Nomada pedałuje z "karkiem" na karku

Tomasz Słomczyński
Tomasz Słomczyński
Udostępnij:
Zaczynają o 22.00 na Oliver Plunkett Street. Przy nich stoją ich maszyny. Riksza waży 100 kilogramów. Trzech pasażerów - to może być kolejnych 300 kilo. Do tego jeszcze waga samego rikszarza i mamy prawie pół tony. Tu potrzebna jest kondycja. Trzeba lubić jeździć na rowerze.

Na umówionym miejscu pojawiają się kolejno: Cieran, Zuza, Husajn, Ali i Paweł. Rikszarze z Corku.
To dziwne uczucie, rzadko dostępne w zmechanizowanym świecie. Siedząc z tyłu, czuje się wysiłek mięśni tego, który pedałuje. Pod górkę - wysiłek większy, riksza jedzie wolniej. Tułów rikszarza bardziej wychyla się na boki. Masz siedzieć z tyłu i podziwiać widoki. Nie myśleć o tym, że twój kierowca ma właśnie zadyszkę, żebyś mógł wygodnie dotrzeć do celu. A jeśli kierowcą jest Zuza? Nie możesz zaproponować, że ją wyręczysz, że będziesz pedałował, a dziewczyna usiądzie z tyłu. Musisz pogodzić się z tym, że korzystasz z jej ciężkiej fizycznej pracy. I za nią zapłacić.

Opłata za przejazd to tip - napiwek, nie ma jakiejś ustalonej taryfy. Zazwyczaj wręcza się rikszarzowi od 3 do 5 euro. Nie jest rzadkością 10 czy 20 euro. Podobnie jak klepnięcie w plecy lub tyłek lub obraźliwe zawołanie.

Cieran

Cieran jest chudy. Przeważnie uśmiechnięty. Jest wielbicielem tatuażu, ma pokryte (prawie?) całe ciało. W nosie żelastwo, w uszach czarne krążki. Dziś, w pracy, zakrywa tatuaże czerwonym dresem i czarnymi, wysoko do kolan podciągniętymi wełnianymi skarpetami, nad którymi z chudych ud zwieszają się spodnie do kolan. Jedno z jego marzeń już się spełniło. Do Irlandii przyjechał światowy guru tatuażu. Zostawił swój artystyczny ślad na ciele rikszarza.

- Hałałjuduin - gromkie zawołanie Cierana do przechodzących obok. Dusza-człowiek.
Urodził się w Anglii, tam się wychował, potem jego rodzina wyemigrowała do Irlandii. Mówi po angielsku, z irlandzkim akcentem i tak poprawnie, że Irlandczycy wyczuwają w nim Anglika. To przysparza mu sporo problemów. Anglicy nie należą tu do lubianych nacji.

- W Anglii jestem Irlandczykiem, w Irlandii - Anglikiem. Fuck it. Ja jestem człowiekiem. Jestem Cieran! - rzuca i pedałuje z kolejnym klientem.
Cieran zwiedzał antypody, wspomina Nową Zelandię, gdzie uczył się tatuażu od Maorysów. Najlepsza rzecz, jaka go w życiu spotkała, to przyjaciele. Jest fanem pedałowania, im szybciej, tym lepiej. Nie lubi ekstremizmów, w żadną stronę.

Jego drugie marzenie, które jeszcze się nie spełniło, to rowerowa podróż przez Australię. A potem? Cieran nie wie.

Zuzka

Zuzka skończyła w Gdańsku AWFiS, pochodzi z Mazur. W charakterystyczny dla wiejskiej dziewczyny sposób wypowiada niektóre słowa, zniekształca końcówki: zamiast "ą" wymawia "o". I tak, zamiast "przyjdą" - "przyjdo", zamiast "piją" - "pijo". Ale ta "wiejskość" to tylko pozór. Dwa dni wcześniej, kiedy poszliśmy do klubu Crane Lane, Zuza założyła skórzaną kurtkę, głowę owinęła szalem. Wyglądała jak femme fatale tutejszej bohemy. I jest w tym źdźbło prawdy; od jej kolegów dowiem się, że nie robiąc nic specjalnego, niejednego z nich już zauroczyła.

Najmłodszy radny na Pomorzu pisał maturę

- Nie wiem, czy będzie zadowolona z tego, że porównujesz ją z femme fatale. To po prostu równa dziewczyna. I bardzo ładna - powie później jeden z jej irlandzkich przyjaciół.
"Zuza ostatnio była w BBC" - mówią. Dokładnie rzecz biorąc, stacja kręciła film o paradzie św. Patryka. Zuza uczęszcza na zajęcia do teatru tańca. Brytyjscy operatorzy zwrócili na nią uwagę.
Dziewczyna z Mazur słucha jazzu, mówi, że kolekcja w jej pokoju to własność Włocha, od którego wynajmuje dwa pokoje. Wykonuje biżuterię. Za dnia pracuje w Gymie (siłownia, centrum rekreacji i sportu) jako barmanka. "Bufetowa" - śmieją się jej polscy koledzy. Prowadziła już fitness dla pań - leciutko podskakuje, pokazując z uśmiechem, jak to się robi. Ale teraz woli pracować za barem, praca jest lżejsza. Wraca z Gymu do wynajętej części małego domku, chwilę odpoczywa, wieczorem rusza na riksze.

Dziewczyna z Mazur jedzie przez Oliver Plunkett Street, pijany małolat wybiega na środek ulicy, biegnie wprost pod koła rozpędzonej rikszy. W ostatnim momencie skręca, Zuza z trudem utrzymuje równowagę, małolat wystawia nogę, jakby w ciosie karate, stopa mija głowę Zuzy, śmiech kolegów małolata.

Zuza ma 30 lat. Jej plany wybiegają najwyżej na trzy miesiące do przodu.
- Nie mam rodziny, nie muszę planować. A ty masz?
- Mam.
- No to musisz. Współczuję.

Wybierz z nami Pomorskiego Wychowawcę Roku 2011

Zuza chce wyruszyć na wycieczkę rowerową do Włoch, do Toskanii. Co będzie potem? Nie wie.
Ali i Husajn

Wyglądają podobnie - niscy, krępi, o ciemnej karnacji. Podobnie ubrani w niemodne bluzy dresowe.

- To jest tak samo, jak z przysłowiowym Polakiem z wąsem i reklamówką w dłoni. Nie masz wąsa, nie nosisz reklamówki, ale wyglądasz na Polaka. Oni tam u siebie chodzą inaczej ubrani. Tu próbują naśladować tutejszy styl. Ale robią to nieudolnie, bo to nie jest ich styl - powie Paweł.
Ali wykupił sobie rikszę. Ma wspomaganie - silnik elektryczny. Jeździ przez całą noc, praktycznie bez przerwy. Właśnie zaparkował swoją maszynę na Washington Street, czeka na klienta. Tu go poznaję, w zasadzie - ucinam tylko krótką pogawędkę.

- It's not good. It's not good - powtarza w kółko. I dodaje: - To nie ludzie, to małpy.
Ali przyjechał tu z Afganistanu przed siedmiu laty.
- They are so young, so drunk...

Uciekł przed wojną.

- Afghanistan - not good, not good. Big fucking war, hard life.
Ali trzyma się raczej na uboczu, nie zakumplował się z pozostałymi rikszarzami. Jest raczej zamknięty w sobie.

O Alim niewiele wiadomo. Czy ma jeszcze dom? Czy ma jakieś plany?

- I do not come back to Afghanistan. Big war.

Wielki Murzyn podchodzi do Alego i z rozmachem klepie w plecy siedzącego na rikszy Afgańczyka. Chłopak pochyla się do przodu pod wpływem uderzenia, które okazuje się być przyjacielskim klepnięciem. Z pewnością bolesnym. Czarnoskóry olbrzym zwala się na tylne siedzenie rikszy i wykrzykuje nazwę ulicy. Ali staje na pedałach i z trudem rusza.
Drugi Afgańczyk ma na imię Husajn. Przeciwieństwo Alego. Chłopak jest otwarty, uśmiechnięty. Uśmiech prawie nie schodzi mu z twarzy. Trudno sobie wyobrazić, że mógłby być smutny, poważny.
Koledzy o Husajnie:

- Azjatycka grzeczność, Azjaci mają w sobie coś takiego. Serdeczny, otwarty, traktuje innych z dużym szacunkiem. To jest wyczuwalne na pierwszym kroku; daje szacunek i dostaje szacunek.
Husajn tęskni za Afganistanem. Namawia, żeby przyjechać, że to nie jest kraj wojny. Twierdzi, że na południu jego kraju nic złego nie powinno się stać.

- Ona mi nie dała - śmiech. - Ona mi dała - śmiech.

Husajn uczy się polskiego od kolegi rikszarza, Pawła, odwdzięcza mu się nauką jego ojczystego języka urdu. Obydwaj się śmieją - tak, że wiadomo, co rzeczona "ona" miałaby im dać lub nie dać. Język mężczyzn jest uniwersalny, jeśli chodzi o seks.

- Husajn, powiedz jakiś brzydki wyraz po twojemu - proszą koledzy.
Husajn się śmieje, wyraźnie się wstydzi, krępuje. W końcu daje się namówić. Znowu śmiech. Husajn ma wielu znajomych na Facebooku, wśród nich wielu z Afganistanu.

- To chyba taki afgański "światowiec" - mówi o nim Paweł.

Husajn spędził w Afganistanie tylko osiem lat życia, potem wyemigrował do Iranu. Chłopak jest w Irlandii na statusie uchodźcy. I chwilowo nie może opuścić Irlandii. Wkrótce jednak mają mu zwrócić paszport, "wtedy wszystko będzie ogarnięte". I przyjdzie czas na realizacje marzeń. Husajn chce podróżować.

Chociaż obaj Afgańczycy wyglądają podobnie, to jednak Ali ma znacznie więcej kłopotów z agresywnymi, pijanymi pasażerami, których określa mianem: "monkeys".

Paweł

Na pożegnanie Cieran mówi mi, że mam teraz w Corku przyjaciół i zawsze będę tu przez nich mile widziany.

Minęła trzecia. W garażu, gdzie riksze pozostaną przez resztę nocy, stoją piłkarzyki - taka gra.
- Ona mi nie dała - pochylony do przodu Husajn krzyczy i śmieje się, kręcąc energicznie rączkami piłkarzyków.

Cały ten "riksiarski" interes założył Polak, najpierw w Galloway, teraz w Corku. Na miejscu pilnuje biznesu jego przyjaciel, który teraz, po kilku godzinach pedałowania, kasuje od rikszarzy po 20 euro za wynajęcie maszyny na całą noc. Sam też jeździ, traktuje kilkumiesięczny pobyt w Irlandii jak przedłużone wakacje. Zaprzyjaźnił się ze swoimi pracownikami. Nie ma ciśnienia - jak komuś się nie chce pedałować, nie musi. Jego sprawa, najwyżej nie zarobi. Takie tu są zasady.
Pawłowi słabo dziś poszło, po odpaleniu 20 euro prawie nic mu nie zostało. Inni są zadowoleni.
Dziś będziemy nocować u Zuzki.

Paweł wychował się w gdańskim falowcu. Wiele w życiu podróżował, na rowerze przejechał 13 tysięcy kilometrów przez afrykańskie drogi i bezdroża. Dotarł do Konga Kinszasy. Planuje kolejną podróż, na Saharę. Na ogolonej głowie z tyłu zwisa kilka dredów. W Polsce jest znany w kręgach obieżyświatów; napisał książkę o swojej afrykańskiej podróży. Pracuje w szkółce leśnej przy sadzonkach, wieczorami od czwartku do niedzieli jeździ rikszą. Skończył malarstwo na gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Teraz pogrywa reggae, wiąże z tym nadzieje na przyszłość. Na malowanie też przyjdzie czas. Dziś opowie o pracy rikszarza.

- Najtrudniejszy jest stres. To może nawet nie jest agresja, tylko głupie żarty. Na przykład to, że kolesie doczepiają się z tyłu rikszy. Nie mogę ruszyć wtedy i uważają to za śmieszne.
Kiedy odganianie nie pomaga, Paweł schodzi z rikszy. Dzieciaki uciekają. Wraca na rikszę. Dzieciaki przybiegają i...

- Tak trwa ta zabawa, dopóki któregoś nie złapiesz i wytłumaczysz. Ale nie bijąc, tylko normalnie, słowami, że tak się nie robi.

Siedzimy wygodnie w fotelu, na łóżku, Zuza krząta się w kuchennym aneksie. Paweł ma lepszy haszysz niż "miejscowy". Nie powie do gazety, skąd go ma. Mówi, że "miejscowy" jest gówniany z dwóch powodów. Po pierwsze - dlatego, że jest słabej jakości, po drugie - dlatego, że śmierdzi. Może nie sam haszysz, ale folia aluminiowa. "Miejscowy" towar, owinięty w sreberko, trafia na Wyspy w przewodach pokarmowych przemytników.

- Szybko się nauczyłem, że na rikszy trzeba ostro i twardo reagować. Jeśli popuścisz, to tracisz kontrolę nad tym, co się dzieje, jeśli masz na przykład za sobą trzech pijanych kolesi. Twoim atutem jest to, że jesteś trzeźwy, oni są pijani. Masz przewagę fizyczną, jakby doszło do bójki. Klepnięcie w tyłek jest - ha, ha - żartem. Rzadko kto mnie już zaskoczy. Powtarzają się te ich "gagi". Na przykład udawanie jeżdżenia bryczką. I jeszcze jea, jea...

Paweł ma na myśli typową irlandzką, jednoosobową bryczkę, można jeszcze je spotkać na ulicach mniejszych miasteczek i wsi. Powożenie nią wymaga lekkiej pracy bioder. Klienci Pawła wykonują te ruchy, siedząc z tyłu rikszy. Wyraźna sugestia - z przodu wiezie ich koń.

- Na dużo im pozwolę, jeśli to, co robią, ma konwencję zabawy. To ma być frajda, rozrywka. I jeśli widzę, że to ich bawi, trąbię klaksonem, żeby im się podobało.
Ale, jak mówi Paweł, nie zawsze jest przyjemnie.

- Nie zdarzyło mi się, żebym miał agresywnego pasażera, który był trzeźwy. Agresywni są pijani neckersi (ang. neck - szyja), po polsku powiedzielibyśmy: "karki".
Paweł nie marzy o podróżach. Nie musi - kiedy chce, to podróżuje. Planuje teraz spędzenie kilku miesięcy na Saharze, kolejny już raz. Wśród mieszkańców Afryki, którzy wybierają koczowniczy tryb życia.

- Marzę o miłości - mówi.

Nomadzi z wyboru

Paweł wspomina słynny "więzienny" eksperyment Zimbardo. Człowiek postawiony w nietypowej sytuacji może okazać się zupełnie kimś innym, niż sam o sobie myślał. Może nie wiedzieć, że tkwi w nim bestia. A sytuacja, w której ktoś wiezie pasażera, napinając swoje własne mięśnie, jest dziś już nietypowa. To "murzyńska" praca. Alkohol wzmaga wśród irlandzkich pasażerów uczucia i zachowania, o których Paweł słyszał po wielekroć, kiedy był w Afryce.

- Jestem obcy, robię murzyńską robotę, jestem nikim, a oni coraz bardziej się nakręcają na to, że jeśli płacą, to wymagają. Sami nie wiedzą, ile w nich kolonializmu.

Dochodzi piąta nad ranem.

Zuza mówi, że zostało jej pięć godzin snu. Na 11.00 musi być w Gymie. Jeszcze tylko garść wspomnień z Polski.
- Paweł?
- No...
- Ty, Zuza, Husajn, Cieran... Dobrze się czujecie w swoim towarzystwie.
- No…
- Ale jesteście tak różni od siebie. Co was wszystkich łączy?
- Jesteśmy nomadami. Przenosimy się z miejsca na miejsce. Delektujemy się różnorodnością rzeczywistości...

Zasypiamy. Z Pawłem po raz ostatni spotykam się na kilka godzin przed odlotem do Polski.

- Wiesz, nie chciałbym, żeby wyszło, że my tacy biedni na tych rikszach... Na chleb zarabiamy... Prawda jest taka, że sami sobie wybraliśmy taką właśnie pracę. Po prostu zajebiście lubimy siebie nawzajem i te nasze riksze. No i jazdę na rowerze.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie