Nauczyciel z przypadku ma w szkole naprawdę ciężkie życie

Dariusz Szreter
Dariusz Szreter
Zaktualizowano 
Obawiam się, że jeśli w polskiej szkole nic się nie zmieni, najzdolniejsi nauczyciele poszukaja swojej szansy na wolnym rynku - mówi Dorota Kowalska, dziennikarka, autorka książki „Belfrzy. Polska szkoła w stanie krytycznym”

„Polska szkoła w stanie krytycznym” - tak brzmi podtytuł twojej książki, w której opisujesz doświadczenia zawodowe dziewięciu nauczycieli. Czy to wystarczająca próba, żeby stawiać tak daleko idącą diagnozę?
Pisząc o polskiej szkole, miałam kontakt także z innymi nauczycielami. Większość z nich myśli i mówi podobnie jak bohaterowie mojej książki. Ci ostatni są oczywiście wybrani przeze mnie nieprzypadkowo. Z niektórymi od dawna chciałam porozmawiać. Ale też specjalnie starałam się, żeby ta książka nie dawała wyłącznie obrazu nauczyciela wielkomiejskiego. Oczywiście znalazło się tam kilka osób, które pracują w dużych miastach. Natomiast są tam też nauczyciele z bardzo małych miejscowości. Uwzględniam więc różnorodne doświadczenia.

Nie znalazłaś nikogo, kto byłby zadowolony z tego, jak wygląda praca w polskiej szkole?
Moi rozmówcy to nie są frustraci. To są osoby, które mają w sobie ogromną pasję, chcą uczyć. Brak zadowolenia nie wynika z ich charakteru, z wrodzonego „narzekactwa”. Im na tej pracy bardzo zależy, a przede wszystkim zależy im na dzieciakach. Dlatego myślę, że ich uwagi, ich obserwacje, wynikają głównie z troski o młodych ludzi, z którymi pracują.

Fakt, że wszyscy twoi rozmówcy, to - jak się to popularnie mówi - nauczyciele z powołania. Jednak wielu, pewnie większość, nauczycieli w polskich szkołach to są średnicy. Ich punkt widzenia jest być może inny.
Zdaję sobie sprawę, że polska szkoła to nie są tylko nauczyciele tacy jak bohaterowie mojej książki. Są tam także ludzie, którzy się do tego zawodu nie nadają, są też średniacy, rzemieślnicy. Moi bohaterowie też o nich mówią, bo każdy z takimi osobami się spotkał. Spędziłam cały dzień w szkole z jedną z nauczycielek z małej miejscowości pod Siedlcami i moje przemyślenia są takie, że jeżeli ktoś w tym zawodzie znalazł się przez przypadek, jeżeli nie ma do niego powołania, to jego praca jest po prostu karą boską. Ja już po czterech godzinach lekcyjnych miałam szczerze dość, a po ośmiu, bo tyle spędziła tego dnia w szkole pani Jolanta, byłam tak zmęczona, jakbym w swojej pracy zawodowej, dziennikarskiej przepracowała tydzień. Myślę sobie, że jeżeli ktoś w tym zawodzie znalazł się przez przypadek, to ma naprawdę ciężkie życie. Inna sprawa, to że nie wiem, czy taki przeciętny nauczyciel byłby w stanie tak ciekawie opowiedzieć mi o sobie i o tym, co się w szkole dzieje.

Rozmawiając o szkole, nie sposób ominąć oceny reformy byłej już minister Anny Zalewskiej. Jedna z twoich rozmówczyń wygłosiła interesującą opinię na temat gimnazjów: to było dobre rozwiązanie, ale trafiło na nie najlepszy czas. Kryzys społeczny wywołany transformacją odbił się na dzieciakach w wieku gimnazjalnym, stąd na początku takie trudności wychowawcze.
Rzeczywiście pada taka opinia, że gimnazja powstały w trudnym momencie. Wiele z tych dzieci, które tam trafiły, było sfrustrowanych, bo ich rodzice stale pracowali, niejednokrotnie za granicą, a one zostały z dziadkami. Ale po tym okresie początkowym w gimnazjach zaczęło się dziać bardzo wiele fajnych rzeczy. Nauczyciele stworzyli autorskie projekty nauczania, na przykład języka polskiego czy matematyki. Dla wielu młodych nauczycieli gimnazja były szansą zawodową. Ale w tej książce wypowiadają się zarówno nauczyciele, którzy byli zwolennikami gimnazjów, i ich ich przeciwnikami. Dariusz Martynowicz z Krakowa mówi, że właściwie chciał, żeby system edukacji przywrócił czteroletnie licea. Natomiast zarówno on, jak i pozostali „belfrzy” przede wszystkim mają pretensje o formę przeprowadzenia tej reformy. Wydaje mi się, że do tej akcji strajkowej pod koniec zeszłego roku szkolnego doprowadziły nie tylko kwestie finansowe, ale także poczucie pominięcia, jakiego doznali nauczyciele przy okazji tamtej reformy. To, że właściwie nikt z nimi nie rozmawiał, nikt ich nie słuchał, nikt nie chciał poznać ich opinii i reakcji.

Ale od kwestii finansowych nie da się uciec. Charakterystyczna była wypowiedź Telmo Diza, pracującego w Polsce Hiszpana. Zwrócił on uwagę, że wysokie zarobki nauczycieli w Hiszpanii powodują, że do zawodu trafiają tylko najlepsi.
On przede wszystkim mówi o tym, że nauczyciel w Hiszpanii to zawód niesamowitego prestiżu, w hierarchii społecznej czy zawodowej będący na tym samym poziomie, co prawnik czy lekarz. Żeby zostać nauczycielem, nie wystarczy skończyć studiów, tak jak to jest w Polsce. Trzeba przystąpić do konkursu organizowanego przez ministerstwo i tam o jedno miejsce rywalizuje kilkudziesięciu chętnych. Do szkół publicznych trafiają najlepsi. Początkujący nauczyciel w Hiszpanii zarabia około 2000 euro, później ta pensja dochodzi do trzech tysięcy. W Polsce pensja początkującego nauczyciela jest dramatycznie niska - niecałe 2000 zł. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś z takimi pieniędzmi mógł rozpocząć samodzielne, dorosłe życie, utrzymać się i opłacić mieszkanie. Potem niby jest lepiej, ale... Wielu moich roz-mówców to ludzie 35-40-letni, którzy właśnie sobie uświadomili, że finansowo już nic więcej nie mogą zyskać. Zarabiają maksymalne pieniądze, jakie może zarobić nauczyciel - nieco ponad 3000 zł. A są to ludzie zdolni, z inicjatywą, z chęcią robienia czegoś fajnego w życiu. Obawiam się, że jeśli w szkole nic się nie zmieni, niebawem spróbują swoich sił na wolnym rynku.

polecane: Wyniki wyborów parlamentarnych 2019

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie