakty z nauczycielami, a trzeci monitor był z ramienia Partii Komunistycznej i dbał o ideologiczną czystość nas wszystkich.

Pierwszą lekcję monitor dał nauczycielowi już na początku pobytu. Pouczył go, że nie powinien opowiadać studentom nieprzyzwoitych rzeczy. Nieprzyzwoitość dotyczyła starożytnej Grecji, gdy tłumaczył młodym ludziom, dlaczego kobiety nie chodziły na igrzyska. Rzekł wtedy: "Bo mężczyźni występowali nago". Monitor był zniesmaczony.

Ziemia drży

W Chengdu nauczyciel Marek Pindral zajmował służbowe mieszkanie na 16 piętrze wieżowca. W przeciwieństwie do innych mieszkańców miasta, miał w nim ciepło także zimą, dzięki klimatyzacji. Bo brak ogrzewanych pomieszczeń to wielka bolączka Chińczyków mieszkających w dolnej części kraju.

Pan Marek powtarza zasłyszaną opowieść: Podobno Mao wziął kiedyś mapę kraju i zrobił przez środek grubą krechę. Orzekł, że od tej linii w górę będą kaloryfery, a poniżej już nie. Chengdu miało pecha.

- Dlatego zajęcia na uniwersytecie prowadziłem w czapce i rękawiczkach, a moi studenci przynosili ze sobą termofory i wielkie pluszowe kapcie - wyjaśnia.

W płaszczach też sypiali, wespół zespół ze swoim nauczycielem, gdy wyruszali na wspólne zwiedzanie kraju i w odwiedziny do krewnych mieszkających jeszcze niżej Chengdu.

Chengdu to ośrodek administracyjny prowincji Syczuan, w której ziemia często się kołysze. Do największej w ciągu ostatnich lat tragedii doszło w maju 2008 roku, tuż przedtem jak polski nauczyciel angielskiego przyjechał do Syczuanu.
- Nie zapomnę pierwszej wizyty w dziekanacie - wspomina. - Na powitanie usłyszałem: - Mark, gdyby trzęsienie ziemi się powtórzyło, od razu uciekaj na dach. Zapytałem, dlaczego akurat na dach. Odpowiedź była szczera: - Będzie nam łatwiej zidentyfikować twoje zwłoki. Pomyślałem, że to logiczne, zresztą zbiec na dół i tak bym nie zdążył.

Podczas trzęsienia w 2008 roku zginęło 80 tys. osób, tysiące domów rozsypało się w pył. Jakiś czas potem pojechał ze studentami na tereny dotknięte tragedią, wieźli dary dla uczniów jednej ze szkół. Szosę prowadzącą do Wenchuan i Beichuan, epicentrum trzęsienia, ktoś nazwał drogą do piekła. Patrzyli na roztrzaskane domy, słyszeli grobową ciszę. I wtedy odezwał się któryś ze studentów: - Patrz, Mark, czyż to nie jest niezwykłe, że tyle budynków się zawaliło, a budynek Partii Komunistycznej ocalał? Odparł, że to raczej podejrzane, ale oni nie chcieli się w to wgłębiać. Zachwycali się wykazywaną solidarnością i dobrocią władz, pomagających ofiarom kataklizmu.

I wtedy spotkali tę kobietę. Wymachiwała plikiem stujuanowych banknotów, była zdenerwowana. Nie rozumiał jej, więc zapytał studentów, o co jej chodziło. Odpowiedzieli, że te pieniądze to była pomoc od rządu. Okazały się fałszywe…
Gdy wracali, nikt się nie odzywał. Chyba po raz pierwszy do nich dotarło, że to, co słyszą w telewizji, nie zawsze jest prawdą.

Striptiz na pogrzebie

Zmarłych Chińczycy upamiętniają szczególnie. Wieszają na drzewach karteczki ku czci ofiar tragedii. Dla nieżyjących krewnych zastawiają stoły potrawami. Wyposażają ich we wszystko, co w zaświatach może być potrzebne: ubrania, buty, telefony komórkowe, pieniądze i domy. Tyle że te domy i pieniądze są z papieru, można je kupić w specjalnych sklepach, a potem trzeba spalić, by z dymem dotarły do nieba.

- Ja też je paliłem, wraz z innymi, gdy pojechałem pożegnać ojca przyjaciela - przyznaje pan Marek. - A gdy już spaliliśmy wszystko, co trzeba, postawiliśmy na rodzinnym grobie, wykopanym na zboczu góry, butelkę wódki i wystrzeliliśmy petardę, by uprzedzić niebiosa, że niebawem będą mieli gościa.

Na pogrzebie powinno być dużo ludzi, bo to wielki honor dla zmarłego. Niektórzy próbują więc zwabić żałobników w dosyć osobliwy sposób. Urządzają mianowicie… striptiz.

"Agencja Xinhua poinformowała swego czasu, że na pogrzebie wieśniaka z prowincji Jiangsu pojawiło się prawie 200 osób! Jak nietrudno się domyślić, to nie sztywne ciało zmarłego było głównym obiektem zainteresowania" - napisał Marek Pindral w swojej książce.

W ciągu dwuletniego pobytu zwiedził Chiny wzdłuż i wszerz, od góry do dołu. Zachwycał się mozaiką tarasowych ryżowych pól w Yunnanie, poznawał mniejszości etniczne, przyglądał się bogactwu jednych i biedzie innych.

W pewnym miasteczku w Syczuanie spotkał np. młodego mężczyznę, który obwoził po ulicach swoją chorą matkę. Leżała na noszach, pod nią był głośnik, a na jej brzuchu - kartka i niewielka plastikowa miska. Syn tłumaczył do mikrofonu, na co kobieta choruje, i prosił o datki.

W Chinach trzeba się najczęściej leczyć (i uczyć) na własny koszt. Nie masz pieniędzy - to się nie leczysz (nie uczysz). A na starość musisz liczyć głównie na dzieci. System emerytalny jest jeszcze w powijakach, na razie obejmuje zaledwie 35 proc. zatrudnionych. Z raportu opublikowanego przez Chińską Akademię Nauk Społecznych wynika, że osób powyżej 60. roku życia jest tam już 202 mln. Społeczeństwo się starzeje, zwłaszcza że oficjalnie nadal wolno mieć tylko jedno dziecko.

- Ale my się do tego chińskiego modelu powoli zbliżamy - zauważa pan Marek. - Skoro aż 30 procent Polaków pracuje na umowach śmieciowych…

Od kuchni

Chińska kuchnia to temat rzeka i przy stole mantra "bądź otwarty, bądź otwarty" przydaje się jak w żadnym innym miejscu. Powszechnie wiadomo, że tam się jada wszystko, co ma nogi, oprócz stołu. Nawet to, co trudno wziąć do rąk. Można dostać na talerzu mrówki, szczury, jaszczurki i wielbłądzie garby. Ale wbrew pozorom, pan Marek, wegetarianin, nie miał z jedzeniem problemu. Ba! Twierdzi, że czuł się tam jak w kulinarnym raju.

- Zamawiałem nie tylko ryż, makaron i smażone kostki tofu - podkreśla. - Chiny to imperium smaków, kucharze potrafią zrobić coś z niczego.

Słynnej kaczki po pekińsku oczywiście nie spróbował. Bacznie się natomiast przyglądał, jak jest przyrządzana. I zdumiał się niezmiernie, gdy zobaczył, do czego może służyć pompka od roweru. Do czego? Do wdmuchiwania powietrza w szparę między skórką a mięsem, by po upieczeniu przyjemnie chrupało.

To, czego nigdy nie chciałby doświadczyć po raz drugi, to wizyta w miejscu, w którym hoduje się psy… na stół. Nie zapomni przerażenia, jakie miały w oczach, gdy ludzie, wielkimi kijami, tuż obok, zabijali ich kolegów. Nie zapomni wycia tych, które czekały na swoją kolej.

A czego się podczas tego pobytu w Chinach nauczył? Cierpliwości, otwartości, tego, że trzeba dyskutować z ludźmi, którzy dyskutować nie potrafią. Tolerancji. Tego, że na wszystko trzeba czasu. W Chinach też zachodzą zmiany, ale wolniej, bo w kraju liczącym miliard 300 milionów mieszkańców bardziej jest wskazana ewolucja niż gwałtowna rewolucja. Chińska polityka musi być bardzo dalekowzroczna.

Kiedyś płynął statkiem po Jangcy. Podszedł do niego młody Chińczyk, wskazał świecący nad rzeką księżyc i rzekł nienaganną angielszczyzną: - Mam nadzieję, że kiedyś będzie on naszą prowincją. Jego kamienna twarz dowodziła, że mówił to całkiem poważnie.

i.laszyn@prasa.gda.pl

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

polecane: "Bez ściemy" o prawnikach

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Więcej na temat:

Wybrane dla Ciebie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3