Opowieści nie tylko o śmierci: Zabójstwo na zamówienie

Krzysztof Maria Załuski
Krzysztof Maria Załuski
pixabay
Udostępnij:
Tu, na Münsterplatz świt zawsze miał woń śmierci. Tak samo jak zmierzch, jak noc, jak dzień, i jak wiatr od gór… Dla Harbhajana Singha od początku wszystko dyszało tutaj rządzą nienawistnej śmierci. Jedna z jego córek, kiedy już to się stało, powiedziała dziennikarzom, że taka była karma jej rodziców, i że niepotrzebnie szukają w ich nieszczęściu sensacji.

Codziennie o świcie Harbhajan Singh obserwował zmagania życia ze śmiercią. Przyglądał się tej odwiecznej, świętej walce, w której zawsze i niezmiennie wygrywała śmierć. Od lat starał się uchwycić moment, w którym życie zastyga nagle w kurzych łebkach i gęsich wątrobach, krzepnie w żyłach, gaśnie w wyblakłych rybich oczach. Podpatrywał w jaki sposób rzeźnicy zadają jednym uderzeniem tasaka śmierć tym wszystkim kaczkom, kurczakom i indykom; i jak potem patroszą je, odzierają ze skóry, dzielą na filety, udka i skrzydełka, i jak na koniec napełniają plastikowe pojemniki niejadalnymi resztkami.

Harbhajan widział, że ci mężczyźni zabijają całkiem machinalnie, tak jak się oddaje mocz albo spluwa. Niekiedy wydawało mu się jednak, że robią to dla przyjemności, albo z nudów – czasem czekając na samochód, który zabiera targowe odpady, zabawiali się w wydłubywanie oczu martwym ptakom… Mimo to Harbhajan uśmiechał się do nich, kiwał z aprobatą głową, częstował papierosami i piwem. Wiedział bowiem, że w życiu rzadko można być tygrysem, że łatwiej przetrwać jako kameleon lub żmija… Nauczył go tego ojciec, Jagmohan Singh – były kolonialny urzędnik Jego Królewskiej Mości Króla Jerzego VI.

Harbhajan Singh od początku nie lubił swojego zawodu. Chciał, tak jak ojciec, zostać brytyjskim urzędnikiem. Jednak Imperium rozpadło się w proch i Jagmohan Singh nakazał synowi zostać kupcem… W szkole handlowej w Southall pod Londynem było wielu, takich jak on, hinduskich chłopców, dla których handel był jedyną nadzieją na przyszłość. Harbhajan brzydził się jednak kupczenia, spekulacji, całego tego krętactwa, które odtąd stanowić miało treść jego życia. Po śmierci ojca próbował uciec od rodziny, od tradycji, od własnych kompleksów. Po upadku muru berlińskiego wyjechał do Niemiec, ale to nic nie zmieniło. Przez dziesięć lat prowadził obwoźny „kram z okropieństwami” – tak nazywał obrazy przedstawiające rajskie ptaki, skrzydlate konie, półnagie kobiety o twarzach clownów, portrety Pameli Anderson i Harry’go Pottera, staroruskie ikony, wazy ze schyłkowego okresu dynastii Ming, podobizny chrześcijańskich świętych i gipsowe posążki Buddy… Z każdym rokiem Harbhajan Singh coraz bardziej tego wszystkiego nienawidził. Od niedawna znienawidził także siebie: ciemnoskórego, łysiejącego człowieczka, uwięzionego pomiędzy kurtkami ze świńskiej skóry a akrylowymi swetrami, między srebrem a platyną cekinów, pomiędzy wschodem a zachodem słońca, nienawiścią a pogardą, życiem a śmiercią.

Harbhajana Singha nienawidziła także żona – piękna Elisabeth…

Co sobotę Harbhajan zabierał ją na Münsterplatz, żeby popatrzyła sobie tymi swoimi oczami koloru pustynnego piasku na ludzi. Żeby zrozumiała jak koszmarny jest świat, w którym on musi codziennie od nowa dokonywać wyboru pomiędzy złem mniejszym a większym, aby ona i ich dzieci mogły cieszyć się rodzinnym szczęściem… Ale Elisabeth nie chciała słyszeć ani o barbarzyństwie rumianych rzeźników, ani o pogardzie, z jaką wszyscy traktują tutaj cudzoziemców. Elisabeth wolała pejzaże w plastikowych ramach: drapacze chmur na Manhattanie, stalowego rekina na tle rafy koralowej i egipskie piramidy. Ale najbardziej podobały jej się kiczowate kwiaty, które zamiast wzbudzać w niej obrzydzenie, kojarzyły się z londyńskim ogrodem Kew, z rodzinnym domem na Battersea, z szarą jak dym Tamizą i z czterema monstrualnymi kominami nieczynnej elektrowni.

Kiedyś go chyba jednak kochała, ale to było dawno. Była wówczas biedna, a o tym bardzo szybko się zapomina… Początkowo miała nawet wyrzuty sumienia, że nie kocha mężczyzny, za którego wyszła za mąż. Później jednak straciła do niego nie tylko miłość, lecz również szacunek. I to był już koniec… Sypiała z nim rzadko, najwyżej kilka razy w roku. Kiedy się w nią wślizgiwał, czuła zupełną obojętność, tak jak podczas ginekologicznych badań. Płomień, który rozbłysnął, kiedy kochała się z nim po raz pierwszy, przygasał z każdym rokiem coraz bardziej. Ostatnio nie potrafiła już nawet wyobrazić sobie tych spazmów rozkoszy, za które ojciec skatował ją prawie do nieprzytomności. Tamtej nocy uciekła z piętnaście lat od siebie starszym Harbhajanem najpierw do Southall, gdzie wynajmował suterenę, a w tydzień po potajemnym ślubie w ratuszu na Uxbridge, na wschód Niemiec… Tam Harbhajan zamknął ją w wieży z kości słoniowej, a ona, w zamian za to, urodziła mu czworo brązowych jak kakao dzieci.

Ale teraz, kiedy Harbhajan oświadczył jej, że niedługo umrze, poczuła się nieswojo. W pierwszej chwili nie wierzyła, że mąż ma złośliwego raka mózgu, i że jego śmierć jest kwestią kilku miesięcy. Uwierzyła dopiero gdy dostał napadu padaczki… Tamtego dnia po raz pierwszy od lat usiedli razem do stołu. I kiedy tak patrzył na nią, zrozumiała jak bardzo będzie go jej brakowało.
Długo zastanawiał się, którego z nich wybrać. Każdy na swój sposób był odrażający, na swój sposób budzący grozę – wszyscy jednak z czasem dawali się lubić. Wreszcie Harbhajan zdecydował się na najmłodszego, niespełna osiemnastoletniego wyrostka.
Nazywali go Kurt Dobrodziej – ponoć dlatego, że z czystej litości ukręcał łby zamkniętym w klatkach kurczakom… Kurt Dobrodziej był ze wszystkich rzeźników najmniej gadatliwy. Nawet piwo pił w skupieniu, jakby o czymś rozmyślał. Kiedy Harbhajan zaproponował mu 50 tysięcy marek, nawet specjalnie się nie ożywił. Umówili się, że 20 tysięcy Harbhajan Singh da mu natychmiast, a drugą ratę Kurt znajdzie w jego kieszeni po robocie.

Chłopak patrzył na Harbhajana dłuższą chwilę, a potem poklepał go po twarzy.

– Tylko zrób to tak, żeby nie bolało – poprosił Hindus.
– Masz to jak w banku, czarnuchu – powiedział Kurt Dobrodziej, a potem przeliczył banknoty, dopił piwo i nie żegnając się odszedł.
Harbhajan Singh wychylił się z mroku brezentowego straganu. Zapalił papierosa i myśląc o polisie ubezpieczeniowej na pół miliona marek, którą po jego śmierci zrealizuje Elisabeth, krzyknął w stronę przesuwającego się tłumu:
– Ladies and Gentlemen, piękne obrazki, proszę kupować…

Ktoś uśmiechnął się do rekina, ktoś inny do żony Harbhajana. Jakaś umysłowo chora staruszka wycharczała kilka niezrozumiałych zaklęć i pogroziła niebu kościstą pięścią.
Harbhajan Singh tym razem jednak się nie odsunął. Nawet nie chrząknął, jak to zwykle czynił, kiedy starał się pokryć zmieszanie. Krzyknął tylko jeszcze raz:
– Piękne obrazki… Kupować, tylko pięć marek.

I wtedy zobaczył ich jak wychodzą zza baru, w którym tydzień wcześniej dobił z Kurtem targu…
Było ich pięciu: wysokich i krępych. Mieli na sobie wojskowe spodnie i czarne kurtki. Widział, że szukają go wzrokiem. Przez moment poczuł strach, ten zwierzęcy lęk, który każe w takich sytuacjach natychmiast uciekać. Ale zaraz potem wyobraził sobie powolne konanie na oddziale onkologicznym miejscowego szpitala – przerzuty, guzy, włókniaki i ten upiorny ból, którego w końcowej fazie nie może zagłuszyć nawet morfina.

Najpierw jeden z nich napluł mu w twarz. Kiedy Harbhajan sięgnął po chusteczkę, drugi kopnął go w kroczę. Hindus zatoczył się i wpadł do wnętrza namiotu. Teraz kopali go już wszyscy. Podnosili go z ziemi i kopniakiem podrzucali do góry, a gdy spadał na betonowe płyty wskakiwali na niego jak na worek z ziemniakami. Wreszcie jeden z nich wyjął nóż i uderzył go w plecy. Sekundę później Harbhajan poczuł kolejne ciosy w brzuch, w uda, w szyję.

A potem nie czuł już niczego. Nie wiedział nawet gdzie jest i co się z nim dzieje. Wydawało mu się tylko, że słyszy krzyk Elisabeth… Zanim świat przestał istnieć, Harbhajan Singh zobaczył stalowego rekina, piasek egipskiej pustyni i smutne oczy żony… Kobieta klęczała nad nim, a oni bili ją w głowę metalowymi prętami. Czuł na twarzy jej krew… Kiedy przykryła go swoim ciałem, pomyślał, że w tym scenariuszu zabrakło jedynie mydła z ludzkiego tłuszczu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

miejsce #1

Sencor

Sencor SCOOTER ONE 2020

1 780,33 zł1 348,00 zł-24%
miejsce #2

Xiaomi

Xiaomi Mijia Electric Scooter Essential Lite

1 650,00 zł1 449,00 zł-12%
miejsce #3

Techlife

Techlife X5S

3 699,00 zł3 450,00 zł-7%
miejsce #4

Motus

Motus Pro 11

15 999,00 zł14 999,00 zł-6%
Materiały promocyjne partnera

Polscy strażacy znów w akcji. Pomogą Francuzom gasić pożary

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie