Obywatele nieposłuszni sadzą drzewa w miastach. „Potrzebna jest zmiana myślenia” – mówią partyzanci-ogrodnicy z Extinction Rebellion

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Nielegalne sadzenie drzew w miastach jest manifestacją, gestem. Ma zwrócić uwagę na kryzys klimatyczny, bezczynność rządów w tej kwestii, a także wycinanie zielonych przestrzeni z jednoczesnym „betonowaniem” polskich miast i miasteczek. – Najważniejszą kwestią jest zmiana paradygmatu myślenia, także o planowaniu przestrzennym miast, by dbać o drzewa, o zieleń miejską, by miasta zazieleniać – tłumaczy Michał Kitkowski, przedstawiciel trójmiejskiego oddziału ruchu Extinction Rebellion, działającego w 80 krajach świata, niemal na wszystkich kontynentach. Extinction Rebellion Gdańsk – materiały prasowe
Nielegalne sadzenie drzew w miastach jest manifestacją, gestem. Ma zwrócić uwagę na kryzys klimatyczny, bezczynność rządów w tej kwestii, a także wycinanie zielonych przestrzeni, z jednoczesnym „betonowaniem" polskich miast i miasteczek”. – Najważniejszą kwestią jest zmiana paradygmatu myślenia, także o planowaniu przestrzennym miast, by dbać o drzewa, o zieleń miejską, by miasta zazieleniać – tłumaczy Michał Kitkowski, przedstawiciel trójmiejskiego oddziału ruchu Extinction Rebellion, działającego w 80 krajach świata, niemal na wszystkich kontynentach.
  • Michał Kitkowski, przedstawiciel trójmiejskiego oddziału ruchu Extinction Rebellion mówi, na czym polega ogrodnicza partyzantka.
  • „Straciliśmy drzewa, które są nam, ludzkości, niezbędne, a w zamian zostają uschnięte kikuty”.
  • Ludzie boją się drzew?
  • 100 drzew usuwa 454 kg zanieczyszczeń rocznie, w tym 181 kg ozonu i 136 kg zanieczyszczeń pyłowych
  • Jaki byłby idealny sposób zarządzania miejskimi zasobami zieleni?
  • Co wiemy o ruchu Extinction Rebellion?

***

Ogrodnicza partyzantka. Na czym polega?

Sadzonek było ponad sto: drzewa i kwiaty. Posadzone zostały w „nielegalny” sposób przez przedstawicieli ruchu Extinction Rebellion w Gdańsku (podobne akcje odbywają się w całej Polsce). Akcja odbywała się w ostatnim tygodniu kwietnia. Zwieńczeniem było sadzenie słoneczników 1 maja.

– Żółte, zawsze uśmiechnięte i zwrócone w stronę słońca są świetnym symbolem dobrej zmiany, o którą przecież chodzi – tłumaczył jeden z uczestników.

Rebelianci posadzili drzewa między innymi w okolicach terenów postoczniowych i w miejscu nielegalnej wycinki przy al. Zwycięstwa na Aniołkach, m.in. na gruntach należących do samorządu Gdańska. Nie pytali nikogo o zgodę. To właśnie naruszenie prawa własności jest głównym, prawnym „grzechem” tej akcji, bo już zasadniczych przepisów dotyczących sadzenia drzew z dala od linii energetycznych lub innego rodzaju przyłączy, partyzanci przestrzegają.

– Nasz przekaz jest prosty – mówimy, że zakup sadzonek nie jest wielkim wydatkiem. Każdy może je posadzić w odpowiednim miejscu, przygotowaliśmy instrukcję jak to zrobić – mówi Michał Kitkowski z trójmiejskiego oddziału Extinction Rebellion. – Oczywiście, nasadzenia na nie swoim terenie są po części nielegalne, to jednak działanie to można określić jako niosące ze sobą „niską szkodliwość społeczną czynu”. Moim zdaniem, jest wręcz przeciwnie – jest to społecznie bardzo korzystna akcja. W takim wymiarze nikt nie powinien traktować takiego działania jako przestępstwa.

Zaznaczmy, kilka lat temu w Poznaniu lokalny samorząd ukarał mieszkańców, którzy posadzili rośliny na miejskim gruncie. Jeden z mieszkańców musiał zapłacić 1 300 zł za „użytkowanie” samorządowego terenu. Urzędnicy podkreślali, że każde nasadzenie na miejskich gruntach należy uzgodnić.

– Nie można dokonywać takich działań bez zgody. Gdyby tak każdy mógł sadzić sobie drzewo w dowolnie wybranym miejscu, byłoby to niezgodne z prawem – tłumaczył jeden z nich.

– Myślę, że ogrodniczej partyzantki nie powinno się oceniać z perspektywy prawnej, ale jej słuszności, tego, czy ktoś, w konkretnym przypadku miejski urzędnik, podziela pogląd o poszanowaniu przyrody. Politycznie ta kwestia jest poza jakimikolwiek podziałami – odpowiada aktywista.

Ogrodnicza partyzantka w trosce o klimat

Nasadzenia ogrodniczej partyzantki raczej nie zrekompensują wyciętego szpaleru ponad 50-letnich drzew.

– Absolutnie nie. Nie jest kompetencją ekologicznych aktywistów prowadzenie miejskiej, czy gminnej gospodarki zielenią, pomijając fakt, że nie mamy odpowiednich środków finansowych.

– Nasza akcja jest symbolem. Miała za zadanie przede wszystkim zwrócenie uwagi na kryzys klimatyczny – tłumaczy Michał Kitkowski. – Oczywiście, chcieliśmy pokazać też, że trend w traktowaniu miejskiej zieleni powinien być odwrotny niż obecnie. Zamiast wycinek, powinny być prowadzone nasadzenia, bo zmiany klimatu przyspieszają i będą miały wpływ na to, czy w ogóle drzewa będą rosły.

– Mamy tego procesu przykład i na Pomorzu. Po wichurach w 2017 roku, obszary, na których powalone zostały lasy, bez drzew utraciły wilgotność. Odtworzenie lasów w tych miejscach jest teraz bardzo utrudnione. To, co robimy, jest wyrazem troski o klimat.

Kitkowski przytacza wycinkę szpaleru drzew w dzielnicy Aniołki. W tym roku mieszkańcy Trójmiasta alarmowali w kilku innych tego typu przypadkach, choćby nadmiernej przycinki al. Lipowej przy ulicy Liczmańskiego w Oliwie, o wycinkach w lasach (m.in. w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym). Wielu bulwersuje plan zagospodarowania nadmorskich terenów Brzeźna, który również zakłada usunięcie znacznych zadrzewionych połaci.

Zieleń miejska jest wycinana głównie pod inwestycje budowlane, a w bardzo dużej liczbie przypadków oznacza to zamianę zieleni na beton. Widzimy przykłady tzw. rewitalizacji prowadzonych przez samorządy, w których zieleń zastępuje smutna, betonowa tafla. Nie tak to powinno wyglądać – mówi Kitkowski.

– Nawet w Trójmieście takich wycinek jest zatrważająco dużo. Najgorsze jest to, że zasadzenia zastępcze, które, zgodnie z prawem, powinny uzupełnić usunięte drzewa, nie są prowadzone prawidłowo. To właściwie zasłona dymna. Zgodnie z prawem, zasadzeniami zastępczymi trzeba opiekować się trzy lata. Tak się dzieje, ale potem... one usychają. Nawet w Gdańsku mamy takie przykłady. Straciliśmy drzewa, które są nam, ludzkości, niezbędne, a w zamian zostają uschnięte kikuty.

– Drzewa są wycinane masowo, nawet w parkach. Często tłumaczy się wycinkę względami bezpieczeństwa, usuwając szpalery drzew, nawet bardzo starych, rosnące po obu stronach dróg. Nikt nie zwraca uwagi, że ich korony chronią asfalt, zmniejszając jego temperaturę.

– Leśnik, od którego kupowaliśmy sadzonki do naszej akcji, powiedział nam, że w polskich lasach trwa największa od II wojny światowej wycinka. Drewno pozyskane w Polsce trafia do Chin. Nasze państwo ma z tego doraźne zyski, ale nie myśli w perspektywie dekad, bo w takim czasie drzewa te rosłyby i służyły ludziom.

Przypomnijmy, kilka lat temu w całej Polsce piły masowo poszły w ruch, kiedy zaczęło obowiązywać tzw. Lex Szyszko (przepisy pozwalające na wycinkę bez zezwolenia szybko cofnięto).

Jacek Bożek, prezes Klubu Gaja mówił niedawno w „Dzienniku Bałtyckim” o „dendrofobii” w Polsce.

– Ludzie boją się drzew, postrzegają je za zagrożenie – tłumaczył.

– Nie wydaje mi się, by była to do diagnoza odnosząca się do wszystkich. Ludzie raczej lubią drzewa, czują, że one przynoszą spokój, wytchnienie, cenią ich walory przyrodnicze, choćby to, że stanowią schronienie dla ptactwa. Widzę, jak wielka liczba ludzi spaceruje po lasach, jak chętnie ludzie spędzają w nich czas, zwłaszcza w pandemii. Zauważmy, że niemal przy każdym domu rosną drzewa – mówi Kitkowski.

Ogrodnicza partyzantka. Potrzebna zmiana myślenia

Szacunki warszawskiej organizacji pozarządowej Miasto Jest Nasze wskazują, że w latach 2007-2016 w stolicy wycięto 230 tys. drzew. Od 2009 r. do 2015 r. z przestrzeni miejskich Krakowa zniknęło ich 80 tys. Pięć lat temu raport Najwyższej Izby Kontroli wskazywał, że na niemal 26 tys. wniosków o wycinkę drzew urzędnicy odmówili jedynie w 59 przypadkach. Natomiast niemal połowa wniosków była nierzetelna.

Do organizacji Miasto Jest Nasze należy m.in. Jan Mencwel, autor książki „Betonoza”, w której udokumentował przykłady usuwania całych parków z polskich miast oraz miasteczek i zastępowanie ich betonowymi placami.

– Przez lata to, co nazywano w Polsce rewitalizacją, było odbieraniem życia. Ciekawym eksperymentem byłoby sprawdzenie, jak „żyją” rynki miast po wybetonowaniu, a jak „żyją” te, gdzie udało się ocalić drzewa. Jestem gotów się założyć, że zielone przestrzenie miejskie są chętniej odwiedzane przez ludzi – mówił Mencwel w jednym z wywiadów.

W informacji aktywiści Extinction Rebellion o „w zasadzie nielegalnym sadzeniu drzew” napisali:

Chodzi nie tylko o utratę zieleni w miastach, w towarzystwie której po prostu lepiej się żyje, ale także – i przede wszystkim – o utratę naturalnych magazynów CO2 i wody, którymi są właśnie drzewa.

– Liście działają jak filtry. Wchłaniają różnego rodzaju pyły i inne chemiczne związki, a także absorbują je na liściach. Skuteczność takich drzewnych filtrów to nawet 75 proc. Jak wyliczono, 100 drzew usuwa 454 kg zanieczyszczeń rocznie, w tym 181 kg ozonu i 136 kg zanieczyszczeń pyłowych – podkreśla Janusz Mizerny, autor bloga green-projects.pl.

Instytut Eko Rozwoju w jednym ze swoich raportów wskazywał, że w mieście w czasie upalnego dnia obszary zielone mogą obniżyć temperaturę o kilka stopni Celsjusza, gdy rozgrzany beton, kamień lub asfalt może osiągać temperaturę o 20-30 st. C wyższą od temperatury powietrza.

Radosław Gawlik, działacz organizacji Eko-Unia podkreślał w swoich wyliczeniach, że najskuteczniej przed upałem chronią dojrzałe, kilkudziesięcioletnie drzewa, bez porównania lepiej od parasoli lub drzew w donicach, które licznie zdobią miejskie przestrzenie.

– Żądamy natychmiastowego wdrożenia realnej polityki, której celem będzie minimalizowanie strat, czyli ograniczenie wycinki już istniejących drzew, i niezwłocznego zatrzymania presji deweloperów (organizacje ekologiczne wskazują, że budowa nowych mieszkań i przestrzeni biurowych odbywa się w znacznej mierze kosztem miejskich obszarów zielonych – red). Kiedy Gdańsk przestanie być zielony, nikt nie będzie chciał tutaj ani mieszkać, ani inwestować – mówi Kasia, aktywistka i mieszkanka Gdańska, biorąca udział w akcji „nielegalnego” zadrzewiania miasta.

Jaki byłby idealny sposób zarządzania miejskimi zasobami zieleni?

Jaki, zdaniem aktywistów, byłby idealny sposób zarządzania miejskimi zasobami zieleni?

– Jest to wizja dość łatwa do realizacji – mówi Michał Kitkowski. – Obowiązują przecież zasady planowania przestrzennego – wiemy przecież, na przykład, w którym miejscu powstanie budynek, jakie będzie miał wymiary. Takie same zasady planowania powinniśmy stosować w przypadku drzew. Jesteśmy w stanie oszacować, jakie dane drzewo osiągnie rozmiary, jak wiele miejsca będzie potrzebowało, jaki będzie jego system korzeniowy. Pracownicy odpowiednich wydziałów samorządowych powinni mieć na ten temat wiedzę.

– Widziałem niedawno, jadąc do Banina, że drzewo, które rosło od wielu lat, zostało ścięte, gdyż „przeszkadzało” w przebiegu ścieżki rowerowej i chodnika. Co przeszkadzało w tym, by szlak drzewo omijał? Dlaczego nie pomyślano także o tym, by drzewo przesadzić? Wpadło mi niedawno w ręce zdjęcie z lat 20. XX wieku, na którym grupa kilkudziesięciu mężczyzn w Krakowie ręcznie przesadza dużą, wieloletnią lipę.

– Jakim dziś problemem, przy dostępności różnego rodzaju maszyn, jest przesadzenie nawet dużego drzewa? Żadnym. Innym, istotnym działaniem powinno być tzw. rozbetonowywanie miast, czyli działania, które mają miejsce w Europie Zachodniej.

Coraz więcej miast, regionów i krajów w odpowiedzi na skutki zmiany klimatu stawia na „zielone obszary”:

  • parki,
  • lasy,
  • ogrody deszczowe,
  • zielone dachy i ściany.

Przykładem jest Rotterdam w Holandii, który zachęca mieszkańców do zrywania fragmentów chodników i urządzania ulicznych ogrodów (samorząd tego miasta dostarcza chętnym sadzonki roślin).

W Gdańsku z kolei powstają kwietne łąki.

– Najważniejszą kwestią jest zmiana paradygmatu myślenia o planowaniu przestrzennym miast, by dbać o drzewa, o zieleń miejską, by miasta zazieleniać. Można bez problemu wkomponować nowe budynki w rosnące od lat drzewa i krzewy. Ważna jest też kwestia edukacji – podkreśla Michał Kitkowski. – Dziś mówi się, że dzieci nie wiedzą skąd się bierze mleko. Podobnie jest z wiedzą na temat roślin.

– W czasie majówki spotkałem pewnych państwa w lesie, którzy zbierali świeże liście porzeczki. Z tych liści można zaparzyć aromatyczną herbatę, przygotować sałatkę, a same liście smakują trochę jak sam owoc. Takiej wiedzy, użytecznej, naszemu społeczeństwu brakuje. Powinniśmy oczywiście wiedzieć, co to są mitochondria, ale też czym są buk, leszczyna, jak wyglądają lub jak się sadzi drzewa.

– Powinniśmy też mieć świadomość, że drzewa wycina się bardzo szybko, a na to żeby odrosły, potrzeba 30 lat.

Extinction Rebellion. Co wiemy o tym ruchu?

Presja społeczna ma sens – uważają przedstawiciele ruchu obecnego w 80 krajach świata, na różnych kontynentach, także w Afryce, Ameryce Południowej, Australii i oczywiście w Europie. Extinction Rebellion ma swoich przedstawicieli w kilkunastu miastach w Polsce, m.in. w:

  • Bydgoszczy,
  • Toruniu,
  • Warszawie,
  • Lublinie,
  • Gorzowie Wielkopolskim.

Jedną z wzorcowych akcji, organizowanych np. jednego dnia w wielu krajach, jest Rebellion of One, w trakcie której pojedyncze osoby siadają z transparentem na środku ulicy, blokując ruch na drogach, zwracając tym samym uwagę na zanieczyszczenie środowiska, emisję gazów cieplarnianych, bezczynność rządów państw w walce z kryzysem klimatycznym. W Polsce doszły akcje ogrodniczej partyzantki.

– Im więcej będzie takich kroków, tym władze miast będą zwracać uwagę, na przykład na planowane wycinki. Nasz ruch jest przykładem nieposłuszeństwa obywatelskiego, czerpiącym z przykładów ruchów stworzonych przez Matina Luthera Kinga i Mahatmy Ghandiego – tłumaczy Kitkowski.

– One pokazały, że zorganizowany, pokojowy opór społeczny może doprowadzić do zmian. Partyzantka może brzmieć jak coś chaotycznego, niedbałego. Ale to nie tak. To po prostu działanie obywatelskie oddolne, wynikające ze sprzeciwu. W ten sposób dajemy dowód, że chcemy zmiany. Partyzantami ogrodniczymi mogą być wszyscy: ludzie młodzi i starsi, czujący gniew i pragnienie buntu, ale też osoby, które po prostu chcą upiększyć świat wokół siebie. Siłą naszego ruchu jest jego oddolność, decentralizacja, lokalność.

– Każdy, kto zgadza się z naszymi pryncypialnymi założeniami, czyli bezprzemocowego nieposłuszeństwa obywatelskiego, może się okrzyknąć przedstawicielem Extinction Rebellion. Akcje różnego rodzaju mogą być organizowane w małych wsiach, miasteczkach. W pewnym walijskim miasteczku liczącym 5 tys. mieszkańców, 50 osób jest w naszym ruchu – organizują np. edukacyjne spotkania. Problem, o którego rozwiązanie walczymy, ma charakter globalny, zatem i odpowiedź na niego musi być ogólnoświatowa.

Niszczenie drzew czy pielęgnacja? Ogłowione drzewa w gdański...

Czy wzrośnie opłata za ZUS?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie