O dwóch takich, co do historii kina weszli na rauszu

Paweł Durkiewicz
Ich duet stał się osobną wartością filmu: zdroworozsądkowy proletariusz i pretensjonalny inteligent - pisał jeden z krytyków o Himilsbachu i Maklakiewiczu
Ich duet stał się osobną wartością filmu: zdroworozsądkowy proletariusz i pretensjonalny inteligent - pisał jeden z krytyków o Himilsbachu i Maklakiewiczu film.org.pl
11 listopada minęło 25 lat od śmierci Jana Himilsbacha. U progu lat 70. stworzył on duet filmowy i towarzyski ze Zdzisławem Maklakiewiczem, aktorem o równie wielkim zamiłowaniu do życia na krawędzi. Stali się symbolami życia nocnego ówczesnej polskiej bohemy. Jaki los spotkałby dzisiaj najbardziej charakterystycznych uczestników pamiętnego "Rejsu"? - zastanawia się Paweł Durkiewicz.

Wydawałoby się, że obu wielkich przyjaciół wiele powinno dzielić, np. wartości wyniesione ze środowiska wychowania. Żywot Himilsbacha od samego początku naznaczony był swoistym absurdem i groteską, czego symbolem była data urodzenia wpisana do aktu chrztu - 31 listopada, czyli dzień, którego w kalendarzu po prostu nie ma.

Okres dzieciństwa i dorastania artysty z Mińska Mazowieckiego owiany jest aurą tajemnicy, choć wiadomo, że wywodził się z biednej rodziny, w wieku 11 lat został sierotą, więc od samego początku nie miał w życiu lekko. Szybko popadł w konflikt z prawem, w wyniku czego już jako nastolatek wylądował w więzieniu. Potem chwytał się różnych profesji, m.in. kamieniarstwa, które w końcu stało się jego podstawowym źródłem utrzymania. Pisanie opowiadań i scenariuszy było dla Himilsbacha tylko dodatkowym zajęciem, a zapytany kiedyś o to, dlaczego zawsze na pierwszym miejscu stawiał wykuwanie płyt nagrobkowych, odpowiedział: "Chyba dlatego że moim dziełem granitowym nikt sobie d... nie podetrze". Kariery filmowej w ogóle nie brał pod uwagę.

Rejs do groteski

W innych warunkach dorastał Maklakiewicz, potomek inteligenckiej rodziny z patriotycznymi tradycjami, żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego. Szybko zdecydował się zostać aktorem i temu zawodowi poświęcił się całkowicie. Jak wspominali zgodnie liczni znajomi ze środowisk artystycznych, "Maklak" jak nikt inny potrafił długo i kwieciście tłumaczyć, czym jest aktorstwo i z jak doniosłą funkcją społeczną się ono wiąże. Kochał jednak przede wszystkim film - zagrał łącznie w ponad 100 filmach. Nudził się natomiast pracą w teatrze, wymagającą wielokrotnego odtwarzania tych samych kwestii.

Obaj panowie spotkali się na planie "Rejsu" - filmu z 1970 roku, który otworzył nowy rozdział w ich życiu. Komedia Marka Piwowskiego stała się pozycją kultową, a improwizowany monolog o słabości polskiego kina, który inżynier Mamoń (Maklakiewicz) wygłasza do Sidorowskiego (Himilsbach, jeden z wielu obecnych na planie naturszczyków debiutantów), stała się jedną z najbardziej znanych scen w całej historii polskiej kinematografii.

- Opisując karierę tego duetu, musimy się cofnąć do przełomu lat 60. i 70., czyli okresu w polskim kinie, który w pewnym sensie zapoczątkowały wydarzenia marca 1968 roku - tłumaczy Karol Jachymek, filmoznawca i kulturoznawca z warszawskiej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. - W piśmiennictwie tenże okres funkcjonuje pod nazwą kina Młodej Kultury. Założenia tego nurtu najlepiej tłumaczy powstały wówczas manifest Adama Zagajewskiego pt. "Rzeczywistość nieprzedstawiona w powojennej literaturze polskiej", którego treść przyłożyć można również do innych gałęzi kultury i sztuki. Autor postulował w nim konieczność powrotu do pokazywania rzeczywistości taką, jaka jest naprawdę, a nie taką, jaką chciałby ją widzieć obowiązujący dyskurs władzy. Jednym z nurtów kina Młodej Kultury było stronnictwo groteski, w które wpisują się filmy Marka Piwowskiego oraz braci Andrzeja i Janusza Kondratiuków. Właśnie u nich zaistniał duet Himilsbach - Maklakiewicz.

Zakrapiana sława

Od czasu "Rejsu" zarówno Himilsbach, jak i Maklakiewicz w filmach grywali bardziej samych siebie niż przypisane im odgórnie postacie. Często za zgodą reżysera wplatali też w scenariusze własne anegdoty i przygody. A było ich wiele, bo poza podobnym poczuciem humoru i sposobem postrzegania świata, obu artystów połączyło ogromne zamiłowanie do intensywnego życia towarzyskiego i conocnych imprez mocno zakrapianych alkoholem.

Okres ten pamięta Andrzej Grabowski, który w latach 70. zaczynał swoją przygodę z aktorstwem.
- Żyli w okresie PRL, kiedy w Polsce było, jak było. Nie chcę robić z siebie wojującego abstynenta, ale istniało wtedy coś w rodzaju kultu pijaństwa i pijaków. No a wiadomo, że ani Himilsbach, ani Maklakiewicz nie wylewali za kołnierz. Nie ma co ich za to ganić. Takie były czasy, takie mieli charaktery i za to też ich kochaliśmy - za luz, za swobodę, za to, że będąc na gazie, różnili się od innych aktorów, grających w sposób teatralny. Pamiętam tamte czasy, byłem wtedy młodym aktorem i wspólna wódka z Maklakiewiczem była dla mnie dużym wyróżnieniem - mówi aktor, który w 2009 roku wziął udział w projekcie muzycznym "Jest dobrze. Piosenki niedokończone", poświęconym Maklakiewiczowi i Himilsbachowi.

Na płycie zespołu Ptaszynka Grabowski zaśpiewał dwie piosenki. Jedna z nich ("Jestem jak motyl") znalazła się nawet swego czasu na pierwszym miejscu Listy Przebojów radiowej Trójki.

- Myślę, że obie te postacie są ważne dla każdego polskiego aktora. Dlaczego? Bo posiadały coś, co każdy aktor chciałby mieć, czyli charyzmę - dodaje. - Himilsbach był naturszczykiem, ale również tak fascynującym człowiekiem, że w swojej naturalności i prostocie zwracał na siebie uwagę w każdym filmie. Maklakiewicz z kolei był zawodowcem i czasem postaciował, jak choćby w "Polskich drogach", gdzie grał nauczyciela tańca. Tańczył nieporadnie, ale i niezmiernie wzruszająco.

- Obaj byli w swoich filmach postaciami, które rozsadzały ekran, których nie dało się porównać z niczym, co się do tej pory pojawiało w kinie polskim - ocenia Karol Jachymek. - Jedna z możliwych interpretacji ich filmowych kreacji to synonim PRL jako przestrzeni dość topornej i wulgarnej. Z drugiej zaś strony, ich ekranowa obecność ujawniała wszelkie wady i szwy obowiązującego systemu, stając się jedną z tak zwanych strategii subwersji. Oznacza to, że widzowie mogli odczytywać obecność Maklakiewicza i Himilsbacha na ekranie niejako na opak, widząc w ich bohaterach wyraz buntu czy sprzeciwu wobec otaczającej wszystkich codzienności.

Z czasem Himilsbach i Maklakiewicz zyskali miano najbardziej charakterystycznych aktorów w polskim kinie. Choć autentyczność ich kreacji budziła często niechęć u części środowisk teatralnych i filmowych, publiczność szybko obdarzyła sympatią duet gawędziarzy z warszawskich knajp, przeniesiony na ekran w wyniku szalonego eksperymentu.

Janusz Głowacki, inna barwna postać warszawskiego środowiska twórczego owych czasów, w filmie dokumentalnym z 1996 roku poświęconym Maklakiewiczowi wspominał fenomen swoich znajomych z "Rejsu" następująco: - Jasia i Zdzisia wszyscy lubili, ponieważ im nie zazdrościli. Zrobili taką niby-karierę, ale widać było, że to im nic nie dało, bo dalej - w życiu i na ekranie - byli obdarci, zapijaczeni i pożyczali pieniądze. Ten wymęczony i sfrustrowany naród mógł więc z nimi się jakoś utożsamiać.

Bajki bez szczęśliwych zakończeń

Jedna z najbardziej popularnych anegdot o Himilsbachu opowiada, jak starsza kobieta zwróciła mu kiedyś uwagę za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym. Artysta miał na to jej odpowiedzieć: "Ależ babciu, ja do organizmu wlewam bajkowy nastrój!".

Niestety, nieustające towarzystwo wódki i luzacki tryb życia musiały w końcu przynieść aktorom wiele konsekwencji. Objawiały się one różnie - od utrudnionego życia rodzinnego, poprzez brak wstępu do niektórych lokali, aż po problemy zdrowotne, które coraz bardziej nękały obu przyjaciół.

W październiku 1977 roku, podczas jednej z kolejnych "bajkowych" nocy, Maklakiewicz został pobity przez milicjanta w pobliżu hotelu Europejskiego. W wyniku odniesionych obrażeń zmarł kilka dni później. Taka jest przynajmniej najbardziej rozpowszechniona wersja wydarzeń. Tych nieoficjalnych jest sporo - jedna z nich mówi o tym, że cierpiący na cukrzycę aktor dostał od lekarza zastrzyk z glukozą, co spowodowało śmierć. Inna mówi o udziale ówczesnych władz w tragicznej egzekucji dokonanej przez funkcjonariusza.

Oczywiste jest, że przedwczesne odejście Maklakiewicza mocno uderzyło w Himilsbacha, który - według kolejnej anegdoty - kilka dni po pogrzebie miał zadzwonić do matki aktora.
- Jest Zdzisiek? - zapytał.
- Ależ panie Janku, przecież Zdzisiek dopiero co umarł...
- Wiem, k...., ale mi się w to wierzyć nie chce. Bardzo panią przepraszam.

Wkrótce po śmierci "Maklaka" także jego zażyły kompan zaczął podupadać na zdrowiu. Z czasem stracił nawet swoją charakterystyczną chrypkę i swoje kwestie w filmach musiał mówić niemal szeptem. Postępujący alkoholizm skutkował coraz większymi komplikacjami zdrowotnymi, aż w listopadzie 1988 roku, podczas swojej ostatniej libacji w melinie przy ulicy Górnośląskiej w Warszawie, Jan Himilsbach nagle zasnął i już się nie obudził.

Zakurzony symbol

Dziś Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz funkcjonują w kulturze masowej jako jeden z symboli kinematografii PRL. Widzowie wychowani w III RP kojarzą ich raczej słabiutko - jeśli już, to z "Rejsu" lub z licznych anegdot, które można odnaleźć w internecie.

Fascynacja kończy się zwykle na lekturze pikantniejszych cytatów, bowiem młodemu pokoleniu groteska z lat 70. już nie smakuje. Recenzje starych polskich filmów wystawiane przez nową generację kinomanów są podobne do tej, którą ponad 40 lat temu wygłosił inżynier Mamoń - brak akcji, bardzo niedobre dialogi, dłużyzna... Tak jak zmieniły się czasy, tak zmieniły się film i jego poetyka. Możliwe, że uwielbiany przed laty duet dziś w ogóle nie miałby szans przebić się do szerszej widowni.

- Przypuszczam, że w dzisiejszych czasach Maklakiewicz i Himilsbach musieliby pełnić rolę ciekawostki, która ma szokować. Nie sądzę, żeby współczesne media chciały za ich pomocą dokonywać dekonstrukcji naszej rzeczywistości - stwierdza Karol Jachymek. - Ciężko powiedzieć, czy te znaczenia, które były budowane wokół nich w czasach PRL, przełożyłyby się na obecny dyskurs medialny i rolę kina po roku 89. Jakby nie patrzeć, wtedy film musiał mówić językiem ezopowym, podczas gdy dziś przekaz jest bezpośredni i niesie na ogół inne treści.

Nie wiadomo też, jak obaj artyści poradziliby sobie w obecnych realiach świata kultury, w którym coraz większy nacisk kładzie się na profesjonalizm. W swoich czasach Maklakiewicz i Himilsbach mogli wieść cyganeryjny tryb życia, zachowując przy tym (a nieraz wręcz umacniając) swoją pozycję w środowisku filmowym. Słowem - nie musieli się bać o swój byt.

- Nie wiem, czy dziś byłoby możliwe, żeby aktorzy, którzy praktycznie cały czas są na rauszu, grali w filmach - powątpiewa Andrzej Grabowski. - Przy obecnych zwyczajach jest to niedopuszczalne, a kiedyś w filmie polskim po prostu piło się wódkę na planie. Nie było niczym nadzwyczajnym, gdy aktor się upił i zdjęcia były odkładane na kolejny dzień. No ale wtedy film kręciło się trzy miesiące, a dziś dwadzieścia parę dni.

Pozostaje tylko pytanie - czy oglądając dzisiejsze polskie filmy inżynier Mamoń oszczędziłby im słów krytyki?

Przychodzi Himilsbach do Maklaka... kto wie, jak to było naprawdę?

Wokół licznych wspólnych eskapad Himilsbacha i Maklakiewicza narosło całe mnóstwo legend, anegdot, a także barwnych cytatów, przypisywanych głównie temu pierwszemu. Nikt co prawda nie wie, ile z nich jest prawdziwych, często bowiem pojawiają się różne wersje tych samych historii, każda z nich oddaje charakter i rubaszny sposób bycia obu przyjaciół. Oto kilka przykładów.

Kiedyś bohaterowie niniejszego tekstu siedzieli w jednej z warszawskich knajp. Uwagę otoczenia zwracał siedzący z nimi przy stole pies.
- A co to?! - zawołał w końcu oburzony kelner, wskazując na czworonoga.
- Nie wiemy, on był tu wcześniej. My się do niego dosiedliśmy - odparł Maklakiewicz.

Innym razem obaj panowie wybrali się do stołecznego SPATiF. Po wejściu do lokalu Himilsbach od razu zarządził wrzaskiem: "Inteligencja wypie......!". Siedzący przy jednym ze stołów Gustaw Holoubek natychmiast wstał i powiedział: "Nie wiem, jak państwo, ale ja wypie......".

Po śmierci Maklakiewicza alkoholizm Himilsbacha szybko stał się na tyle zaawansowany, że najbliższe otoczenie musiało całą siłą odwodzić go od codziennego upijania się na umór. Często było to jednak za mało. Gdy żona artysty, wychodząc rano do pracy, zamykała swojego męża w mieszkaniu na klucz, korzystał on z sekretnego układu z listonoszem, który przynosił pod mieszkanie butelkę wódki. Himilsbach odkręcał wtedy wizjer w drzwiach, po czym do tak powstałego otworu wkładał słomkę i z łatwością spożywał przyniesiony mu alkohol.

Zarzucenie lub chociaż ograniczenie alkoholizowania się mocno zalecali "księciu naturszczyków" lekarze. Jeden z nich wyznaczył mu limit - 100 gramów dziennie. Gdy pewnej nocy zobaczył swojego pacjenta w stanie wskazującym na spożycie znacznie większej ilości, zapytał rozpaczliwie: "Jasiu, przecież pozwoliłem ci tylko na sto gramów!". Pijany Himilsbach odparł: "A myślisz, że tylko u ciebie się leczę?".

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie