Osadzeni w Zakładzie Karnym na Przeróbce wystawią spektakl "Czekając na Godota"

Irena Łaszyn
Role rozdzieliła Ida Bocian, która podjęła się realizacji spektaklu. Starała się dopasować typy osobowości do Beckettowskich postaci. Jest trzech Estragonów i trzech Vladimirów, ale Lucky tylko jeden
Role rozdzieliła Ida Bocian, która podjęła się realizacji spektaklu. Starała się dopasować typy osobowości do Beckettowskich postaci. Jest trzech Estragonów i trzech Vladimirów, ale Lucky tylko jeden Przemek Świderski
Jeden siedzi za rozbój, drugi - za jazdę po pijaku. Jeden ma lat 20, a drugi - 60. Łączy ich to, że są aktorami i że nigdy nie byli w teatrze. Na próbę spektaklu "Czekając na Godota", wystawianego przez Zakład Karny na gdańskiej Przeróbce, wybrała się Irena Łaszyn

Samuel Beckett pewnie by się zdziwił. Estragonów jest trzech, podobnie jak Vladimirów, do tego Pozzo, Lucky i Chłopiec, razem - dziewięciu. Tylko sześciu się zgadza na rozmowę i zdjęcia. A Godot, wiadomo, jeśli w ogóle istnieje, to i tak się nie ujawni. Inaczej człowiek nie miałby po co czekać i po co żyć.

Pod celą każdy czeka. Na śniadanie, na obiad, na kolację i na "Pierwszą miłość" w telewizji. Taki serial, oglądany przez kobiety i wyśmiewany przez mężczyzn. Ale tylko tych, którzy nie siedzą.
Pan Marek siedzi, więc ogląda. Czeka na kolejny odcinek, dzień po dniu. Wszystko go kręci: Co z Grażynką i Grześkiem, co z Dagą i Mikserem? Kto się zakocha, kto odkocha?

- Kiedyś pokpiwałem z żony, że na głupoty patrzy, a teraz sam się na to gapię - mówi. - Pod celą czterech chłopa i telewizor. To co mamy robić? Największe zmartwienie to zagospodarowanie czasu. Czekanie.
Ale nie narzeka. Na oddziale terapeutycznym, dla uzależnionych od alkoholu, na którym przebywa, warunki są niemal luksusowe. Co czterech, to nie dziesięciu. Choć skład taki sam jak wszędzie. Jest 20-latek i jest 60-latek, jest taki, co siedzi za rozbój, i taki, co jechał po pijaku, jak on. W sądzie nie ma sprawiedliwości.

Pan Marek dostał pięć lat, wyjdzie w 2016.
- Sam sobie zapracowałem - wzrusza ramionami. - Miałem zawiasy, ale zlekceważyłem. Jeździłem, wbrew zakazowi.
Jemu nie jest źle. Siedzi sobie, ma ciepło. Ale po drugiej stronie muru, też w Gdańsku, została żona z czwórką dzieci. Nie mają pieniędzy, nie mają gdzie mieszkać. Trochę są u jednej rodziny, trochę u drugiej. Czekają na lokal komunalny, bez większej nadziei, bo wciąż spadają na dół listy.
- Przeze mnie - uważa pan Marek. - Spać przez to nie mogę.

* * *

Dobrze, że jest ten teatr. On jest czymś ważnym. Rozwija, uwrażliwia. Wcale nie chodzi o zabicie czasu.
- Ja teraz nawet telewizję inaczej oglądam - wyjawia pan Marek. - Już nie tylko śledzę obraz czy akcję, ale szukam drugiego dna, czytam między wierszami.

Próba sztuki - raz w tygodniu, w środę, przez trzy godziny. Marek jest Vladimirem, jednym z trzech. Podobnie jak jego kumpel Estragon, bezdomny włóczęga, czeka na Godota. Usiłuje przyswoić tekst, dziesięć stron.

- Dam radę - zapewnia. - Trudniej było za pierwszym razem. Bo ja już kiedyś grałem w sztuce, byłem Hamletem, jednym z sześciu. Być albo nie być, pytałem ze sceny. Każdy z aktorów wymyślał własną interpretację. Ja wymyśliłem Hamleta, który pisze ten swój monolog, miałem przed sobą kartki. Przedstawienie odbywało się na zewnątrz, ale ja wtedy nie mogłem opuszczać zakładu. Nagrali mnie więc, a potem odtworzyli. Nawet nie wiem, jak wypadłem.
Teraz spotka się z widzem oko w oko. Jak w prawdziwym teatrze.

* * *

Trwa próba. Estragon I usiłuje przekrzyczeć Estragona II, a Pozzo - Vladimira. Fruwają rekwizyty. Tu kapelusz, tu fajka, a tu kartki z tekstem.

Ida Bocian, aktorka i menedżer kultury, która podjęła się realizacji spektaklu, usiłuje ten harmider opanować. Do Zakładu Karnego na gdańskiej Przeróbce przychodzi już od października, skazani zdążyli ją zaakceptować.
- Właściwie, to zaprosiła mnie do tego projektu Małgorzata Polakowska, która studiuje kulturoznawstwo na Uniwersytecie Gdańskim - wyjaśnia. - Teatr i praca z osadzonymi jest częścią jej pracy magisterskiej.

Pani Małgorzata, atrakcyjna blondynka, z burzą włosów na głowie, siedzi w kącie i notuje.
- Chcę sprawdzić, na ile teatroterapia ma wpływ na resocjalizację - tłumaczy. - A przy okazji zrobić autorski projekt. Gdy Ida prowadzi warsztaty, ja spisuję wszystkie obserwacje.
- I co pani zaobserwowała?
- Że zależy im na tych zajęciach. Może dlatego że to dla nich trzy godziny wolności?

Ida Bocian zauważa, że Małgorzata przygląda się także jej, nie tylko skazanym. Bada jej reakcje i fragmenty procesu, który w niej zachodzi.
- Wciąż się tu czegoś uczę - nie ukrywa pani Ida - na przykład cierpliwości i elastyczności.

Praca nad dziełem Becketta też była wyzwaniem. Musiała dokonać gwałtu na tekście, skrócić go do półtora aktu i znaleźć pomysł na role dla dziewięciu aktorów. Oryginał potrzebował tylko pięciu.

Niektórzy pytają: A dlaczego akurat Beckett ze swoim Godotem? Nie lepiej było wziąć na warsztat jakąś lekką komedię? Odpowiada: Nie, bo to także część projektu. I kawał historii. W latach 50., w USA, więźniowie zainteresowali się tekstami Becketta, zaczęli je wystawiać, to był właśnie rodzaj resocjalizacji. Jeden z nich, Rick Cluchey, skazany za napad na bank, po odbyciu kary, gdy wyszedł na wolność, zaprzyjaźnił się z autorem, razem z nim pracował. Sztuka "Czekając na Godota" jest ponadczasowa.

- Beckett pisał o pewnym zapętleniu w czasie, o powtarzalności dnia, o byciu w świecie postapokaliptycznym - tłumaczy Ida Bocian. - A bycie w rutynie zakładu karnego można na to czekanie na Godota przełożyć. Więźniowie wciąż na coś czekają. Na widzenie, na przepustkę, na wolność.

* * *

Role rozdzieliła pani Ida. Nie było castingu ani konkursu ofert. Po prostu: Oni czytali, ona słuchała. Dopasowała typy osobowości do Beckettowskich postaci. Czasami działała na zasadzie opozycji, bo jeden z najstarszych uczestników gra… Chłopca. Odkryła talenty. Taki, na przykład, pan Piotr, czyli Vladimir - boski!

Każdy może być Vladimirem. Każdy może być artystą. Nawet gdy przedtem nie chodził do teatru, nie grał i nie czytał. Któryś powiedział: - To najdłuższy tekst, przez który przebrnąłem. Oczywiście, poza "Dziećmi z Bullerbyn".
To już trzecia godzina pracy nad sztuką, a jakoś się wszystko myli.

- Wciąż zapominacie, kto po kim wchodzi! - upomina aktorów Ida Bocian. - I do kogo wygłaszacie te kwestie. Panie Tadeuszu, proszę patrzeć na publiczność! Panie Darku, niech pan spojrzy na kolesi, z którymi pan kibluje…
- Kiblować to można w szkole - poucza któryś.
- Patrzcie przed siebie, na dyrektora, który siedzi w pierwszym rzędzie! Nie chowajcie się!
Pan Tadeusz jest w tym gronie najstarszy, ma 61 lat. Na Przeróbce od dziesięciu miesięcy. To jego pierwszy wyrok, za jazdę po pijanemu. Dramat.

- Przepracowałem 42 lata, byłem murarzem, żyłem przyzwoicie - podkreśla.
Ale z alkoholem chyba sobie nie radził, skoro siadł za kierownicę po spożyciu. Gdy trafił na terapię, najpierw zaprzeczał, że ma problem. A teraz już nie zaprzecza.
Pan Tadeusz gra Vladimira. Czas się zatrzymał, możemy jeszcze czekać - mówi na scenie. Ale tak naprawdę to ciężko czekać. Najbardziej dokucza samotność.
- Cały czas czekam na wyjście - wyznaje.

* * *

Pan Robert jest Estragonem. Uczy się roli.
- Nigdy nie byłem w prawdziwym teatrze - przyznaje. - Nie było mi po drodze.
Ma 24 lata, trochę narozrabiał.
- Długo pan tu jest?
- O, będzie parę latek! Ale za pół roku wychodzę.
- Ma pan jakiś zawód?
- Po Harvardzie nie ma zawodu.

Pan Grzegorz, o pięć lat starszy, też jest Estragonem. Ma dwanaście stron do wykucia.
- Ja ten teatr zaczynam - mówi. - Siedzę na kamieniu, usiłuję ściągnąć but. Ciężko mi idzie, więc przekonuję sam siebie, że nic się nie da zrobić. Wtedy wchodzi Vladimir, czyli Piotr, równie zniechęcony. Gadamy.
Pan Piotr zapamiętał takie zdanie: Spokojnie, Vladimir, wszystkiego jeszcze nie spróbowałeś. Ale generalnie to ani w tym Estragonie, ani we Vladimirze nie ma za dużo entuzjazmu. Czekają bez sensu na kogoś, kto nie wiadomo kim jest i czy w ogóle przyjdzie.

- Zakład karny uczy cierpliwości - zauważa pan Grzegorz. - Przede mną jeszcze 11 miesięcy.
Jego historia jest dość zawiła. Narozrabiał, dostał wyrok w zawiasach, ale wyjechał do Włoch i zapomniał o tym powiedzieć kuratorce. W tych Włoszech miał mieć dobrą pracę, trafił jednak na oszustów. To głośna sprawa, w 2004 roku pisały o niej wszystkie gazety. Zanim się uwolnił i poukładał życie, polski wymiar sprawiedliwości stracił cierpliwość. Dostał trzy i pół roku. Na szczęście, narzeczona nadal czeka. Przyjeżdża na widzenia. To wartościowa dziewczyna, po studiach, animatorka kultury. Dlatego pan Grzegorz też chce coś skończyć. Zapisał się do liceum, zamierza zdać maturę.
- Tyle tu różnych zajęć, że nie mam kiedy przeczytać książki - twierdzi. - Ostatnia, którą miałem w ręku, to "Cień wiatru" hiszpańskiego pisarza Carlosa Ruiza Zafona.

Pan Piotr czeka na sierpień, bo wtedy wraca do Warszawy, do żony i dziecka.
- Od kiedy syn nauczył się czytać, przestał wierzyć, że wyjechałem do pracy - mówi. - Ma siedem lat, sam więc odczytał napis nad bramą, gdy przyjechał na widzenie.

* * *

Pan Sebastian gra Lucky'ego. Ma na sobie pomarańczowy kombinezon, w ręku - wiklinowy koszyk (przecież Lucky idzie na targ), na nosie - gustowne okulary. Okulary są jego własne, żaden tam rekwizyt.
- Gram upadłego intelektualistę - przypomina.
- Pan też jest intelektualistą?
- Jestem normalnym człowiekiem, tyle że odsiadującym wyrok. Na wolności eksportowałem grzejniki dekoracyjne do Francji. Ale miałem problem z alkoholem. Trafiłem do zakładu, bo znieważyłem funkcjonariusza na służbie.
Czeka na terapię, już kolejną. Za każdym razem wierzy, że się uda.

Sebastian, jako jeden z nielicznych, bywał w teatrze. Przeważnie śledził spektakle na Scenie Letniej w Orłowie, bo miał najbliżej. Tam sztuki "Czekając na Godota" nie było, ale Samuel Beckett nie jest mu obcy. Fascynował go.
- On sam nigdy nie siedział, ale pisał dla skazanych - twierdzi. - Utożsamiał się z ludźmi odrzuconymi. A ponieważ mieszkał koło więzienia, to kontaktował się z nimi za pomocą lusterka. Sztukę "Czekając na Godota" można odczytywać na kilka sposobów.
Za tydzień - premiera, z udziałem widowni, choć nie będzie to spektakl otwarty. Do zakładu równie trudno wejść, jak z niego wyjść. Trzeba się poruszać w pewnych ramach.

Ale generalnie to supersprawa, że jest ten teatr i jest ten spektakl - uważa Sebastian. Że jest możliwość grania, sprawdzenia się, zagospodarowania czasu. Najgorsze jest nicnierobienie. Czekanie na wyimaginowanego Godota.
- A pan na co czeka?
- Na wyjście. Na wolność. Jak wszyscy aktorzy.

* * *

Pan Michał (woli bez nazwiska), od trzech lat wychowawca w Zakładzie Karnym na Przeróbce, od kilku miesięcy na oddziale II, terapeutycznym: - Większość tych ludzi weszła w konflikt z prawem z powodu alkoholu. Dlatego muszą przejść terapię, żeby zacząć zdrowieć. Zdrowienie to długi proces. Właściwie, to nigdy nieskończony. Nawet na wolności.
Mjr Robert Witkowski, rzecznik Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Gdańsku, coś o tym wie. Przez 12 lat był terapeutą uzależnień, pracował na Przeróbce. Nadal z zainteresowaniem śledzi to, co się tam dzieje.

- Mamy 12 różnych programów, skierowanych do skazanych - opowiada ppor. Agnieszka Szultka, psycholog i oficer prasowy w zakładzie. - Począwszy od programu "Ojciec i dziecko", dla tych, którzy chcieliby się wzmocnić w roli ojca, skończywszy na takich bardzo specyficznych programach jak na przykład trening zastępowania agresji, przeznaczony dla osób, które brały udział w rozbojach czy pobiciach.

Zakład Karny na gdańskiej Przeróbce ma charakter półotwarty i otwarty. Przebywa w nim 627 osób, odbywających karę pozbawienia wolności po raz pierwszy. To osoby skazane z całego kodeksu karnego, za przestępstwa najcięższe i za to, że kradły prąd.

Z aktorami grającymi w spektaklu też tak jest. Pełne spectrum.
- Mógł się zgłosić każdy, kto chce nad sobą pracować - wyjaśnia ppor. Agnieszka Szultka. - To rodzaj terapii, która pozwala się uaktywnić i sprawdzić potencjał. Trzeba odwagi, żeby stanąć przed dużą grupą ludzi i wygłosić kwestię ze sztuki.
Kiedy teatr wkroczył za więzienne mury? Mjr Witkowski przypomina, że najpierw skazani wyszli do teatru. Większość - po raz pierwszy w życiu. Był to rok 1998. Potem teatr zaczął przychodzić do skazanych, spektakle odbywały się na terenie jednostki. A teraz nastąpiła kolejna rewolucja: Skazani sami robią teatr. Oczywiście, nic by z tego nie było, gdyby nie zaangażowanie psychologów, wychowawców i innych funkcjonariuszy. Do tego trzeba zapału. Ze strony opiekunów i ze strony osadzonych.

- Nie wszyscy są zainteresowani zmienianiem siebie - nie ukrywa mjr Witkowski. - Niektórzy chcą po prostu przesiedzieć wyrok w celach.
- Albo coś sobie ugrać - dodaje ppor. Szultka. - Z czasem jednak, przynajmniej u niektórych, motywacja się zmienia. Próbują coś ze swoim życiem zrobić.
Czekają na koniec kary. Na wyjście.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie