Niemcy na energetycznym rozdrożu. Geneza problemu

Krzysztof Maria Załuski
Krzysztof Maria Załuski
123RF
Udostępnij:
Dlaczego Niemcy tak nieprzychylnie patrzą na elektrownie atomowe? Czy Berlin naprawdę chce uzależnić Europę od rosyjskiego gazu i wodoru? Ekonomia, ekologia, a może polityka - co tak naprawdę napędza niemiecką transformację energetyczną?

Walka ze zmianami klimatycznymi jest unijnym priorytetem. I to nie tylko dla ekologów i urzędników. Kryzysem związanym z globalnym ociepleniem zajmują się również media, zwłaszcza te o liberalno-lewicowej orientacji.

Problematyka ochrony środowiska naturalnego w 2021 roku ustępowała miejsca jedynie koronawirusowej pandemii. Widmo zagłady życia na Ziemi spędzało Europejczykom sen z oczu częściej niż zagrożenie terroryzmem, skutki imigracji i pogarszająca się globalna sytuacja ekonomiczna. Podobnie jak w przypadku szczepień na covid, racjonalne myślenie o klimacie niejednokrotnie zastępowała magiczna pseudo-wiara.

Lekcja geopolityki

Początki wytwarzania energii elektrycznej przy wykorzystaniu kontrolowanego rozszczepienia atomów sięgają połowy lat 50. XX wieku. W roku 1954 w Obnińsku pod Moskwą otwarta została pierwsza na świecie cywilna elektrownia atomowa. Jej moc wynosiła 5 MW. Rok później w brytyjskim Calder Hall wybudowano siłownię o mocy 55 MW. W Niemczech przygoda z atomem rozpoczęła się w roku 1960. W dolnofrankońskim Kahl otwarto wówczas elektrownię eksperymentalną o mocy 15 MW.

Boom na „atomówki” nastąpił jednak dopiero w latach 70. Wywołała go wojna arabsko-izraelska i towarzyszący jej kryzys energetyczny stulecia. Ograniczenia wydobycia ropy i embargo nałożone przez Arabów na kraje wspierające Tel Awiw doprowadziły w roku 1973 do blisko 300-procentowego wzrostu cen paliw.

Wojna Jom Kippur była dla świata pierwszą, do tego bardzo bolesną lekcją geopolityki energetycznej. Zarówno państwa dotknięte embargiem, jak i eksporterzy gazu i ropy zrozumieli, jak potężną bronią może być przysłowiowe „zakręcenie kurka”. Od tego czasu myślenie o energetyce zdominowało bezpieczeństwo energetyczne.

Atomowa suwerenność

We Francji w ciągu 25 lat wybudowano 175 elektrowni atomowych. Siłownie te już na początku lat 80. odpowiadały za 80 proc. miksu energetycznego. Również w Stanach Zjednoczonych uniezależnienie od importowanych surowców uznano za sprawę priorytetową. W roku 1973 prezydent Nixon ogłosił „Project Independence”, który zakładał budowę 1000 elektrowni jądrowych w ciągu 6 lat. Plan nie został zrealizowany, bo udało się oddać do użytku zaledwie kilkadziesiąt siłowni. W ramach tego projektu Amerykanie zainwestowali jednak również w węgiel i w badania nad OZE, których udział w produkcji prądu wzrósł zasadniczo.

Na siłownie atomowe prócz USA i Francji stawiają również Wielka Brytania, Finlandia, Czechy, Słowacja, Węgry i Polska. Holandia zastanawia się nad powiększeniem swoich atomowych zasobów, a Estonia przymierza się do budowy pierwszej siłowni. Do atomu wraca także Japonia. W Kraju Kwitnącej Wiśni po awarii z 2011 roku, do której doszło w Fukushimie, wygaszonych zostało 50 reaktorów jądrowych. Po trzech latach rząd postanowił jednak 30 z nich ponownie uruchomić.

W tej chwili w 30 krajach świata działa 440 elektrowni atomowych. Do największych producentów energii jądrowej należą: USA, Francja, Chiny, Rosja, Korea Południowa, Kanada, Ukraina, Japonia, Szwecja i Hiszpania. Udział „atomówek” w globalnym wytwarzaniu energii elektrycznej utrzymuje się od lat na poziomie ok. 10 proc.

Niemcy idą pod prąd

Do niedawna ósmą pozycję w rankingu zajmowały Niemcy. Potencjał ich elektrowni jądrowych jeszcze kilka tygodni temu wynosił 8 GW. W roku 2000 udział produkcji prądu z tego źródła w krajowym miksie energetycznym stanowił 29,5 proc. Do roku 2011 energia jądrowa pokrywała ok. 25 proc. krajowego zapotrzebowania. Produkowano ją w 17 reaktorach. W roku 2020 udział atomu w miksie spadł do 11,4 proc., a 31 grudnia 2021 roku wygaszone zostały trzy z sześciu ostatnich elektrowni. Do końca tego roku również pozostałe trzy siłownie, które generują więcej energii niż wszystkie panele fotowoltaiczne w Niemczech razem wzięte, przejdą do historii.

Całkowite odwrócenie się od energii jądrowej jest częścią niemieckiej koncepcji transformacji energetycznej, polegającej na jak najszybszym przejściu od wytwarzania energii opartej na paliwach kopalnych do źródeł bezemisyjnych. Rząd Angeli Merkel zakładał odejście od węgla nie później niż w roku 2038. Koalicja SPD, Zielonych i FDP chce przesunąć tę datę na rok 2030. Wytwarzanie energii z gazu postanowiła wstrzymać przed rokiem 2040.

Rząd Olafa Scholza ma ambitne plany. Jednak większość niezależnych ekspertów uważa, że całkowita rezygnacja ze źródeł kopalnych i energetyki jądrowej jest niewykonalna, bo niemiecka gospodarka jeszcze długo potrzebować będzie prócz źródeł niskoemisyjnych i odnawialnych, surowców kopalnych. A te trzeba będzie kupować w Rosji.

Transformacja za cudze pieniądze

„Die Welt” napisał ostatnio, że Niemcy, broniąc gazu jako paliwa przejściowego, wystawiły całą Europę na ryzyko uzależnienia się od Rosji. Z kolei „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, jeszcze przed wyborami, informował o kuriozalnych wręcz pomysłach wiceprzewodniczącego grupy parlamentarnej SPD Matthiasa Mierscha.

Z doniesień gazety wynika, że Miersch znalazł sposób na sfinansowanie niemieckiej transformacji energetycznej. Polegać miałoby to na wprowadzeniu podatku od energetyki jądrowej na poziomie unijnym i przekierowaniu części uzyskanych funduszy na rzecz Niemiec. FAZ podkreślał, że takie rozwiązanie oznaczałoby, iż kraje mające elektrownie jądrowe finansowałyby niemieckie OZE. Zaś same Niemcy nie płaciłyby ani grosza, bo od końca bieżącego roku nie będą posiadały ani jednego reaktora. Podatkiem Mierscha obciążona zostałaby natomiast Polska, która do roku 2043 chce wybudować swoją pierwszą elektrownię atomową.

I w tym momencie dochodzimy do całej serii pytań… Dlaczego Niemcy tak wrogo patrzą na elektrownie atomowe, a z taką ufnością podchodzą do rosyjskiego gazu? W jakim celu likwidują stabilne źródło energii, jakim jest atom i pakują Europę w niewiele mniej od węgla emisyjny gaz? Gdzie w tym postępowaniu jest logika, gdzie opłacalność?

Aby łatwiej zrozumieć intencje niemieckich polityków, należałoby cofnąć się do lat 70. ubiegłego wieku… Wówczas to, po fiasku wojny z Izraelem, w tzw. państwach kapitalistycznych zaczęły powstawać różnego rodzaju „ruchy wolnościowe”. Na ulicach Hamburga, Monachium i Berlina pojawili się hipisi i aktywiści antyatomowi. Co i raz dochodziło do antyestablishmentowych wystąpień i walk z policją. Wkrótce RFN stanęła na skraju wojny domowej. Po jednej stronie znalazło się państwo, po drugiej szkoleni przez Stasi i KGB terroryści z Rote Armee Fraktion.

Ręka rękę myje

Pokolenie RAF po latach przeszło na drugą stronę barykady. Joschka Fischer - człowiek, który rzucał cegłami w policjantów, został wicekanclerzem i ministrem spraw zagranicznych. Jego przyjaciel z ulicy, Daniel Cohn-Bendit, francuskim i niemieckim eurodeputowanym oraz liderem francuskich Zielonych. Z kolei Otto Schily, który w latach 70. bronił terrorystów z RAF, dostał stanowisko ministra spraw wewnętrznych w rządzie Gerharda Schrödera. Sam Schröder w roku 1998 stanął na czele „czerwono-zielonej” koalicji, która zlikwidowała energetykę jądrową, zaś po zakończeniu kariery politycznej zaprzyjaźnił się z Władimirem Putinem i mocno zaangażował w budowę pierwszego gazociągu Nord Stream. W roku 2017 były kanclerz został szefem rady dyrektorów w koncernie naftowym „Rosnieft”.

Po dojściu do władzy Angeli Merkel jej rząd początkowo chciał przedłużyć czas działania elektrowni jądrowych. Ostatecznie jednak, po katastrofie elektrowni Fukushima, uległ naciskom opinii publicznej i nakazał wyłączyć osiem reaktorów.

W niedawnym sondażu dla „Welt am Sonntag” 50 proc. Niemców opowiedziało się za odwołaniem planowanego zamknięcia elektrowni jądrowych. Rząd Olafa Scholza najwyraźniej tego głosu nie usłyszał i nadal forsuje plan, który zakłada, że do roku 2030 RFN wytwarzać będzie 80 procent energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych… Tymczasem ceny energii szybują pod niebiosa, a Rosjanie zacierają ręce. W końcu z czegoś trzeba sfinansować odbudowę armii.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Mikołajów i Odessa bramą do Morza Czarnego

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Napisz ch coś o lotosie co brudna pala wyczynia, po tyle kasy zainwestowało a teraz sprzedaż, a nie pisowskie glupotu
G
Gość
40 procent rud uranu w Kazachstanie a tam wojna domowa , a głupie pisiory chcą się od rud uranu uzależnić, uczta się od Niemiec uczta k głupie ludzie
G
Gość
Co teraz pisiory pie rdola , uzależnić od wodoru , pisowski gly oku
G
Gość
pisowski internet oglupia!
b
biskup Balanga
Czernobyl i Fukushima tkwia z tylu glowy u Niemcow.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie