Nie żyje Jerzy Janeczek, filmowy Witia Pawlak z "Samych swoich". Miał 77 lat

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
Po tym filmie stałem się rozpoznawalny. Przy mojej naturze człowieka raczej nieśmiałego, ta popularność i rozpoznawalność uwierała mnie. Bo jak tylko gdzieś się pojawiłem, słyszałem czasami szydercze: - Witia, podejdź no do płota i inne cytaty - wspominał niedawno Jerzy Janeczek.

Tę smutną wiadomość przekazał Związek Artystów Scen Polskich. Na stronie związku napisano: Z żalem żegnamy zmarłego nagle JERZEGO JANECZKA, aktora, któremu największą popularność przyniosła rola Witii Pawlaka w trylogii Sylwestra Chęcińskiego "Sami swoi", "Nie ma mocnych" i "Kochaj, albo rzuć".

Janeczek ukończył wydział aktorski w łódzkiej filmówce w 1968 roku, ale jeszcze jako student, w 1967 roku zagrał w filmie "Sami swoi".

Półtora roku temu był gościem Gdyńskiego Centrum Filmowego. Wtedy udało się nam porozmawiać. Na moje stwierdzenie, że już będzie na wieki wieków Witią, odparł: - Teraz już mnie to nie męczy. Ale po studiach w łódzkiej szkole filmowej i po roli w filmie „Sami swoi” zaangażowałem się do pracy w teatrze we Wrocławiu. Na ziemiach zachodnich, tam gdzie mieszkali repatrianci zza Buga... I po tym filmie stałem się rozpoznawalny. Przy mojej naturze człowieka raczej nieśmiałego, ta popularność i rozpoznawalność uwierała mnie. Bo jak tylko gdzieś się pojawiłem, słyszałem czasami szydercze: - Witia, podejdź no do płota i inne cytaty. Nie było to przyjemne. Zamykałem się więc w domu. Na szczęście dużo częściej słyszałem od fanów podziękowania za ten film.

Kiedy stwierdziłam, że "Sami swoi" to film już kultowy, odparł:

- To film atrakcyjny także dzisiaj. Bo jest jak dokument. Zawsze lubiłem oglądać westerny, w których jest dobrze pokazany obraz pionierskich czasów w Ameryce. Kiedy po latach patrzę na „Samych swoich”, to myślę: - Naprawdę kiedyś tak było? Jak to się wszystko zmieniło. Pamiętam scenę z filmu, kiedy spoglądałem z dachu domu i widziałem dookoła tylko łany zbóż. Pusto było jak na morzu... Teraz wszystko jest w tamtym miejscu zabudowane.

Opowiedział tez o słynnej scenie ujeżdżania przez Witię konia.

- Mieliśmy dwa ogiery do tej sceny. Jeden był niezwykle wrażliwy na pociągnięcia uzdą. I wystarczyło, że tylko leciutko szarpnąłem, a on natychmiast reagował, stając dęba. Drugi koń, znacznie starszy i stateczniejszy, był do ujeżdżania. Przez dwa tygodnie ćwiczyłem woltyżerkę i ujeżdżanie w stadninie koni koło zamku w Książu. Wiem, że reżyser Sylwester Chęciński na początku chciał użyć kaskadera do tej sceny. Zaczynaliśmy dopiero zdjęcia do filmu. I wiadomo, że gdyby aktorowi coś się stało, to produkcja poniosłaby wielkie koszty ze względu na przerwane zdjęcia. A były to sceny niebezpieczne. Raz się tak zdarzyło, że koń przewrócił się ze mną. Ale w porę udało mi się odskoczyć. Obaj wyszliśmy z tej przewrotki cało. Wtedy zresztą byłem dość sprawnym człowiekiem, bo przed studiami aktorskimi ukończyłem pierwszy rok Studium Wychowania Fizycznego w Katowicach, gdzie miałem m.in. gimnastykę na przyrządach. Wiedziałem więc jak upadać.

Do końca zachował duży dystans do popularności.

- Życie wiele rzeczy weryfikuje. Myślałem, że po premierze i wejściu do kin „Samych swoich” będzie w filmówce szał. Że będzie dyskusja, może pochwały. Ale to był już czas szkoły moralnego niepokoju. Kultem otaczano Bressona, Antonioniego, Felliniego. Gdzie tam komu w głowie była komedia. Nawet mówiono o komedii z pewną pogardą. Nie odczuwałem zainteresowania ze strony kolegów. Może ono było ze strony dziewczyn. Tak, tu wyczuwałem zainteresowanie - mówił z lekkim uśmiechem.

Na pytanie, czy nie czuje żalu, że wiele innych ról przysłoniła właśnie ta, odparł:

- Ależ skąd. Moim kolegą jest Henryk Talar. Obaj wychowaliśmy się na dobrym teatrze. Obaj ten teatr kochaliśmy. Kino to była odskocznia, dla niektórych nawet... chałtura. Tam można było zarobić, trochę się zabawić. A teatr był poważny. I tego się trzymaliśmy. Kiedy ja byłem w Ameryce, to on w tym czasie robił karierę aktorską w Polsce. I kiedy po latach, po moim powrocie się spotkaliśmy, usłyszałem od niego: - Wiesz co, podziwiam cię, że wracając z Ameryki nie masz tego parcia na granie. Że się pogodziłeś z tym, że tych ról wiele nie dostajesz. Ale ja wiem, ile mam lat. Na kogo dzisiaj głównie nastawiony jest teatr i film. Już swoje zrobiłem. I przetrawiłem to. W tym zawodzie zawsze można czuć niedosyt. Aktor zawsze na coś czeka. Ale ja już czas czekania mam za sobą.

Janeczek grał także w innych filmach i serialach, m.in. w: "Stawka większa niż życie", "Uciec jak najbliżej", "Sanatorium pod Klepsydrą", "Trzecia granica", "Dyrektorzy", "07 zgłoś się", "Prom do Szwecji", "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy", "Urodziny młodego warszawiaka".

Często pojawiał się na deskach teatralnych. Debiutował w Teatrze Współczesnym im. Wiercińskiego w "Róży" Stefana Żeromskiego. Później grywał także w sztukach Wyspiańskiego, Strindberga i Fredry.

Pod koniec lat 80. wyjechał do USA. Imał się tam różnych zajęć. W 2007 roku wrócił do Polski. I wrócił do filmu. Widzowie mogli go zobaczyć m.in. w "Krecie", "Kobietach mafii" i "Supernovej". Po raz ostatni pojawił się na ekranie w filmie "Uległość" z 2020 roku.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie