Na ziemi pilot śni o lataniu

Dorota Abramowicz
Józef Głowacki i Jerzy Pławski przy gdyńskim Muzeum Marynarki Wojennej
Józef Głowacki i Jerzy Pławski przy gdyńskim Muzeum Marynarki Wojennej Tomasz Bołt
Oto historia dwóch lotników. Jerzy Pławski w wieku 12 lat uciekł z Polski, a potem służył na kanadyjskim lotniskowcu, Józef Głowacki w LWP latał na migach. Przed kilkudziesięciu laty mogliby się pewnie spotkać w powietrzu, ale spotkali się już jako emeryci, niedawno w Gdyni. O czym rozmawiali, co wspominali, czy byli szczęśliwi?

Przed kilkudziesięciu laty mogliby się spotkać w powietrzu. Jerzy siedziałby za sterami samolotu, przeznaczonego do atakowania okrętów podwodnych. Nagle zauważyłby Józka, nadlatującego migiem. Przy samolocie Jerzego Józkowy odrzutowiec wyglądałby jak uciążliwy komar. Komar, który może zabić.

- To tak jak w piłce nożnej - mówi Józek. - Choćbyś nie chciał, grasz przeciw swoim.
Wiosną 2011 roku Jerzy Pławski i Józef Głowacki krążą między samolotami przy gdyńskim Muzeum Marynarki Wojennej. Jerzy to były pilot kanadyjskiej Marynarki Wojennej, syn legendarnego dowódcy Pioruna komandora Eugeniusza Pławskiego. Józef - były pilot polskiej Marynarki Wojennej, absolwent dęblińskiej Szkoły Orląt. Rozumieją się w pół słowa, mają podobne, opanowane ruchy...
- Są tacy spokojni, bo już niczego nikomu nie muszą udowadniać - rzuca z boku Lech Trawicki, adiunkt pracujący w muzeum, który zorganizował spotkanie byłych pilotów.
- Inne światy, inne życiorysy - uśmiecha się Józef Głowacki. - A jednak między pilotami jest jakaś więź.

Synu, zostaniesz admirałem

Niełatwo wzrasta się w domu, w którym dziadek dosłużył się w armii carskiej stopnia generała brygady, a ojciec bohater na stałe wpisał się do historii Polski.

- Ojciec marzył, bym został admirałem - mówi Jerzy Pławski.

Po raz pierwszy Eugeniusz Pławski wszedł do historii 10 lutego 1920 roku, gdy na jego rozkaz wciągnięto na maszt biało-czerwoną flagę podczas zaślubin Polski z morzem. Przed wojną dowodził Dywizjonem Okrętów Podwodnych, był szefem Broni Podwodnej w kierownictwie Marynarki Wojennej. Do legendy przeszedł w 1941 r. Jako dowódca niszczyciela ORP Piorun przyczynił się do zatopienia pływającej twierdzy - niemieckiego okrętu Bismarck.

Kiedy ojciec walczył z Bismarckiem, Jurek miał 6 lat. Z mamą Marią i starszym bratem Witoldem, zamordowanym trzy lata później przez Niemców, mieszkali w okupowanej Polsce, w Milanówku.
Matce w 1946 r. udało się umieścić Jurka w grupie polskich dzieci, które na zaproszenie Czerwonego Krzyża wyjechały na obóz do Danii. Ojciec, w ostatnich latach wojny ekspert morski przy Ambasadzie RP w Sztokholmie, odebrał syna z obozu. Maria, po przygodach godnych osobnej opowieści, dotarła do męża i syna.

- Dwa lata później znaleźliśmy się w Kanadzie - wspomina Jerzy. - Ojciec sprzątał garaże, pracował w tartaku. I bardzo chciał, bym zrobił karierę w wojsku.
Jerzy został więc kadetem kanadyjskiej Marynarki Wojennej, przeszedł kurs pilotażu. Ojciec z dumą patrzył na syna, który najpierw jako członek załogi, a później już bezpośrednio za sterami truckera miał walczyć z okrętami wroga. Jakiego wroga?

- Konflikt w Zatoce Świń, radzieckie okręty płyną na Kubę... - mówię. - Mogło dojść do konfliktu międzynarodowego, w którym po drugiej stronie znaleźliby się Polacy...
- Nie myślałem wtedy o tym - odpowiada Jerzy.

Dwóch na trzech odpada

Józkowi Głowackiemu nikt nie kazał iść do wojska, by kontynuować tradycję. Tata był hydraulikiem, mama sekretarką w szkole. Chłopak z Chojnowa na Dolnym Śląsku, jeden z czworga rodzeństwa, po prostu marzył o lataniu.

- O rok starszy ode mnie kolega z liceum, Jurek Malicki dostał się do szkoły w Dęblinie - wspomina Głowacki. - Zazdrościłem mu. Łatwiej by było, gdybym wcześniej zapisał się do aeroklubu w pobliskim Lubinie, ale uznałem, że ważniejsze jest porządne zdanie matury.

Badania lekarskie przeszedł już w połowie klasy maturalnej. To pierwsze sito, determinujące przyszłość pilotów. Ci najbardziej wytrzymali, najzdrowsi mieli zasiąść za sterami odrzutowych myśliwców. Pozostali szkolili się na pilotów śmigłowców i samolotów transportowych.
Józek po pomyślnym zdaniu egzaminów trafił na odrzutowce.

- Regularnie sprawdzano nas w komorze niskich ciśnień, gdzie po "wyciągnięciu" powietrza człowiek wpada w lekkie niedotlenienie - wyjaśnia. - Ćwiczyliśmy w wirówkach, sprawdzano, jak reagujemy na przeciążenie. To tak, jakby pani przemnożyła swoją wagę przez 7 lub 8. Ja ze swoimi 70 kilogramami zaczynałem ważyć 560 kg. Trudno unieść rękę, powieki i policzki się zapadają. Kiedy tracisz widzenie oboczne i widzisz tylko to, co przed sobą, wiesz, że za chwilę możesz stracić przytomność.

Szkołę Orląt razem z nim zaczęło 134 młodych mężczyzn. Skończyło - 54. Jeszcze w czasie studiów w wypadkach lotniczych zginęło trzech kolegów. Kilku kolejnych się w pułkach.

Rozmowa podsłuchana w czasie gdyńskiego spotkania.
- Katapultowałeś się?
- Nie.
- Ja też nie. U nas, z bombowca, można było najwyżej otworzyć drzwi i wysiąść...
Śmiech.

Pilot ucieka do teatru

Jerzy nie czuł się w wojsku najlepiej. Idąc do Marynarki Wojennej, wypełnił wolę ojca, ale tak naprawdę pociągały go filozofia, anglistyka, teatr. Kiedy poprosił o możliwość ukończenia studiów, usłyszał, że armia nie potrzebuje humanistów. Po kilku latach sam wystąpił o przeniesienie do cywila.
Armia pożegnała się z nim bez większych problemów.

- W latach 60. linie Pan American poszukiwały pilotów - wspomina. - Zgłosiłem się i usłyszałem, że muszę poczekać dwa lata. Dlaczego? Bo... jako dziecko przyjechałem z komunistycznej Polski. Amerykanów nie przekonywały ani losy rodziny, ani służba w kanadyjskim wojsku. Paradoksalnie, moja przyjaciółka, urodzona w Niemczech, która w USA dostała obywatelstwo, mogła mi pomóc. Żeniąc się z nią, skróciłbym okres oczekiwania. Machnąłem ręką na Amerykanów...

Skończył studia na British Columbia University w Vancouver. Znalazł ciekawą i dobrze płatną pracę - latał potężnymi maszynami, które z powietrza gasiły lasy. Najpierw były to DC -6, potem TBM, zwane indykami.

- Wymyśliłem sobie, że latem, w czasie pożarów, będę latać, a zimą - prowadzić teatr - opowiada. - Znalazłem miejsce w Vancouver i w 1971 r. otworzyłem mały teatr w pubie. Przetłumaczyłem nawet "Czarowną noc" Mrożka, by pokazać ją Kanadyjczykom.

Rok później odszedł Eugeniusz Pławski. Od dawna nie pracował w tartaku - oficjalnie był tłumaczem Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej. Według nieoficjalnych informacji, potwierdzanych przez rodzinę, mógł pracować dla kanadyjskiego wywiadu.

Jerzemu trudno było pogodzić latanie i miłość do sztuki. Zarządzanie teatrem, który przetrwał jeszcze 24 lata, powierzył współpracownikowi.

Kiedy Jerzy ratował lasy w Kolumbii Brytyjskiej, Józef po służbie w Krzesinach pod Poznaniem i w Zegrzu Pomorskim trafił na gdyńskie Babie Doły.

Józef, z szacunkiem: - Lot w górach, nad płonącym lasem nie należy do bezpiecznych. Pilot musi mieć wysokie umiejętności.
Pytany o niebezpieczne chwile w powietrzu, Jerzy żartuje: - Lecąc jako pasażer z Szanghaju, wylałem na siebie szampana. Dociskany mówi: - Piloci opowiadają takie historie dopiero po czterech szklankach czegoś mocniejszego.

Józef też nie rozwija tematu. - Kiedyś w czasie lotu zapaliła się lampka, pokazująca brak zasilania w silniku. W każdej chwili mogło dojść do rozbicia samolotu. Zanurkowałem do lądowania, usiadłem na ziemi. Trwało to góra 10 minut.

O wszystkim mówił żonie. Co na to żona? - Mądrą kobietą jest - odpowiada krótko.
Córki miały kilkanaście lat, kiedy rozbił się ojciec kolegi, z którym bawiły się jeszcze w piaskownicy. Widząc rozpacz chłopca, zrozumiały, że śmierć krąży wokół pilotów. Także wokół ich taty.
Jerzy nie ma dzieci. Żonie, byłej stewardessie, nie musi nic tłumaczyć.

Rodzinna tradycja

Jerzy gasił pożary do 1999 r. Józek odszedł z lotnictwa w 1997 r. Przyczyna? - Zbyt mało lataliśmy, brakowało pieniędzy na paliwo i części zamienne - wyjaśnia. - Zamiast 120-130 godzin lotów w roku, mieliśmy 30-40. A im rzadziej człowiek jest w powietrzu, tym większe ryzyko, że popełni błąd. Tylko z jednego pułku odeszło w jednym roku 12 osób. A szkoda, bo wykształcenie jednego pilota odrzutowca kosztuje majątek. To najdroższy zawód świata.

Z jego rocznika lata dziś na odrzutowcach tylko jeden kolega, ppłk Antoni Czerniec.
W przeciwieństwie do Jerzego, Józef po odejściu z wojska nie trafił do lotnictwa cywilnego. W porównaniu z odrzutowcami, samoloty pasażerskie to już zupełnie inny świat. - Gałkologia - mówi z lekko wyczuwalnym lekceważeniem w głosie. Dałby spokojnie radę, ale otrzymanie licencji pilota to - dla doświadczonego lotnika - wydatek rzędu 30 tys. złotych. Nie mówiąc już o tym, że przyjmowanie byłych wojskowych do jedynej szkoły dla cywilnych pilotów w Rzeszowie zostało zablokowane przed 20 laty wewnętrznymi uzgodnieniami. Po to, by wojskowych pilotów nie kusiło bardziej opłacalne latanie.

Jerzy, na emeryturze, zwiedza z żoną świat. Często wraca do Polski, odwiedza kuzynkę w Gdyni. W 2004 r. sprowadził prochy kmdra Pławskiego do kraju, uczestniczył w uroczystym pochówku ojca na cmentarzu w Gdyni Oksywiu.

Józef pracuje, jako magazynier, w Muzeum Marynarki Wojennej. Często jednak odpowiada na pytania młodych ludzi, zafascynowanych lataniem.

Córka, Urszula, kontynuuje rodzinną tradycję. Skończyła Akademię Marynarki Wojennej, od trzech lat pływa, jako oficer, na trałowcach.

Józef czasem śni, że leci nad morzem.
Jerzy, że wśród gór, nad lasami.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie