Ostatnia misja ministra Sienkiewicza: wytropić tych, którzy podsłuchiwali

Tomasz Słomczyński
Bartłomiej Sienkiewicz
Bartłomiej Sienkiewicz Krzysztof Szymczak
Minister spraw wewnętrznych, Bartłomiej Sienkiewicz przyznał wczoraj, że "politycznie nie ma przed sobą przyszłości". Zasugerował, że ministrem jest jeszcze tylko dlatego, że jego odwołanie wprowadziłoby chaos do pracy resortu, a byłoby to niebezpieczne i szczególnie szkodliwe w sytuacji, w której ktoś podsłuchuje najwyższe władze państwowe, robi to od długiego czasu i bezkarnie.

W ten sposób dowiedzieliśmy się o ostatniej misji Bartłomieja Sienkiewicza w rządzie: wytropić, złapać i wsadzić do więzienia tych, którzy dokonali podsłuchowej próby zamachu stanu.

Bo też sytuacja jest - podobno - poważna. Tak mówi sam premier, a wokół niego nie brakuje komentarzy, że być może wszystko jest robotą obcych (czytaj: rosyjskich, bo jakich innych?) służb specjalnych.

Czyli balon zaczyna być dmuchany. Jeśli pęknie na skutek spektakularnej akcji zatrzymania winnych, służby odniosą sukces, który zatrze obecny niesmak wynikający ze swobody i bezkarności podsłuchujących. Ale co będzie, jeśli z tego balonu powietrze będzie uchodzić powolutku, cichcem i nigdy się nie dowiemy, kto i dlaczego podsłuchiwał?

Wtedy pozostanie przekonanie - dla Platformy w obecnej sytuacji bardzo groźne - że oto ktoś (Rosjanie?) po raz kolejny zrobił z nas durni.

Nagrania są na rynku

Tymczasem wiele wskazuje na to, że ostatnia misja Bartłomieja Sienkiewicza może być z gatunku niemożliwych do wykonania i straceńczych zarazem.

Dla porządku przywołajmy fakty. W ostatnią sobotę zostało upublicznione przez tygodnik "Wprost" nagranie dwóch rozmów. Obydwie odbyły się w pokoju dla VIP-ów w eleganckiej restauracji Sowa i Przyjaciele w Warszawie. To nie wszystko. Mówi się, że mogą zostać ujawnione jeszcze inne nagrania, między innymi wicepremier Bieńkowskiej z szefem CBA. Tak czy inaczej, już na podstawie tych dwóch opublikowanych nagrań można wysnuć wniosek, że realizowali je profesjonaliści, a sama akcja była przeprowadzona ze znawstwem i wprawą.

Dwa tropy w śledztwie

Zapytaliśmy doświadczonego prokuratora, jakby postępował w tej sprawie, gdyby ją dostał na biurko. Zgodził się odpowiedzieć na nasze pytania, pod warunkiem, że zachowa anonimowość.

- Przyjmując, że miałbym tylko to, o czym mówią media, poszedłbym z czynnościami w dwóch kierunkach. Pierwszy - to jest restauracja, drugi zaś - redakcja tygodnika "Wprost". W obydwu przypadkach szukałbym "wyjścia na osoby".

Chodzi o informacje, które pozwoliłyby np. założyć podsłuch, rozpocząć obserwację. Czyli wykrzykiwane w twarz przesłuchiwanemu: "Nazwiska, adresy, kontakty!".

- Sytuacja jest trudna - przyznaje prokurator. Jeśli chodzi o restaurację, to zamiatalibyśmy tam kurz. Znaleźlibyśmy tylko to, co sprawca by chciał, żebyśmy znaleźli. Jeśli mamy do czynienia z profesjonalistami, to z pewnością zrobili wszystko tak, żeby nie zostać wykrytymi. Natomiast z redakcją tygodnika jest jeszcze gorzej. Jeśli dziennikarze odmówią współpracy, prokurator w żaden sposób nie może ich do niczego zmusić. Obowiązuje tajemnica dziennikarska.

Menedżer

Tyle teoretyzowania. W rzeczywistości do akcji z impetem wkroczyło ABW, przynajmniej tak się to przedstawia w mediach. Funkcjonariusze mieli pojawić się w restauracji Roberta Sowy w sobotę oraz niedzielę, przeprowadzając kontrolę. Jednak nie wiadomo, czy coś interesującego udało się znaleźć. Z pewnością ci, którzy nagrywali, wiedzieli, że lokal będzie od soboty "spalony". Jeśli coś w nim pozostawili, to tylko dlatego, że chcieli, żeby to coś wpadło w ręce ABW.

W międzyczasie w sprawie podsłuchów zostało wszczęte śledztwo, jego prowadzeniem zajęła się Prokuratura Okręgowa Warszawa Praga (za nielegalne podsłuchiwanie grożą dwa lata więzienia). Z czasem w doniesieniach medialnych pojawiła się informacja, że został "zatrzymany" niejaki Łukasz N., menedżer restauracji, który miał rezerwować terminy w salce dla VIP-ów restauracji Sowa i Przyjaciele. Wcześniej podobno pracował w innych restauracjach, w których jadali politycy.

Próbowaliśmy potwierdzić informację o tym zatrzymaniu. - Nic mi nie wiadomo, żeby ktokolwiek w tej sprawie został zatrzymany. Jeszcze nie otrzymaliśmy żadnych materiałów od ABW - mówiła wczoraj Renata Mazur z Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga.
Dodajmy, że o postawieniu zarzutów i formalnym zatrzymaniu zadecyduje nie ABW, lecz prokurator.

- Ten menedżer restauracji został po prostu zabrany na przesłuchanie - ocenia zapytany przez nas prokurator. - To jeszcze nic nie znaczy, tym bardziej, że jest przesłuchiwany w charakterze świadka. Nie sądzę, żeby ci, którzy nagrywali, "zostawili" na miejscu zdarzenia kogoś, kto może cokolwiek wnieść do śledztwa. Dlatego sądzę, że ABW nie ma na niego kwitów, facet wyjdzie, a ABW zostanie z niczym. Chyba że ktoś się wysypie, zacznie mówić. Albo są jakieś informacje, choćby z kontrwywiadu, które pozwolą na przykład wyjść na konkretne osoby... Być może ABW ma coś takiego, ale o tym, rzecz jasna, się nie dowiemy. Może się okazać, że teraz, kiedy o sprawie mówi cała Polska, wykrycie tych sprawców po prostu nie jest już możliwe.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie