Nie żyje Bronisław Cieślak, słynny porucznik Borewicz. Miał 77 lat. Przez dwie kadencje był także posłem do Sejmu (SLD)

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
Nie żyje Bronisław Cieślak, Słynny porucznik Borewicz. Miał 77 lat Fot. Tomasz Ho£Od / Polskapresse
Nie żyje Bronisław Cieślak, słynny porucznik Borewicz. Miał 77 lat. Przegrał z rakiem. Zanim stał się bożyszczem małego ekranu, pracował jako dziennikarz radiowy i telewizyjny. Przez dwie kadencje był także posłem do Sejmu (SLD).

Nie żyje Bronisław Cieślak, Słynny porucznik Borewicz. Miał 77 lat

Aktorem został przez przypadek. Wielką popularność przyniosła mu rola porucznika Borewicza w „07 zgłoś się”. Wcześniej grał inżyniera Zawadę w „Znakach szczególnych”. Ostatnio występował w polsatowskim serialu „Malanowski i partnerzy”.

Kiedy zaczął wcielać się w rolę detektywa Malanowskiego, po latach nieobecności w aktorstwie, umówiliśmy się na rozmowę. Żartowaliśmy, że telewizja znowu go po latach odhibernowała. Na pytanie, czy się z tego cieszy, odparł:

– Wie pani, to bardziej skomplikowane niż się wydaje. Kiedyś popłynąłem z rybakami dalekomorskimi w rejs. Trochę się im przyglądałem. I widziałem, że oni, będąc w morzu, perwersyjnie wręcz tęsknią za domem. A kiedy są w domu, to ich ciągnie nad morze. Tak jest ze mną. Jestem tu, a chciałbym być tam. Ja zresztą temu dziwnemu rozdygotaniu losu przez całe lata podlegałem. I to mi widocznie weszło w krew.

Przez lata, jak sam opowiadał, kręcił się między dziennikarstwem, aktorstwem i polityką.

– Kolekcjonuję różne, życiowe przygody, oglądam życie z wielu stron. Myślę, że gdybym się skupił i pokonał w sobie lenistwo, mógłbym już to opisać w formie wspomnień. Na los nie mam się prawa uskarżać. Co więcej, uważam, że w życiu liczy się amplituda zdarzeń. Źle jest wtedy, kiedy życie idzie nam gładko, jak po płatkach róż. I jeszcze gorzej, kiedy nam tylko płynie po cierniach. Smakowałem życia w eleganckich sferach. Ale też upadałem, na przykład handlując gumą do żucia w Domu Turysty. Mając już za sobą wielkie porywy popularności.

Na stwierdzenie, że ma prawdziwie show-biznesowy życiorys, odpowiedział:

– Wie pani, pochodzę z takiej dzielnicy w Krakowie, teraz modnej, a przed laty szemranej – która nazywa się Kazimierz. Do szkoły podstawowej chodziłem z prawdziwymi zakapiorami. Dość szybko dzięki nim dojrzałem. Kiedy miałem trzynaście, czternaście lat wiedziałem już, że każdy z nas ma jedno życie. I co więcej, wiedziałem, że wbrew pozorom, nie musi być ono długie. Starałem się więc być człowiekiem aktywnym. Wiercącym się. W młodości szkoda mi było czasu na sen.

Chętnie mówił o poruczniku Borewiczu.

– Powiem pyszałkowato, że my z Borewiczem nawzajem mamy sobie sporo do zawdzięczenia. To Borewicz sporo zawdzięcza Cieślakowi. Krzysztof Szmagier, pisząc cztery pierwsze odcinki „07 zgłoś się”, nie znał mnie jeszcze. Ale potem, już kolejne, pisał pode mnie, można powiedzieć. Myśmy ten serial kręcili przez dwanaście lat. To nie przypadek, że Borewicz nie jeździł konno. Bo ja prywatnie nie umiałem. Za to często pływał, bo pływanie jest moją mocną stroną. Krzysztof Szmagier wykorzystał też historię mojego złamanego nosa. Odżywialiśmy się sobą nawzajem.

Kiedy żartowałam, że Borewicz ukradł mu twarz, bo teraz widz mówiąc Cieślak, myśli Borewicz... odparł:

– Ja nie mogę się na to skarżyć. Miało to parę niewygodnych konsekwencji. Bo robić za rozpoznawalną małpę nie jest wygodne. Ale coś za coś.

O roli detektywa Malanowskiego tak mówił:

– Podczas zdjęć, tłumaczyłem w mediach, że to inny gatunek serialu. I tak gadałem, gadałem. A potem szedłem do kiosku i kupowałem na przykład „Tele Tydzień”. A tam na rozkładówce czytałem: wielki powrót porucznika Borewicza. Dzwoniłem do dziennikarza: – Panie, czy pan oszalał? Przecież rozmawialiśmy. I wtedy słyszałem: A bo to jest nośne i się dobrze sprzeda. No więc jeżeli ktoś z widzów się rozczaruje, że Malanowski to nie Borewicz – trudno. Ja próbowałem być uczciwy.

Jak tłumaczył, serial z Malanowskim to docu crime.

– Nie jestem człowiekiem, który ma prawo uważać się za zawodowca. Nie kończyłem stosownych szkół. Nie mam dyplomów aktorskich. Ale po 30 latach pracy na planie w różnych filmach, nie mogę udawać, że jestem kompletnym naturszczykiem. Znam zasadę polegającą na tym, że aktorzy w dobrym partnerstwie nawzajem się niosą. Nic tak nie winduje w górę sceny jak doskonały partner, na przykład Piotrek Fronczewski

.

– A w „Malanowskim...” grają ze mną tylko amatorzy – tłumaczył. – Na dodatek scenariusze takich półgodzinnych opowiastek są często pisane na skróty. Jeśli pani wejdzie do Internetu i wystuka: Sławomir Borewicz, to o tym facecie dowie się pani wszystkiego. Skąd się wziął, a także o tym, że jego babcia rąbała drzewo na Syberii, jakie języki znał i że miał kiedyś żonę. A o Malanowskim? Obejrzy Pani 50 odcinków i zapyta mnie – kim jest ten facet, poza tym, że goni złodziei. Tu nie ma czasu na rzeźbienie niuansem sylwetek.

O swojej dwukadencyjnej przygodzie z polityką mówił wprost, że osiem lat wystarczy.

– Hamletyzuję w różnych sprawach. Ale moja ośmioletnia przygoda z polityką jest definitywnie zamknięta. I nikt nie namówi mnie do ponownego startu w jakichkolwiek wyborach. Świętej pamięci Gustaw Holoubek powiedział mi przed laty: – Kiedy słyszę, jak ci twoi polityczni koledzy mówią „polska scena polityczna”, to się wściekam. Bo ja jestem aktorem i dla mnie scena jest słowem śmiertelnie poważnym. Może powiedz tym swoim kumplom, żeby raczej mówili estrada. I to jest trafna anegdota, moim zdaniem. Bo ta nasza polityka to jest dopiero amatorstwo.

Nie lubił planować. Pytany o plany, odparł:

– Wie pani, kiedy Pan Bóg pęka ze śmiechu? Kiedy słyszy, jak ludzie planują. Patrząc wstecz na swoje życie, wiem jedno – naprawdę nie zaplanowałem tego, że będę filmowym wykonawcą, żeby nie powiedzieć artystą. To, że znalazłem się w Sejmie – też nie było jakoś szczególnie planowane. Może powiem coś niepedagogicznego. Dzieci uczone są w szkole, że człowiek jest kowalem swego losu. A ja wiem, że przypadek w życiu odgrywa ogromną rolę. Najdziwniejsze jest to, że ten przypadek z reguły trafia nieprzypadkowo.

Odcinki "07 zgłoś się" kręcone w Trójmieście

Kobiety w MMA. Płeć nie taka słaba. WYWIAD

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

„Przegrał z rakiem”?choroba nowotworowa, zmagania z nią, są heroiczne- jednak nikt nie prowadzi wojny z rakiem... z rakiem się nie przegrywa ani nie wygrywa- to choroba, którą się leczy!, z którą człowiek uczy się żyć, z powodu której, bywa, że umiera! Żeby walczyć trzeba dużo siły, a tej często brakuje chorym! Kiedy skończymy z tym błędnym nawykiem myślowym i nietrafnie formułowanymi stwoerdzeniami. Osoba chorująca stara się ze wszystkich sił przyjmować leczenie najlepiej jak potrafi, a kiedy mówimy „przegrał”, „przegrała” przekreślajmy wszystko ! Z rakiem nie można wygrać czy przegrać - rak/ nowotwór złośliwy- to choroba, ciężka choroba, którą się leczy, a nie z nią walczy czy przegrywa- to jedyna prawidłowość!

Wszystkim osobom, które usłyszały diagnozę - dużo siły i wytrwałości.

Bliskim i rodzinie zmarłego szczere kondolencje.

Dodaj ogłoszenie