Nieśmiertelny kicz miłosny, czyli my się kochamy jak dwa gołąbki

Dorota Abramowicz
Kora Kowalska prowadzi wykłady z historii śmieci, tandety i kiczu
Kora Kowalska prowadzi wykłady z historii śmieci, tandety i kiczu Przemek Świderski
Serduszka czerwone, poduszki z „Love”, przytulone owieczki z komunikatem „Kiedy jesteś blisko, płonie we mnie wszystko”, kubki w kształcie serca i fartuch, też z sercem, a w sercu napis „Ciacho Lucyny”. Mogą być jeszcze ręczniki z dedykacją „Kochanemu Arkowi - Ania”, baloniki, lizaki i czekoladki. Czyli współczesny kicz walentynkowy.

Dla tych, którzy narzekają na wszechogarniającą w połowie lutego tandetę, jarmarczność i komercję, proponujemy krótką wycieczkę do przeszłości. A konkretnie do gdańskiego mieszkania Kory Kowalskiej, absolwentki archeologii i kulturoznawstwa, która prowadząc wykłady na UG, ASP, a ostatnio na Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, opowiada studentom o historii śmieci, tandety i kiczu.

Na ścianie pokoju Kory wisi bijący po oczach kolorami oleodruk, na którym śpiąca na różach dziewica czeka na zbliżającego się konno królewicza. Tulą się do siebie przedwojenne, plastykowe terierki i kupione w latach 70. XX wieku zajączki. Macha nóżkami i wachlarzem panienka popielniczka, wytwarzana masowo w powojennej Japonii. Na pozór wszystko to jest kiczem w klasycznej postaci. Czy jednak na pewno?

- Co jest kiczem? - zastanawia się Kora Kowalska. - No cóż, trudno o sensowną odpowiedź. Mówimy o subiektywnej kategorii estetycznej, która może zmieniać się z upływem lat. Określenie (pochodzące od niemieckiego słowa „kitsch”, czyli lichota, tandeta, bubel), które powstało w latach 70. XIX wieku i dotyczyło pierwotnie obrazów produkowanych masowo na zmówienie klasy mieszczańskiej, rozszerzyło się później na inne dziedziny kultury. Kiczowate miały być nie tylko oleodruki, będące m.in. kopiami dzieł sławnych mistrzów, ale także utwory muzyczne, filmy, sztuki teatralne. Theodor Adorno pisał, że kiczem jest jazz, a dla modernistów kiczowata była secesja i wszystkie nurty artystyczne XIX wieku. A to oznacza, że zanim zaczniemy jakąkolwiek rzecz oceniać, musimy spojrzeć na nią z dystansu. Aby nie popaść w pułapkę poszukiwania odpowiedzi na z góry stawiane pytania, by nie okaleczyć rzeczy tak dotkliwie, że zatraci swoją tożsamość, należy wpierw jej samej pozwolić mówić.

Pozwólmy więc opowiedzieć swoje miłosne historie garści pocztówek, wysyłanych na początku XX wieku przez zakochaną Filomenę Kazimierzowi, kartkom z frontu I wojny światowej, podobiznom ukochanych, noszonym jako broszki i medaliony, oleodrukowi Hansa Zatzki oraz figurkom zwierząt, które miały - nie wprost - sugerować silny związek dwojga ludzi.

Usłyszałem głos ptaszyny...

- Tam musiał być jakiś trójkąt miłosny - Kora kładzie na stole plik pocztówek. Na wierzchu kartka ze zdjęciem przystojniaka z wąsem, do którego tulą się dwie urocze panie, zaadresowana do Kazimierza. Na pozostałych przesłodzone zdjęcia wpatrzonych w siebie zakochanych par albo samotnych panien, czule szepczących białemu gołąbkowi dziewczęce sekrety. Wokół kolumn wiją się girlandy róż.

- Kartki pochodziły ze zbiorów jednej rodziny, dostałam je w prezencie - mówi Kora. - Było ich więcej, te podkolorowane, jeszcze bardziej kiczowate, podarowałam mojej matce Ewie Skaper, która jest artystą malarzem.

Pocztówki pochodzą z lat 1912-1918, z dawnego zaboru rosyjskiego (Warszawa, Białystok, Nałęczów, Łowicz), przeważnie były wysyłane z okazji imienin. Wśród nadawców i adresatów przewijają się Kazimierz, Stanisława oraz Filomena, która ostatecznie przyjęła nazwisko Kazimierza.

Do Stanisławy: „Gdy rano wstałem, w niebo spojrzałem, usłyszałem głos ptaszyny, że dziś twoje imieniny. Szanowna Stasiu, w dniu Twego imienia przyjmij moje serdeczne życzenia. K.”.

Do Kazimierza: „Kochany Kaziu, w dniu Twoich imienin przyjmij Ty moje serdeczne życzenia. Kochająca Cię Filcia”.

Na zdjęciu, przedstawiającym parę na ławeczce (ona skromnie wpatrzona w bucik, on jakby trochę w jej dekolt), Stanisława napisała: „Filo, kiedyś tak będziesz, bo ja już nie. Pisz, pisz, pisz do mnie”. A na odwrocie: „Kochana Fili, dziękuję Ci za kartkę, którą otrzymałam. Zapytujesz mnie, podobno mam wyjść za mąż. Mylisz się, bo ja takiego szczęścia jeszcze nie osiągłam i dostałam moc koszów, chociaż prawda, że to średnia przyjemność. (...)”. A dalej wspomina, że „nasz Kostek” jest już w wojsku i że wysłali go na front. I nawet w tym wojsku spotkał się z „waszym Gienkiem”.

Kora wyciąga z szuflady kolejne pocztówki z początku XX wieku. Kiedy Stanisława wspominała walczących w rosyjskim wojsku Kostka i Gienka, Josef wcielony do pruskiej armii wysyłał do Hildegardy kartkę z zapewnieniami szczerych uczuć. Pod czarnym orłem i flagą II Rzeszy Niemieckiej, na rysunku oplecionym gałęziami dębu i wawrzynu, pruski żołnierz przytula ukochaną. Podpis chwali szczęście, jakie przynosi miłość „jednego serca”. Propagandowy przekaz ma także kartka z życzeniami urodzinowymi dla ukochanej Marii, z jaskółeczką niosącą list z sielskiej niemieckiej (o czym świadczy czarno-biało-czerwona flaga) wioski.

Ukochany w mozaice z włosów

Dzisiejsze ramki na zdjęcia, ozdobione serduszkami i gołąbkami, to nic nowego. W XIX wieku świat ogarnął szał medalionowy. Wszystko zaczęło się od brytyjskiej królowej Wiktorii, która przez 40 lat nosiła - jako znak żałoby po księciu Albercie - medalion z dagerotypem przedstawiającym zmarłego męża. Podczas wojny secesyjnej identyczną biżuterię, wykonaną z gagatu lub czarnego szkła, z podobiznami poległych mężów, narzeczonych i synów, zaczęły zamawiać Amerykanki.

- W medalionach, prócz zdjęć, były także mozaiki ze splecionych w misterne ozdoby włosów - mówi Kora Kowalska. - Niekoniecznie należących do osoby przedstawionej na fotografii. W tamtym czasie do Anglii sprowadzono ponad 50 ton naturalnych, ludzkich włosów, które zużyto do ozdabiania tego typu biżuterii! Niektóre broszki i wisiorki były zamykanymi sekretnikami, których zawartość miała zostać tajemnicą dla postronnych. Dla tych mniej zamożnych produkowano tanie wersje pustych sekretników, w których można było umieścić fotografię, pukiel włosów, a czasem nawet... ząb drogiej sercu osoby.

Broszki, początkowo „żałobne”, stały się w miarę upływu czasu ozdobami świadczącymi o uczuciu do żyjących narzeczonych lub małżonków (a także do dzieci, władców i... świętych). W zbiorach Kory (doskonale zresztą opisanych, ze zdjęciami, na stronie „Od rzeczy skład” na Facebooku) znajduje się kilkanaście starych medalionów z twarzami nieznanych kobiet i mężczyzn. Najcenniejsze jest zdjęcie na masie perłowej, przedstawiające młodego, przystojnego chłopaka w pruskim mundurze. Umieszczono je w oprawie ze złota double, z inkrustowanej małymi rubinami.

Za ten medalion, uznany przez jarmarcznego sprzedawcę za „śmieć” Kora zapłaciła zaledwie jeden złoty. To i tak o złotówkę więcej niż za Śpiącą Królewnę.

Dziewica na różach

Królewna, oprawiona w złotą ramę, latem 2011 r. stała oparta o śmietnik przy ul. Ogarnej w Gdańsku. Żaden oryginał - oceniła na pierwszy rzut oka. Była to chromolitografia, czyli wielobarwna odbitka oryginalnego obrazu. A na nim błękitna sukienka śpiącej panienki, łoże z róż, klasyczny pałac i kolumny w tle, a na horyzoncie nadjeżdżający konno królewicz - kochanek. Kolory bijące po oczach, krótko mówiąc - cudo.

- Stylistyka obrazu narzuca automatyczne skojarzenia z kiczem - przyznaje nowa właścicielka Królewny. - Silna i podświadomie zakorzeniona tradycja wartościowania dzieł sztuki nakazuje jaskrawej kolorystyce, banalnemu, pretekstowemu ujęciu baśniowego tematu czy ogólnej „śliczności” nadać etykietę kiczu. Być może dlatego Królewnę wyrzucono na śmietnik...

Oprawiony oleodruk nosił jednak w prawym, dolnym rogu sygnaturę: H. Zatzka. Nazwisko Hansa Zatzki większości z nas nic nie mówi. Dopiero spojrzenie na obrazy tego XIX-wiecznego, austriackiego malarza sprawi, że do wielu wrócą wspomnienia z dzieciństwa.

Pamiętacie państwo obrazek, na którym dziewczynka przeprowadza ciemną nocą braciszka przez dziurawy mostek, a nad nimi czuwa Anioł Stróż? To właśnie Zatzka, malarz, który potrafił namalować dwa obrazy w ciągu tygodnia, a potem tworzył z nich dziesiątki oleodruków, był autorem dzieł, które reprodukowane m.in. na pocztówkach, trafiały pod strzechy w całej Europie. Popularność zawdzięczały nie tylko wyjątkowej „urodzie”, ale także były znane z powodu formatu, zwanego ręcznikowym.

- Zatzka był twórcą obrazów „sypialnianych”, czyli podłużnych, niezbyt wysokich - wyjaśnia Kora Kowalska. - Ze względu na wielkość pasowały jak ulał do niezamożnych domów o niskich sufitach. Wieszano je jako ozdobę nad łóżkami. Pierwsze takie obrazy zaczęto sprzedawać w 1914 r., a już w 1920 r. wisiały one w wielu mieszkaniach w całej Europie.

Wiemy nawet, gdzie przed wojną mieszkała śpiąca dziewica ze śmietnika przy Ogarnej. Na odwrocie obrazu Kora odnalazła transkrypcję: „Erich Scharping Danzig Neofahrnasser Fischerstr. 3 a”. Fisherstrasse to dzisiejsza ulica Rybołowców w Nowym Porcie w Gdańsku. W przedwojennych księgach adresowych kolekcjonerka natrafiła na Ericha Scharpinga. Okazało się, że człowiek o tym nazwisku mieszkał pod tym adresem co najmniej siedem lat.

- W 1937 r. Scharping dzielił mieszkanie z maszynistą Albrechtem, palaczem Müllerem, pracownikami portu Sirotzkim i Wacksem - wylicza Kora. - Księga adresowa o pięć lat późniejsza także wymienia Scharpinga, ale ujawnia też zmiany lokatorów - na miejscu Müllera mieszkała już krawcowa o nazwisku Thymian, a Wacksa zastąpiła jego żona Maria. Obraz mógł przebywać w tym mieszkaniu nawet dwie dekady, od lat 20. XX wieku do co najmniej 1942 r. Proszę sobie wyobrazić niewielkie sublokatorskie mieszkanie mijających się w drzwiach obcych ludzi... Dla jednego z nich ten kolorowy oleodruk musiał przedstawiać dużą wartość emocjonalną, skoro na odwrocie zapisał swoje dane i adres. Rozczulające.

Dom, w którym kilkadziesiąt lat mieszkała Śpiąca Królewna, nadal stoi. To budynek przy ul. Rybołowców z bramą ozdobioną drewnianą figurą Pomuchla, uśmiechniętej ryby smoka.

Łabądki i cała reszta

O miłości nie wprost przez lata opowiadały zwierzęta. Całujące się na stawie łabędzie symbolizowały miłość i wierność, podobny przekaz niosły gołębie. Nieco mocniejszy przekaz niesie popielniczka wyprodukowana tuż po wojnie w okupowanej Japonii. Wymalowana pin-up girl macha nogami. Przy nogach jest miejsce na zgaszenie papierosa. Jednego.

Przytulone dwa terierki z czerwonego plastiku z serduszkiem mają co najmniej 70 lat. - W latach 30.i 40. XX wieku w Niemczech i wielu innych krajach zachodniej Europy teriery były symbolem szczęścia i miłości - tłumaczy Kora. - Wręczano je ukochanym w prezencie, wieszano na ścianach, ustawiano na półkach...

Czym więc różnią się obrazy, pocztówki i figurki sprzed lat od obecnej produkcji walentynkowej? Czyżby kicz towarzyszący miłosnym uniesieniom był wieczny?

- Trzeba odróżnić kicz od tandety - protestuje Kora. - Kicz wprawdzie nie ma wartości estetycznej i artystycznej, ale można w nim znaleźć pewną wrażliwość i oryginalność. We wszystkich rysunkach pięknych pań, w nieproporcjonalnych postaciach łabędzi na obrazach, widać pasję autorów. Kiedy jednak zaczyna się masowo i tanio produkować byle jakie produkty, to mamy do czynienia z tandetą.

Jak więc nazwiemy serduszka czerwone, poduszeczki, lizaki i baloniki, które atakują nas z każdej wystawy od pierwszych dni lutego?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie