Narodziny jachtingu

Kmdr Eugeniusz Koczorowski
rys. Eugeniusz Koczorowski
W państwach dysponujących wybrzeżem morskim rozwijane są floty wojenna i handlowa, ale też uprawiane jest żeglarstwo. Dla jednych jest to sposób spędzania czasu, dla innych droga do kariery.

Jachting amatorski w każdej postaci stanowi rozrywkę, ale równocześnie jest „przedszkolem” czy też „kolebką”, z których rekrutują się przyszli wyczynowcy, sławni samotnicy opływający nasz glob czy też uczniowie i studenci szkół i akademii morskich. Żądza poznania środowiska morskiego, jakże różnego od lądowego, powoduje chęć przeżycia przygód i poznania świata. Wszystko to skłania, zwłaszcza młodzież, do bratania się z morzem pod białymi żaglami.

Morze jest jak kobieta

Niestety, nie każdemu natura dała niezbędne predyspozycje, by dojrzeć do miana „wilczka przybrzeżnego”, a następnie „wilka morskiego”. Najpierw należy zdać egzaminy teoretyczny i praktyczny, zwłaszcza w rejsach pełnomorskich bądź oceanicznych. To w trakcie nich następuje bezlitosny sprawdzian przydatności załoganta do służby bądź pracy na morzu. Już na statkach i okrętach szkolnych pod żaglami dokonuje się naturalny odsiew osób niezdatnych do zbratania się z morzem. Warto bowiem wiedzieć, że morze jest jak kobieta. Często zmienia oblicze, toteż każdy musi być na to przygotowany. Z drugiej zaś strony uwodzi swymi urokami - a to niepowtarzalnymi wschodami i zachodami słońca, to znów fatamorganą bądź halo, zwłaszcza gdy żaglowiec niesiony jest łagodnym, leniwym pasatem, a wówczas żeglarze równie leniwie mogą wypoczywać na pokładzie, nie będąc zmuszeni do refowania bądź zwijania żagli. Jednocześnie morze potrafi zaskoczyć furią, zaatakować statek lub jacht w nagłym szkwale, sztormie bądź huraganie. Miałem kilkakrotnie okazję przeżyć tego typu wątpliwą przyjemność. Chociaż nie moją zasługą było to, że nie imała się mnie choroba morska (wszystko zależy od kwestii błędnika), to jednak ze zrozumieniem przyglądałem się tym, którzy w pozycji leżącej (niekoniecznie na koi), niekiedy modląc się, wzywali, aby ktoś wyrzucił ich za burtę w otchłań morską. Perspektywa spotkania z rekinami czy innymi potworami morskimi nie miała znaczenia. Liczyło się uwolnienie od tortur, jakie musieli znosić na pokładzie rzucanego niczym dziecięca zabawka żaglowca. Tak więc tzw. choroba morska potrafi co niektórym odebrać chęć do życia. No cóż... Morze to środowisko dla odważnych, a nawet zuchwałych. Bywa słodkie i przymilne, ale też okrutne. Wiedzą o tym ci, którzy jego uroków doświadczyli w praktyce.

Rodzi się polski jachting

Kiedy po latach zaborów nadeszła chwila wolności, Polska nie mogła poszczycić się tradycjami jachtingu. Należało zatem zacząć od zera. Pierwsze sekcje żeglarskie w klubach wioślarskich istniejących na śródlądziu Polski zaczęły powstawać już w 1919 r. Był to istotny zaczyn, lecz nikt nie przypuszczał, że tak szybko wyrośnie z niego „chleb” w postaci budowy w kraju własnych jachtów mieczowych, zaś środowisko żeglarskie tak szybko się rozrośnie i wykształci wielu adeptów sztuki żeglarskiej.

W 1924 r. powołano Polski Związek Żeglarski, który niezbyt przecież jeszcze doświadczony i także mało obyty ze światowymi organizacjami jachtowymi uznał, że można wysłać w tymże roku polską reprezentację na olimpiadę w Paryżu. Reprezentacja była nikła, gdyż sprowadzała się do jednego przedstawiciela. Odpadł on już w eliminacjach, zdobywając 9 miejsce na 15 startujących. Nie zniechęciło to jednak PZŻ do ponowienia prób w następnych olimpiadach - w 1928 r. i 1936 r. I te próby okazały się niewypałem. Nie dziwmy się temu. Polskie żeglarstwo dopiero raczkowało, daleko mu było do światowego. Brakowało znanych nazwisk, które mogłyby zwrócić uwagę na polską reprezentację. To samo zresztą stało się w klasie jednoosobowych regat mistrzostw Europy, które tuż przed wojną, w sierpniu 1939 r., odbyły się w Polsce. Wciąż daleko byliśmy za tymi najlepszymi. Ale to była cena, jaką każdy nowicjusz musi płacić, jeśli chce wedrzeć się do elity.

Wychowawca młodzieży

Spektakularne osiągnięcia jednostek, nawet gdyby takie były, nie miały i nie mogły mieć istotnego znaczenia dla rozwoju żeglarstwa w Polsce. Bardziej liczyła się masowość udziału młodzieży oraz rozwój budownictwa jachtów w Polsce, które wielokroć przewyższały swoją dzielnością morską zagraniczne jachty tej samej klasy. W 1924 r. powstał w Warszawie Yacht Klub Polski, którego pierwszym komandorem został generał brygady Mariusz Zaruski, taternik, żeglarz, pisarz i poeta. To jemu polskie żeglarstwo zawdzięczało swój masowy rozwój. Dzięki niemu zorganizowano w Yacht Klubie Polskim w Warszawie kursy wiedzy żeglarskiej, które zyskały duże zainteresowanie ciekawych wiedzy morskiej, którą praktycznie mieli zdobyć na warsztatach morskich organizowanych na Wybrzeżu od 1924 r. dzięki hufcowi harcerskiemu. Od 1930 r. i w latach późniejszych podstawowe szkolenie żeglarskie przejął ośrodek jachtingu morskiego uruchomiony w Jastarni. Trwające tam szkolenie, według programu Polskiego Związku Żeglarskiego, umożliwiało zdobycie patentów na prowadzenie jachtów. Dopiero w następnym roku po egzaminie państwowym adepci szkolenia mogli uzyskać stopień kapitanów jachtowych.

Nieocenione były zasługi generała Zaruskiego. Nie tylko był twórcą polskiego jachtingu morskiego, ale także twórcą polskiego słownictwa morskiego, którego brak spowodowany naszą nieobecnością na morzu w dobie rozbiorów dawał się wyraźnie we znaki. Autor „Współczesnej żeglugi morskiej” i „Słownika żeglarskiego” z ułańską fantazją szarżował na wzburzone fale Bałtyku, starając się swoje umiłowanie morza zaszczepić w umysłach młodych Polaków. To za jego staraniem pojawiają się pierwsze jachty pod polską banderą: Witeź i Carmen. W roku 1929 Yacht Klub Polski nabył kolejny jacht pod nazwą Gryf. Niebagatelną sprawą dla rozwoju żeglarstwa była też literatura fachowa, system szkolnictwa i ofiarność zasłużonych działaczy żeglarstwa, którzy nie szczędzili wysiłków, wspomagani społecznymi nakładami finansowymi wszczepiali młodzieży polskiej bakcyl umiłowania morza.

Harcerskie wyzwanie

Opisując początki żeglarstwa w Polsce, nie sposób pominąć powstania i rozwoju harcerstwa „morskiego”. Już od 1919 r. za sprawą Antoniego Gregorkiewicza i Józefa Jakobkiewicza hufiec we Władysławowie, skupiający osierocone polskie dzieci zebrane z całej południowo-wschodniej Syberii, przekształcono w pierwszy hufiec żeglarski. Dzięki niemu już w 1923 r. powstały na Półwyspie Helskim obozy rozwijające aktywność i zamiłowanie chłopców oraz dziewcząt do żeglarstwa. W tym szczytnym dziele wspierała harcerstwo Liga Morska i Rzeczna. Nie konkurowano ze sobą, lecz raczej wspierano się nawzajem, bo przecież morskie wychowanie młodzieży polskiej stanowiło cel działań najwyższych. We wspomnianej już wcześniej Jastarni uruchomiono w 1930 r. Ośrodek Morskiego Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego. Będzie on służyć każdemu chłopcu bądź dziewczynie, którzy połknęli bakcyla umiłowania morza i żeglugi morskiej. Wprawdzie Związek Żeglarski liczył już wówczas 8 klubów i zrzeszał 745 członków, to jednak dominującą rolę odgrywało harcerstwo, dysponując 26 drużynami żeglarskimi zrzeszającymi 843 harcerzy. W ich posiadaniu były 84 jednostki żeglugowe: jachty i łodzie. Gdy w roku 1932 r. generał Zaruski, wielki sympatyk i patron wodnego harcerstwa, obejmuje funkcję prezesa Polskiego Związku Żeglarskiego, morskie aspiracje harcerzy musiały być zaspokojone jeszcze w większym zakresie. Dowiódł tego rok 1930, gdy Yacht Klub Polski urządził w dniu Święta Morza pierwsze regaty morskie, w których znaczący udział mieli także żeglarze harcerscy. Głośnym echem odbiło się także wydarzenie związane z wyprawą jachtu Dal z załogą oficerskiego Yacht Klubu RP z załogantami: por. Andrzejem Bohomolcem (właściciel), Jerzym Śmiechowskim, por. Janem Witkowskim, którzy podjęli podróż z Gdyni na Bermudy, liczącą 6100 mil morskich. Ich podróż przebiegała w ekstremalnych warunkach, gdyż na Atlantyku zmierzyli się z furią cyklonu, z której wyszli jednak zwycięsko. Nie mniejszym echem odbiła się okołoziemska wyprawa dwudziestoletniego gdyńskiego harcerza Władysława Wagnera, który na jachcie Zjawa opłynął Europę, brzegi Afryki, zawijając do Dakaru, a stamtąd w ciągu 45 dni przepłynął Atlantyk. Po dotarciu do Panamy zbudował nowy jacht celem ukończenia tejże wyprawy, gdyż poprzedni jacht bardzo ucierpiał w podróży. Duże znaczenie dla rozwoju harcerskiego żeglarstwa miało też nabycie duńskiego szkunera Petrea, własnymi siłami dostosowanego do pełnienia funkcji flagowego jachtu szkolnego ZHP, któremu nadano nazwę Zawisza Czarny. Dowództwo tego szkunera objął niezrównany gen. Mariusz Zaruski, odbywając z harcerzami podróże szkoleniowe do: Kopenhagi, Londynu, Antwerpii i Amsterdamu. Tym samym narodził się polski jachting pełnomorski, który stał się symbolem zbratania Polaków z morzem.

EUGENIUSZ KOCZOROWSKI

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mat

Kmdr Eugeniusz Koczorowski: Morze jest jak kobieta
Komentarz: Wtedy, 12.12.1981 o godz.1240, kiedy wchodzący oficer (w polowym mundurze MW) wypowiedział zdanie " Podano hasło "Synchronizacja"", nikt nie myslał o "kobietach". Pamięta Pan Panie Komandorze ?, obok stał kmdr Łukasik !

Dodaj ogłoszenie