Najstarszy walczący z epidemią lekarz w Polsce w "złotej dziesiątce" nominowanych do tytułu Człowieka Roku Dziennika Bałtyckiego

[email protected]
Karolina Misztal
Udostępnij:
Dr Henryk Krella w lipcu skończy 81 lat. Jest najstarszym aktywnym zawodowo lekarzem epidemiologiem w Polsce. Podczas epidemii kierował i nadal kieruje izbą przyjęć Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy w Gdańsku. Znalazł się w "złotej dziesiątce" nominowanych do tytułu Człowieka Roku 2020 Dziennika Bałtyckiego.

W izbie przyjęć szpitala zakaźnego w Gdańsku dr Henryk Krella spędza codziennie 7 godzin i 35 minut.

- Przychodzę do pracy, przebieram się i robię swoje - mówi krótko.

Choć pochodzi z rodziny lekarzy i prawników, jako licealista marzył o zostaniu leśniczym. Decyzję zmienił dopiero w ostatniej klasie słynnej gdańskiej "Topolówki". Wpłynęła na nią rozmowa z wujem, który wytłumaczył osiemnastolatkowi, że miłość do lasu nieco kłóci się z zawodem, w którym będzie musiał pozyskiwać drewno. Czyli wycinać lasy.
I tak w 1958 roku Henryk Krella postanowił zostać lekarzem.

Człowiek Roku Dziennika Bałtyckiego 2020. Nominowani do nagr...

Katarem można zarazić się w tramwaju

W czasie studiów często chodził z kolegami do kliniki prof. Zdzisława Kieturakisa, słynnego chirurga. Marzył, że kiedyś też stanie przy stole operacyjnym. Jednak choroba, która pojawiła się, gdy był na ostatnim roku, pokrzyżowała plany. Interesowała go mikrobiologia, czyli to "czego nie widać, a jest". Zdecydował się więc na specjalizację w kierunku chorób zakaźnych.

- To bardzo ciekawa dziedzina medycyny - mówi dr Henryk Krella. - Poza tym przekonało mnie zasłyszane od doświadczonego lekarza twierdzenie, że częściej udaje się uratować człowieka cierpiącego na chorobę zakaźną, niż pacjenta interny.

Dyplom lekarza dostał w 1964 roku. Pierwszą pracę, przerwaną na dwa lata obowiązkowym powołaniem do wojska, podjął w nieistniejących już barakach szpitala zakaźnego w Nowym Porcie.

- Był to czas, gdy wiele osób chorowało na dur brzuszny, czerwonkę bakteryjną, panowała płonica - wspomina lekarz. - Do tego dochodziły kiła, posocznica, gruźlica, zapalenia wątroby i pneumokokowe zapalenia płuc, powtarzały się odra, choroby dzieci, w tym świnka. Widziałem na własne oczy postać skórną wąglika. Trafiali do mnie pacjenci z leptospirozą, wywołaną przez krętki atakujące organizm przez błonę śluzową i uszkodzoną skórę. Na szczęście polio było już opanowane. W 1967 roku zanotowano ostatnie przypadki tej choroby w Polsce.

Czy nie obawiał się wówczas zakażenia od pacjentów?

- Na szczęście nigdy nic poważnego nie złapałem, oprócz kataru - uśmiecha się dr Krella. - A katarem przecież można zakazić się także w tramwaju lub autobusie. Szpitale były czyste, profesor Wiktor Bincer pilnował, byśmy zmieniali fartuchy po wizycie u pacjentów i chodzili w maskach na nosie, mycie i dezynfekcja rąk były oczywistością.

Epidemia nam nie grozi?

W 1968 roku przeszedł do nowo wybudowanego szpitala zakaźnego przy ul. Smoluchowskiego. Trafił do wysokozaźnego oddziału XI, stworzonego z uwagi na portowy charakter Trójmiasta. Zajmował się leczeniem cholery i innych, egzotycznych chorób.

- Sam też w latach 70. trafiłem na 10-dniową kwarantannę, w związku z podejrzeniem ospy prawdziwej u marynarza z czeskiego statku, z którym miałem kontakt - mówi dr Krella. - Potem okazało się, że to nie była ospa prawdziwa, ale półpasiec.

Przez 57 lat pracy obserwował, zarówno jako lekarz, jak i jako wicedyrektor szpitala zakaźnego ds. lecznictwa, postępujący spadek zainteresowania decydentów problematyką chorób zakaźnych. Medycyna zresztą coraz lepiej sobie z nimi radziła, pojawiały się kolejne szczepionki, udało się wyeliminować wiele groźnych schorzeń.

Do szpitala zakaźnego trafiali głównie chorzy z zapaleniami wątroby, opon mózgowo-rdzeniowych i boreliozą. I chociaż ze świata co jakiś czas dochodziły wieści o groźnych, potencjalnie niebezpiecznych zarazkach, panowało powszechne przekonanie, że epidemia nam nie grozi.

- My, zakaźnicy, wiedzieliśmy, niestety, że to kwestia czasu - twierdzi lekarz. - W latach 80. wybuchła u nas epidemia wirusowego zapaleń opon mózgowych. Do szpitala trafiło 1600 osób.

W 2006 roku dr Krella przeszedł na emeryturę i... po kilku dniach przerwy wrócił do pracy. Od 13 lat kieruje izbą przyjęć szpitala zakaźnego w Gdańsku.

Było niebezpiecznie

W grudniu 2019 roku do Polski zaczęły dochodzić pierwsze doniesienia z Wuhan o nieznanej, zaraźliwej chorobie.

- Czy byłem zaskoczony? - zastanawia się lekarz zakaźnik. - Już wcześniej przerabialiśmy stan podwyższonej gotowości po pojawieniu się wirusów SARS w 2002 roku, czy Eboli. Tamta epidemia została szybko opanowana. Dlaczego teraz się nie udało? Być może - jak twierdzi część naukowców - w przypadku SARS-COV-2 mamy do czynienia z celowym działaniem człowieka. Znając wirusy, spodziewałem się, że niedługo i u nas zacznie się wielki ruch.

I ruch się zaczął. Lekarze i pielęgniarki w kosmicznych kombinezonach próbowali pomóc duszącym się chorym. Pojawiły się zakażenia także wśród personelu medycznego. Co czwarta osoba pracująca w izbie przyjęć szpitala zakaźnego zachorowała na Covid-19. Na szczęście w izbie nikt nie zmarł, ale wśród pielęgniarek zatrudnionych na oddziałach, które ze względu na dłuższy kontakt z pacjentem były bardziej narażone na zachorowanie, zdarzały się zgony.

Po prostu było niebezpiecznie.

- Nie myślałem o odejściu z pracy - dr Krella uprzedza moje pytanie. - Było jednak niezwykle ciężko, w pierwszych trzech, czterech miesiącach epidemii panował chaos. Zespół doradców premiera ds. COViD-19 w pewnym momencie zaapelował w mediach, by pacjenci zgłaszali się na badania w kierunku koronawirusa do izb przyjęć w szpitalach zakaźnych. Nie byliśmy na to przygotowani materiałowo i personalnie.

W izbie dyżurowali jeden lekarz i dwie pielęgniarki, a przed izbą czekało do 35 osób. Nikt nie zastanowił się, jak mamy pracować, nie mieliśmy nawet czasu, by choć na chwilę zdjąć kombinezony. Wentylację w izbie przyjęć założono dopiero po przejściu pierwszej fali zakażeń, musieliśmy pracować przy otwartych oknach. Stąd zapewne część zakażeń wśród personelu, bo wiadomo przecież, że maski nie chronią w stu procentach, zwłaszcza przy dużym stężeniu wirusa. Zdarzało się też, że pacjent machnął ręką i zrzucił maseczkę lekarzowi lub pielęgniarce.

Gala nagrody Człowiek Roku 2020. Tytuł otrzymał Tomasz Augustyniak, były dyrektor pomorskiego sanepidu. Sopot, 28.06.2021 r.

Tomasz Augustyniak Człowiekiem Roku 2020 „DB”! Red. nacz. Ma...

Z zespołem rozumie się bez słów

Dr Krella podkreśla, że jego nominacja do tytułu Człowieka Roku Dziennika Bałtyckiego powinna być traktowana jako uhonorowanie rzeszy bezimiennych pracowników ochrony zdrowia walczących z epidemią. Ludzi, którzy bezinteresownie ruszyli na pomoc chorym.

Z wdzięcznością opowiada o koleżankach lekarkach z przychodni, Paulinie Klopper, Agacie Janickiej, które przychodziły pracować na izbie przyjęć jako wolontariuszki i pracowały jak inni lekarze. O swoich wieloletnich współpracownicach - byłej oddziałowej izby przyjęć, Beacie Maziec, która pracuje z nim mimo emerytury, obecnej oddziałowej Katarzynie Gajdzie, Teresie Pasymowskiej i Lidii Kloskowskiej,  kolejnych  pracujących emerytkach, o Dorocie Klesze, Elżbiecie Matuła, Krystynie Zych, Mirosławie Pollum, Iwonie Dryjańskiej, Oliwi Brzezickiej mówi tyko pochlebnie. Podobnie jak o kolejnych pielęgniarkach, które w ciągu minionego roku dołączyły do zespołu.

- Gdyby nie fantastyczne, sprawne pielęgniarki, dawno bym już stąd poszedł - podkreśla. - Jak mógłbym zostawić tak wspaniały zespół ludzi, z którymi rozumiem się bez słów?

Latem sytuacja zaczęła się nieco normować, a potem znów nadeszła fala zachorowań.W październiku zdarzało się, że karetka przywoziła następnego, duszącego się pacjenta, którego nie mieli, gdzie położyć. Karetki stały pod szpitalem, brakowało wolnych miejsc i personelu, który mógłby zająć się kolejnym chorym człowiekiem. Wolno przybywało lekarzy, którzy byli kierowani na pierwszy front walki z epidemią decyzją wojewody.

- Nie mieliśmy odpowiedniej liczby łóżek z dostępem do tlenu - opowiada dr Krella. - Ze względu na brak koordynacji między przewoźnikami, a zespołem szpitala przysyłano nam kolejnych pacjentów, którym nie mogliśmy pomóc. Alarmowaliśmy, że same łóżka nie wyleczą chorych. To wszystko kosztowało nas bardzo dużo wysiłku.

Po urlopie wracam do pracy

Potem zaczęło się wszystko wolno układać. Na ostatnią, tegoroczną falę epidemii byli już lepiej przygotowani. Niebagatelną rolę odegrały szczepienia, początkowo obejmujące personel medyczny.

- Szczepienia mają niewątpliwy wpływ na zmniejszenie liczby zakażeń, ale nadal trzeba być ostrożnym - przestrzega zakaźnik. - Znam osoby, które mimo przyjęcia dwóch dawek szczepionki, wprawdzie niezbyt ciężko, ale jednak zachorowały.

Niedawno, w czerwcu br. prezes Szpitali Pomorskich zwrócił się z propozycją do dr. Krelli, by ten przedłużył umowę o pracę ze szpitalem.

- Muszę najpierw wykorzystać zaległy urlop - mówi lekarz. - A potem? No cóż, zdecydowałem, że wrócę do pracy w izbie przyjęć. Może już nie na pięć dni w tygodniu, ale na trzy, cztery. Po rozmowie z żoną uznałem, że dobrze mi to zrobi.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Rosjanie atakują swoich

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie